Reklama

Reklama

W świecie Putina. Chciał być nowym Piotrem Wielkim, a rozmienia potęgę Rosji na drobne

Zgoda Turcji na wejście Finlandii i Szwecji do NATO to poważny geopolityczny cios dla Kremla. Jednak jeśli spojrzeć na trwającą już ponad cztery miesiące wojnę w Ukrainie, zobaczymy, że nie jest to odosobniony przypadek. Władimir Putin nie tylko nie osiągnął kluczowych założonych przed inwazją celów, ale wręcz przeciwnie - gdzie tylko mógł, poniósł strategiczną porażkę.

Decyzji o przyszłości Finlandii i Szwecji w NATO Kreml nie mógł pozostawić bez stosownego komentarza. - Ze Szwecją i Finlandią nie mamy takiego problemu jak z Ukrainą. Nie mamy sporu terytorialnego. Jeśli Finlandia i Szwecja chcą, mogą dołączyć do NATO. To zależy od nich. Mogą dołączyć do czego tylko chcą - stwierdził Putin podczas konferencji prasowej w Aszchabadzie, stolicy Turkmenistanu. - Jeśli jednak na ich terenie zostaną rozmieszczone kontyngenty wojskowe i infrastruktura wojskowa, będzie musieli odpowiedzieć symetrycznie i stworzyć takie samo zagrożenie dla terenów, na których stwarza się zagrożenie dla nas - zastrzegł rosyjski prezydent.

Reklama

To oczywista próba zachowania twarzy przez Kreml w sytuacji, kiedy już nic nie są w stanie zrobić z czymś, co wywraca ich geopolityczne plany do góry nogami. Jednak wejście Finlandii i Szwecji do NATO, które teraz jest już wyłącznie kwestią krótkiego czasu, to zaledwie wisienka na torcie. Torcie zrobionym z porażek w kilku innych ważnych obszarach, w których samozwańczy następca Piotra Wielkiego liczył na zupełnie inny obrót spraw.

Po pierwsze: Wojna

Pierwszym frontem, na którym Putin ostro się przeliczył jest sama operacja militarna na terytorium Ukrainy. Założenie rosyjskiej generalicji było takie, że inwazja zakończy się pełnym sukcesem w mniej więcej 96 godzin. Kreml miał odsunąć od władzy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i zainstalować w Kijowie marionetkowy rząd (tutaj najczęściej pojawiało się nazwisko byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza), który będzie karnie wypełniać polecenia Putina i jego świty. Ukraina miała stać się drugą Białorusią.

Z tego scenariusza nie wyszło kompletnie nic. Kreml nie docenił - możliwe też, że generałowie bali się przekazać Putinowi trudną prawdę - ukraińskiej armii pod żadnym względem. Ani jej morale, które okazało się niezwykle wysokie, ani jej zdolności bojowej, która po ośmiu latach konfliktu w Donbasie jest wyższa niż większości rosyjskich sił zbrojnych, ani wyszkolenia i wyposażenia, o które w minionych latach skutecznie zatroszczył się Zachód (ze szczególnym uwzględnieniem NATO).

Efekt jest taki, że chociaż początek wojny, pierwsze kilka dni, należał zdecydowanie do Rosjan, to wraz z upływem czasu szala zaczęła przechylać się na stronę Ukrainy. Rosyjska armia musiała wycofać się z głębi kraju, gdzie miała problemy logistyczne i organizacyjne, które wymiernie przyczyniły się do tego, że zaczęła ponosić dotkliwe straty. Kreml odpuścił oblężenie Kijowa i kilku innych dużych miast na północnym wschodzie Ukrainy, a z czasem wszelkie siły przekierował do Donbasu i na południe kraju. Początkowy cel, jakim było całkowite podbicie i podporządkowanie Ukrainy, został zredukowany do utrzymania całego Donbasu i, przy sprzyjających okolicznościach, wytyczeniu korytarza lądowego z Donbasu w kierunku Mołdawii. Jak na razie nie wiadomo, czy i ten (zastępczy) cel uda się Putinowi zrealizować.

Po drugie: NATO i UE

Inwazja na Ukrainę miała miejsce dlatego, że Putin i jego ludzie za warunek brzegowy przyjęli słabość dwóch kluczowych organizacji międzynarodowych: NATO i Unii Europejskiej. Rzeczywiście ostatnie kilkanaście miesięcy w wykonaniu i jednej, i drugiej organizacji dawały Kremlowi przesłanki do tego, że ewentualna inwazja na sąsiedni kraj pozostanie bez odpowiedzi albo spotka się z odpowiedzią mocno spóźnioną i symboliczną. Po kadencji Donalda Trumpa, który wprost mówił o słabości i końcu NATO, oraz fiasku wycofania się Amerykanów z Afganistanu (nie skonsultowali tego ze swoimi europejskimi sojusznikami, wywołując na miejscu gigantyczny chaos), Sojusz Północnoatlantycki był w odwrocie, przekonany o swojej wewnętrznej słabości i braku sprawczości. 

Z kolei UE nie dość, że zmagała się z potężnymi skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa, to była targana wewnętrznymi konfliktami jak te z Polską wokół wymiaru sprawiedliwości, czy te z Węgrami dotyczącymi korupcji związanej z wydatkowaniem środków unijnych.

Wobec powyższego trudno dziwić się, że przygotowując się do inwazji na Ukrainę Kreml nie obawiał się ani reakcji NATO, ani UE. Rzecz w tym, że niczym nieuzasadniony atak Rosji na mniejszego i słabszego sąsiada jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozwiązał problemy dwóch potężnych organizacji. I NATO, i UE momentalnie zrozumiały dziejową doniosłość sytuacji, w której się znalazły, i zaczęły działać adekwatnie do skali zagrożenia. NATO, zwłaszcza zaś Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Polska, wymiernie wspiera Ukrainę od strony militarnej, natomiast UE nałożyła na Rosję i jej elity władzy sześć pakietów sankcji gospodarczych (ich efektywne egzekwowanie to temat na inny artykuł). W przypadku Wspólnoty to odpowiedź zaskakująco szybka i na niespotykaną w jej historii skalę. Można śmiało powiedzieć, że zamiast dodatkowo rozbić jedność NATO i Unii, Putin okazał się tym, który rozwiązał problemy obu gremiów, wskazał im priorytety i odnowił jedność.

Najlepszym na to dowodem są wydarzenia z ostatnich dni, a więc przyznanie Ukrainie przez Radę Europejską statusu oficjalnego kandydata do UE oraz pewne wejście Finlandii i Szwecji do NATO. I jedno, i drugie z wielką mocą uderza w strategiczne i geopolityczne interesy Kremla, realizując scenariusz, którego w Moskwie nikt się nie spodziewał. Ukraina już zupełnie oficjalnie stała się członkiem europejskiej rodziny, robiąc pierwszy wielki krok do wyjścia z rosyjskiej strefy wpływów, natomiast członkostwo dwóch nordyckich państw w NATO oznacza, że cała zachodnia granica Rosji już niedługo stanie się granicą właśnie z Sojuszem Północnoatlantyckim. Nie tak przed 24 lutego wyobrażał to sobie prezydent Putin.

Po trzecie: ukraińska tożsamość

Jednym z głównych celów Kremla w ramach inwazji na Ukrainę było wcielenie w życie opowieści o jednym, bratnim narodzie Rosjan i Ukraińców. Tożsamościowe związanie Ukraińców z Rosją, jej historią i dziedzictwem społecznym oraz kulturowym. Chodziło o siłową korektę tego, co zaczęło się Kremlowi wymykać z rąk po 2014 roku, kiedy wskutek Euromajdanu oraz wojny w Donbasie Ukraińcy zaczęli wytwarzać tożsamość narodową opartą na kontrze do Rosji i polityki Kremla.

Na swoje nieszczęście, Putin kompletnie nie zrozumiał procesów kulturowych, społecznych i psychologicznych, zachodzących w ukraińskim narodzie. Przekonanie, że wszystko można zmienić brutalną siłą i agresją było tyleż infantylne, co nieskuteczne. Dzisiaj Rosja i Rosjanie to dla przeszło 40 milionów Ukraińców śmiertelni wrogowie, okupanci i zbrodniarze. Stało się tak nawet mimo ogromnej liczby mieszanych ukraińsko-rosyjskich rodzin oraz sięgających wielu dekad wstecz głębokich relacji narodów rosyjskiego i ukraińskiego. Nie zmieni się to zresztą nawet w przypadku ewentualnej klęski militarnej Ukrainy. Kreml może pokonać ukraińską armię, ale ukraińskich serc i umysłów już nie odzyska.

Wszystko dlatego, że młode państwo ukraińskie wreszcie zyskało stabilny i mocny fundament swojej tożsamości narodowej. Ten fundament położył nie kto inny jak właśnie Putin. W obszarze społecznym i kulturowym Ukraina jest dla Kremla na zawsze stracona. Podkreślają to zresztą rosyjscy socjologowie i badacze. Kolejne pokolenia Ukraińców będą dorastać i żyć, kształtując swoją tożsamość narodową i zbiorową na przekazie antyrosyjskim, antykremlowskim i antyputinowskim. Wisienką na torcie jest tutaj wspomniane wcześniej dążenie Kijowa do wejścia w struktury unijne. Po 24 lutego Ukraińcy bardziej niż kiedykolwiek poczuli się częścią podziwianego od lat Zachodu. Co więcej, Zachód odwzajemnił to uczucie i też uznał, że Ukraina stała się jego częścią. Na polityce ognia i żelaza stracił więc jedynie jej autor - Władimir Putin.

Po czwarte: energetyka

Ostatnim kluczowym polem, na którym Putin osiągnął efekty zgoła odmienne od zamierzonych i uderzające w długoterminowe interesy Rosji jest sektor energetyczny. Gaz ziemny i ropa naftowa zawsze pozwalały Kremlowi trzymać Europę w szachu. Surowcem bardziej "politycznym" był gaz, bowiem na nim Rosja zarabiała bez porównania mniej niż na ropie. Jednak już przed wojną sprzedaż dwóch wspomnianych paliw odpowiadała, wedle różnych szacunków, za 60-65 proc. rosyjskiego eksportu. Po wojnie ten odsetek jeszcze wzrósł, bowiem zachodnie sankcje uderzyły w możliwości eksportowe Rosji na innych polach. Ekonomiści szacowali, że przed wojną za rosyjską ropę i gaz Unia Europejska codziennie przelewała Kremlowi około miliarda euro. Gdy ceny surowców po wojnie skoczyły do góry, ta kwota jeszcze wzrosła.

Eksport surowców energetycznych, zwłaszcza po nowych, wyższych cenach, stanowił dla Putina, z jednej strony, "poduszkę bezpieczeństwa" wobec zachodnich sankcji. Z drugiej, wciąż pozwalał mu wywierać strategiczną presję na Europę. Rosyjski prezydent z tego narzędzia ochoczo korzystał - m.in. zmniejszając lub wyłączając dostawy gazu do niektórych państw unijnych albo podbijając ceny sprzedawanych surowców. W gronie państw unijnych odejście od kupowanych od Kremla gazu i ropy było z kolei zarówno kwestią strategicznego bezpieczeństwa Wspólnoty, jak i kością niezgody pomiędzy państwami mniej i bardziej zależnymi od problematycznych surowców.

Koniec końców, Putin zmusił jednak Brukselę do opracowania długoterminowego rozwiązania i uwolnienia się od jakiejkolwiek energetycznej zależności od Kremla. Transformacja energetyczna już przed wojną w Ukrainie była jednym z absolutnych priorytetów UE. Po wojnie stała się priorytetem numer jeden. Unia zamierza przeznaczyć gigantyczne środki na zapewnienie sobie energetycznego bezpieczeństwa w jak najkrótszym czasie. - Mobilizujemy blisko 300 mld euro, około 72 mld euro w dotacjach i 225 mld euro w pożyczkach - oznajmiła w połowie maja szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen.

UE swoją drogę do uniezależnienia się od rosyjskich surowców energetycznych podzieliła na dwa etapy. Krótkoterminowo chce importować nierosyjski gaz LNG i gaz ziemny za pomocą istniejącej już infrastruktury. Do tego Komisja Europejska zaleca szereg działań zmniejszających popyt na gaz (m.in. odłożenie w czasie wygaszania elektrowni węglowych i jądrowych). Wedle szacunków KE pozwoli to zredukować zapotrzebowanie na gaz ziemny o 110 mld m3. To ponad dwie trzecie gazu importowanego z Rosji. Lata 2023-27 to drugi etap zmian i potężne inwestycje w fotowoltaikę, energię wiatrową i biometan. Do tego ma dojść zwiększenie efektywności energetycznej budynków i przemysłu. Skutek: redukcja konsumpcji rosyjskiego gazu o kolejne 88 mld m3. Łącznie daje to niemal 200 mld m3 gazu, a więc o ponad 25 proc. więcej, niż UE importuje z Rosji obecnie.

Na tym jednak UE nie poprzestaje. W ramach pakietu reform energetycznych "Fit for 55" Unia chce zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii (OZE) z 40 do 45 proc. Unijne decyzje dotkną również importu rosyjskiej ropy. Embargo na ropę transportowaną tankowcami wejdzie w życie do końca 2022 roku, natomiast na produkty rafineryjne z Rosji - na początku 2023 roku. Tu należy zaznaczyć, że dostawy drogą morską do krajów UE to ponad dwie trzecie importu ropy z Rosji. Ponownie wychodzi więc na to, że chcąc zastraszyć Zachód - w tym przypadku energetycznie - Putin jedynie go skonsolidował i zmotywował do koniecznego, odważnego działania, do którego wcześniej Zachód nie mógł się zebrać. Tym sposobem teraz to Rosja musi się martwić, komu i w jaki sposób będzie sprzedawać za kilka lat swoje surowce energetyczne.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy