Amerykańskie memento
Dzisiejsze sondaże pokazują, że obecna władza traci w Polsce władzę. Szybko, jak na nadzieje, jakie rozbudziła, i jak na obietnice, jakie złożyła. Można to potraktować jako nic nieznaczący obrazek chwili albo jako dzwonek alarmowy. Joe Biden i amerykańscy demokraci byli na jego dźwięk głusi, więc po czterech latach odchodzą pokonani.

Jeżeli rządzący chcieliby się dowiedzieć, jak wygląda utrata władzy, powinni dogłębnie przeanalizować kilka ostatnich sondaży. Nieco ponad rok od przejęcia władzy przez szeroką koalicję - PiS ma bardzo poważne poparcie społeczne, chwilami wygrywa z KO, odzyskuje przestrzeń medialną, próbuje narzucać narracje o drożyźnie czy inwestycjach i ośmiesza rozliczenia jako główny motor napędowy polityki.
A w sytuacji, gdy Konfederacja prześcignęła już Trzecią Drogę, Jarosław Kaczyński nie miałby większych problemów z powrotem do władzy, spełniając marzenie prof. Andrzeja Nowaka o sojuszu wszystkich środowisk prawicowych.
Władza psim swędem
W równoległych badaniach Rafał Trzaskowski nadal jest faworytem w wyścigu prezydenckim, ale stracił pozycję niezagrożonego hegemona. To rzadki przypadek, by opozycja nie musiała najpierw sięgnąć dna, by potem złapać wiatr w żagle. Donaldowi Tuskowi powrót do władzy zajął wiele lat, a PO otarła się o upadek po 2015 roku.
Rządząca koalicja - która w związku z kampanią znów korzysta z okazji, by uwydatniać różnice i podziały - może to potraktować jako obrazek chwili, przelotne kłopoty, wojnę propagandowo-sondażową, która nie przekłada się na rzeczywistość. I część polityków, rozkochanych w ignorancji, dokładnie tak robi. Ale może też interpretować tę sytuację jako dzwonek alarmowy, który stosunkowo wcześnie wybrzmiał i stwarza szansę do korekty stylu, metody i strategii uprawnia polityki.
Przejęcie władzy w 2023 roku nie wymazało faktu, że było to wydarzenie, które zaskoczyło wszystkich, a najbardziej zwycięzców. PiS wygrało wybory, choć straciło zdolność koalicyjną, a faktyczni zwycięzcy mogli stworzyć skłóconą dziś większość psim swędem. Zgodzili się w zasadniczych sprawach, ale w codziennym rządzeniu dominują zgniłe kompromisy i odczuwany przez wielu wyborców brak skuteczności.
Trzaskowski "wszystkich Polaków"
Trzaskowski dość wcześnie zorientował się, że samymi emocjami i - jak lubi powtarzać na wiecach - "niesamowitą energią" nie da się wygrać wyborów. Że trzeba zrozumieć historyczny moment, który zmienił dotychczasowe paradygmaty Zachodu.
Gdy więc prezydent Warszawy mówi, że nie popiera nocnej prohibicji w miastach; gdy opowiada się za dobrowolnością nie najlepiej przygotowanej edukacji zdrowotnej; gdy wspiera zaporę na granicy polsko-białoruskiej; gdy spotyka się z gwiazdą muzyki chodnikowej - odcina się od wielkomiejskiej poprawnościowej kanapy rządzącej liberalnymi mediami, które zastygły w "starych czasach" i nadal nie rozumieją, dlaczego w Stanach Zjednoczonych wygrał Donald Trump. Oczywiście w ten sposób naraża się na ich krytykę i współbrzmiące ataki prawicy, ale przynajmniej otwiera się na "normalsów", którzy mogą zdecydować o wyniku drugiej tury.
Żeby jednak Trzaskowski był w tym wszystkim wiarygodny, musi obudować to morderczą pracą, dobrą opowieścią o zmianach i przyszłości kraju oraz trwałą korektą wizerunku, który byłby atrakcyjny dla "wszystkich Polaków", a nie wyłącznie dla twardego elektoratu. Ten ostatni jest niesiony przez uczucia i wierzy we wstrząsy mediów społecznościowych oraz zrywy ostatnich dni kampanii.
Rekonstrukcja?
Na razie władza - nie zawsze sprawiedliwie, ale nie o sprawiedliwość chodzi, lecz o wrażenia - zaczyna kojarzyć się ludziom z nieskutecznymi rozliczeniami, nieprzegłosowanymi ustawami, które muszą poczekać na innego prezydenta, zaniedbaniem innowacyjności, ochroną zdrowia z wydłużającymi się kolejkami do specjalistów, rosnącymi cenami energii, niespadającymi cenami benzyny, lekceważeniem edukacji informatycznej i brakiem kompetencji w kluczowych resortach, co woła o rekonstrukcję nie tylko rządu, ale i sposobu komunikacji oraz doboru priorytetów.
Odchodzący Joe Biden wygrał o włos, a cztery lata później amerykańscy demokraci ponieśli spektakularną porażkę, choć rozliczali Donalda Trumpa, dużo mówili o wartościach i uprawiali staromodną politykę wiary w zasady. Tymczasem Ameryką będzie rządzić nieprzewidywalny człowiek skazany za płacenie aktorce filmów dla dorosłych za milczenie na temat ich romansu, który jednocześnie przekonał obywateli, że przywróci im godność i wypłacalność.
Dobrze opisała dylemat stojący przed zachodnimi demokratami dr Małgorzata Bonikowska z Centrum Stosunków Międzynarodowych i Centrum Europejskiego UW. "Ludzie w całym zachodnim świecie poczuli, że coś jest nie tak. Że nie da się współcześnie - kiedy pojawiły się bardzo poważne wyzwania typu Putin, wzrost cen energii, inflacja, drożyzna, pauperyzacja klasy średniej - prowadzić polityki, w której poprawność polityczna i chęć zadbania o interesy każdej mniejszości zaczyna uderzać w odczucia większości" - powiedziała w moim wywiadzie dla Tygodnika Interii.
Jeśli nie zrozumieją tego ludzie sprawujący władzę w Polsce, stracą ją szybciej, niż im się wydaje. I wtedy sami dowiedzą się, czym naprawdę jest skuteczność rozliczeń.
Przemysław Szubartowicz













