Reklama

Reklama

Spór o praworządność i wyrok TK. Co oznacza dla przyszłości Unii Europejskiej?

7 października Trybunał Konstytucyjny orzekł, że niektóre zapisy Traktatu o UE są sprzeczne z polską konstytucją. Co ten wyrok oznacza dla Unii Europejskiej? Jedni widzą w nim zagrożenie dla UE, inni szansę na dyskusję o przyszłości Wspólnoty.

- To atak nuklearny na porządek prawny UE - nie przebiera w słowach profesor Laurent Pech z Middlesex University w Londynie, francuski prawnik i specjalista od praworządności w świetle prawa europejskiego. Jego zdaniem utrzymanie praworządności stało się w tej chwili sprawą definiującą Unię, a zgoda na jej naruszanie byłaby "zagrożeniem dla egzystencji" Wspólnoty.

Podobne sygnały płyną z ust unijnych polityków - prymat prawa UE nad krajowym podkreśliła szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, a komisarz UE ds. wartości Vera Jourova powiedziała wprost, że "jeżeli UE nie będzie trzymać się reguły, że te same zasady obowiązują we wszystkich krajach, to cała Europa zacznie się rozpadać" i dodała, że UE musi zareagować na nowy rozdział, który otworzył polski TK.

Reklama

Niemcy i Francja już zapowiedziały swoje wsparcie dla KE w sporze z Polską, a Premier Holandii Mark Rutte chce wezwać Unię do zablokowania wypłaty środków w ramach polskiego Krajowego Planu Odbudowy.

Unia Europejska poszła za daleko?

W przestrzeni publicznej pojawiają się jednak i głosy, że należy ukrócić mieszanie się Unii w sprawy wewnętrzne krajów członkowskich. I tak, Michel Barnier, były negocjator UE ds. brexitu i kandydat na prezydenta Francji, zapowiedział, że chce ograniczenia roli europejskich sądów, w tym TSUE i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie polityki migracyjnej. Wtórują mu prawicowi francuscy politycy, jak Marine Le Pen i Eric Zemmour, którzy chcą "odzyskania suwerenności" francuskich sądów. Z kolei brytyjski minister ds. brexitu David Frost chce wyłączyć TSUE ze sporów dotyczących Irlandii Północnej.

Próby ograniczania kompetencji instytucji unijnych nie dziwią Pawła Musiałka, dyrektora Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. - W historii integracji europejskiej instytucje te wielokrotnie przyznawały sobie kompetencje, które nie były im wprost przypisane w traktatach i nierzadko państwa członkowskie to akceptowały. Ostatnie lata są jednak bezprecedensowe, bo KE i TSUE chcą wejść w sprawy wewnętrzne państw. A przecież Unia Europejska od samego początku została stworzona jako organizacja, która nie zastępuje poszczególnych państw członkowskich w ich kompetencjach, ale uzupełnia je tam, gdzie państwa uznają, że może stanowić wartość dodaną - uważa Musiałek.

Opinia Komisji i TSUE pozostaje niezmienna: Polska stając się członkiem Unii Europejskiej zobowiązała się przejąć jej cały dotychczasowy dorobek prawny, łącznie z zasadą pierwszeństwa prawa unijnego.

Spór o praworządność to spór o wartości

Eksperci są zgodni jednak co do jednego: wynik sporu o praworządność będzie miał fundamentalne znaczenie dla przyszłości Unii Europejskiej.

- On dotyka podstawowych wartości, na których opiera się Unia Europejska, wśród których praworządność i niezawisłość sędziowska są konkretnie wymieniane. Rząd polski otwarcie wystąpił przeciwko tym pryncypiom, podporządkowując sądownictwo ministerstwu sprawiedliwości w sposób, który kłóci się z zasadą trójpodziału władzy. W tym wypadku UE musi zareagować - mówi Roland Freudenstein wiceprzewodniczący europejskiego think tanku GLOBSEC.

Unijni urzędnicy podkreślają, że bez poszanowania dla państwa prawa nie może być mowy ani o efektywnym wdrażaniu prawa unijnego, ani o poprawnym działaniu rynku wewnętrznego czy stworzeniu przyjaznego, opartego na wzajemnym zaufaniu środowiska dla inwestorów.

- Praworządność gwarantuje, że wszyscy, czy to pojedynczy obywatele czy całe rządy, są traktowani równo w obliczu prawa i muszą przestrzegać takich samych zasad - powiedział w rozmowie z Interią rzecznik Komisji Europejskiej Christian Wigand.

Dlatego - mówią eksperci - UE nie może pozwolić sobie na państwo, które otwarcie łamie jej wartości. W przeciwnym wypadku nic nie będzie stało na przeszkodzie, żeby inne państwa zaczęły ignorować zapisy traktatowe czy orzeczenia TSUE i wprowadzać własne rozwiązania, jak na przykład zakaz swobodnego przepływu ludzi i towarów na terytorium UE. Niezawisły wymiar sprawiedliwości jest również niezbędny do patrzenia władzy na ręce. - Gdyby np. austriackie sądy i prokuratura były upolitycznione zapewne nikt nie wszcząłby śledztwa o korupcję wobec kanclerza Austrii Sebastiana Kurza, a on sam nie podałby się do dymisji - zauważa magazyn Politico. Eksperci ostrzegają, że naruszanie zasady praworządności może doprowadzić do tego, że sądy jednych krajów członkowskich przestaną uznawać orzeczenia drugich, a to uderzy bezpośrednio w obywateli. - Mieliśmy już tego przykład, kiedy np. sąd irlandzki odmówił ekstradycji Polaka, bo miał zastrzeżenia do niezależności polskiego systemu. To było kilka lat temu, teraz takich orzeczeń może być znacznie więcej - mówi Roland Freudenstein.

Na szali przyszłość UE

Prof. John Morijn z katedry prawa w holenderskim Uniwersytecie Groningen nie ma wątpliwości, że sposób w jaki UE upora się z tym konfliktem określi kierunek, w jakim rozwijać się będzie Wspólnota w przyszłości. - Przekonamy się czy UE może nadal funkcjonować jako grupa liberalnych demokracji, która potrafi stanąć w obronie wartości zapisanych w traktatach, na które zresztą wszystkie państwa się zgodziły, czy też pozwoli niektórym krajom zrobić z demokratycznej większości zakładników. Jest to na pewno kluczowy moment - mówi.

Wrześniowe badanie opinii publicznej w UE ujawniło, że 53 proc. Europejczyków ma pozytywny obraz UE. W przypadku Polski ten odsetek jest wyższy, bo aż 70 proc. deklaruje przychylny stosunek do Wspólnoty, a 87 proc. chce pozostania w UE. Ale zdaniem niektórych ekspertów wraz z pogłębiającym się spotem o praworządność, sympatia obywateli wobec UE może zacząć słabnąć.

- Zwłaszcza w tych krajach, gdzie mieszkańcy będą mieli poczucie, że wybrali własny rząd, który prowadzi określoną politykę i teraz ta polityka jest kwestionowana przez Unię na różnych poziomach - mówi Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego.

Jego zdaniem rosnący krytycyzm wobec Unii może ją w wielu obszarach hamować i podważać poziom jej legitymizacji. - Rolą KE i TSUE nie powinna być rola strażnika czy dana demokracja funkcjonuje dobrze czy źle, bo to oceniać powinni obywatele. Także w Polsce jest wiele osób, które są krytycznie nastawione do rządów PiS i nie zgadzają się z reformą wymiaru sprawiedliwości - bo, powiedzmy szczerze, na razie nie widać żadnego pozytywnego efektu tej reformy, tylko chaos - ale widzą problem zbyt głębokiej ingerencji Komisji Europejskiej w sprawy krajowe - uważa ekspert.

Spór o praworządność a polexit

Według Musiałka spadające poparcie dla integracji europejskiej może zaowocować kolejnymi wyjściami państw z Unii Europejskiej. - Szczególnie jeśli poszczególne państwa będą miały poczucie, że nie są traktowane uczciwie i że Komisja prowadzi politykę podwójnych standardów, to znaczy respektuje wprowadzanie reform w jednym kraju, a w drugim poddaje je pod wątpliwość. Dzisiaj kraje Europy Środkowo-Wschodniej są głównymi beneficjentami środków unijnych, zależy im na tym, żeby te fundusze otrzymać i to zapewne tłumaczy, dlaczego te procesy ingerencji instytucji ponadnarodowych są wciąż tolerowane. - wyjaśnia.

Polexitu nie wyklucza politolog i historyk Klaus Bachman z Uniwersytetu SWPS: - Jest taki mit, który krąży w kręgach rządowych, ale także wśród opozycji, że Komisja nie dopuści do wyprowadzenia Polski z Unii. Ja niestety obawiam się, że nikt Polski na siłę zatrzymywać nie będzie. Tym, o co w najbliższym czasie będą prawdopodobnie walczyć niemieccy i francuscy politycy to utrzymanie strefy euro, bo to tam obecnie jest bijące serce UE - uważa.

Według niego, argument Polski o byciu zewnętrzną, więc szczególnie istotną, granicą UE już się wyczerpał.

- Polscy politycy często podkreślają, że Polska jest ważna, bo jest buforem między Rosją a Niemcami, więc Niemcom będzie zależało, żeby ten status quo utrzymać. Powinni wiedzieć jednak, że w Niemczech jest bardzo mało ludzi, którzy się boją Rosji. To nie jest Polska - komentuje Bachmann.

Jednak prof. John Morijn uważa, że wyrok TK służy polskim władzom głównie jako karta przetargowa w negocjacjach z UE m.in. o fundusze. - W Czechach trwa powyborczy kryzys, przyszłość Andreja Babisza jest niepewna, kanclerz Austrii poddał się do dymisji, Angela Merkel jest niemal bezsilna, ponieważ jej partia przegrała wybory - wymienia prawnik. I ocenia, że to idealny moment dla PiS, żeby próbować wymusić jakieś polityczny "deal".

Jowita Kiwnik Pargana

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje