Reklama

Reklama

​Nie zostawiajmy Ukrainy!

Prezydent USA Joe Biden niczego się nie nauczył na sprawie ewakuacji z Afganistanu. Wszystko wskazuje na to, że szykuje światu kolejną katastrofę, tym razem w naszym regionie. Nasza klasa polityczna powinna wznieść się ponad podziały w imię hasła: nie zostawiajmy Ukrainy!

W grudniu 2021 roku prezydent Biden w obliczu kryzysu na Wschodzie w ogóle wykluczył możliwość wysłania żołnierzy amerykańskich na Ukrainę. Nawet w przypadku nowej inwazji odrzucił pomysł jednostronnego użycia siły przeciw Rosji. Upływ czasu niczego tu nie zmienił. W styczniu 2022 prezydent Biden zasugerował, że Rosji może ujść płazem - bliżej niesprecyzowane - "drobne wtargnięcie" na Ukrainę.

W tej chwili kilka państw zaczęło ewakuację korpusów dyplomatycznych z Kijowa. Nawet jeśli prezydent Rosji, jak chcą niektórzy, blefował na dużą skalę - nagle okazało się, że przestrzeń do działania ma szeroko otwartą. Stany Zjednoczone uzgadniają stanowisko w sprawie kryzysu na bieżąco. Trudno mówić o wizji twardego oporu, w powietrzu wiszą jakieś bliżej niesprecyzowane sankcje ekonomiczne wobec Moskwy. Prezydent Biden dał nawet do zrozumienia, że rodzaj ewentualnych sankcji będzie uzależniony od skali agresji wobec Ukrainy. To kuriozalna wypowiedź, z której pośpiesznie się wycofywano. Niemniej jednak w Waszyngtonie daje się do zrozumienia, że rzeczywiście można suwerenność Ukrainy traktować jako kartę przetargową, więcej, że prozachodnie aspiracje części klasy politycznej z Kijowa są mało istotne, wobec wyciągniętej z kapelusza listy żądań prezydenta Putina.

Reklama

Nowy appeasement

To nowa wersja "polityki łagodzenia", appeasement doby XXI wieku. Przed 1939 rokiem taką politykę prowadziły rządy Wielkiej Brytanii i Francji wobec państw faszystowskich. Początkowo promotorów takiej linii obwołano bohaterami. W pewnej chwili premierów Neville’a Chamberlaina oraz Édouarda Daladiera noszono na rękach za mądrość. Retrospektywnie obaj politycy zostali ocenieni źle lub bardzo źle. Ostatecznie bohaterami narodowymi zostali odpowiednio - Winston Churchill oraz Charles de Gaulle, jak najdalsi od układania się państwami, prowadzącymi politykę agresywnych zmian terytorialnych. W przypadku Stanów Zjednoczonych korzyści z twardego kursu wobec agresywnej postawy innego państwa - najlepiej oddaje sukces w trakcie kryzysu kubańskiego roku 1962 roku. Prezydent J. F. Kennedy zdecydowanie postawił się Nikicie Chruszczowowi w sprawie rozmieszczenia pocisków u granic USA. Pokój zawisł na włosku, świat wstrzymał oddech. Ostatecznie Moskwa ustąpiła.

Pouczająca lekcja?

W Waszyngtonie jak gdyby doznano geopolitycznej amnezji. Zapomniano o własnych osiągnięciach z czasów "zimnej wojny", celach prowadzonej polityki zagranicznej i sensowych decyzjach dla zachowania pokoju. Czasy prezydenta Donalda Trumpa mogłyby być potraktowane jako niefortunna pauza, demokratyczna turbulencja, gdyby nie to, że - z punktu widzenia gwarantowania pokoju - nowa ekipa nie prezentuje się lepiej. Jak gdyby w otoczeniu prezydenta Bidena brakowało prawdziwych ekspertów od Rosji, a w Białym Domu przywództwa na miarę obecnego kryzysu.

Czy prezydent Putin sprawdzał margines ustępstw Zachodu? Początkowo - być może. Okazało się, że aktualnie wobec Moskwy prowadzi się politykę "nowego appeasementu", która stopniowo wiedzie do katastrofy w naszej części świata. Oto Rosja oswaja świat ze swoimi żądaniami, które tylko rosną w miarę jedzenia, zaczęły się lata temu, o czym przekonała się choćby Gruzja. A dziś podważają już także naszą suwerenność.

Co dalej?

Jak pouczają nas bolesne doświadczenia z wieku XX wieku, wybuch konfliktu zbrojnego niekiedy bierze się z ustępstw, rozzuchwalenia agresora. Co jakiś czas, najważniejsi politycy z Zachodu, ale także politycy z marginesu skrajnej prawicy, dopuszczają myśl o dalszym rozbiorze Ukrainy. Wcześniejsze gwarancje terytorialne idą w kąt. Kto silniejszy, ten wygrywa. A przecież podbój Kijowa przyniósłby gigantyczne konsekwencje geopolityczne w naszej części świata. W okamgnieniu w Warszawie odczulibyśmy zmiany militarne, gospodarcze, migracyjne.

Zdumiewa, że nasza polityka nie jest jednak mądrzejsza od amerykańskiej. Polski rząd dopiero co fetował Marine Le Pen, która jest nieformalnym agentem wpływu Moskwy we Francji (doskonale widoczne w trakcie kampanii wyborczej 2017 roku). Ona podobnie jak Matteo Salvini (również zapraszany do Warszawy) lekką ręką oddaje terytorium naszego sąsiada Moskwie.

Podkreślam, to zdumiewa i niepokoi. Pozostaje mieć nadzieję, że - pamiętając o tym, ile razy nas pozostawiano na lodzie, czy to w 1939, czy w Jałcie - w tej trudnej sytuacji nie zostawimy Kijowa w potrzebie. Wzmożemy wysiłki dyplomatyczne, zapewnimy sensowną pomoc sąsiadowi, jak to czynią teraz kraje nadbałtyckie. W tej chwili ważniejsze od polsko-polskich sporów powinno być jedno hasło: nie pozostawiajmy Ukrainy!

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy