Reklama

Zachód wyciąga rękę do Putina. Ponad głową Ukrainy

Liderzy Zachodu albo już przełożyli, albo właśnie zaczynają przekładać wajchę w sprawie wojny z Ukrainą. Zarówno prezydent Francji, jak i jego amerykański odpowiednik niemal w tym samym czasie dali bardzo wyraźny sygnał gotowości do negocjacji pokojowych z Rosją. Niepokojące, że mówiąc o konsultacjach w tej sprawie Joe Biden zapomniał wymienić... Ukrainę. Jeśli za słowami pójdą czyny, Władimir Putin może na koniec roku otrzymać nieoczekiwany prezent świąteczny.

Początek grudnia jest ciężki dla Ukrainy, a zaskakująco pozytywny dla Rosji. Zaczęło się 1 grudnia - od wspólnej konferencji prasowej Emmanuela Macrona i Joe Bidena. To wtedy amerykański prezydent przyznał, że jest gotowy na spotkanie z Putinem w ramach negocjacji pokojowych, jeśli rosyjski dyktator chciałby zakończyć wojnę w Ukrainie.

Zachód puszcza oko do Putina

- Jeszcze nie wyraził takiej ochoty. A jeśli to zrobi, to w porozumieniu z naszymi przyjaciółmi z Francji i NATO, z chęcią usiądę do rozmów z Putinem, żeby zobaczyć, o co mu chodzi - powiedział dziennikarzom amerykański przywódca, dodając, że konieczne jest wsparcie dla Ukrainy, a Rosja nie może wygrać tej wojny.

Reklama

Znamienne jest jednak to, że Biden, mówiąc o tym, z kim skonsultuje ewentualne rozpoczęcie rozmów z Putinem nie wspomniał o ukraińskim prezydencie Wołodymyrze Zełenskim ani rządzie w Kijowie. Na słowach Bidena strategiczne kłopoty Ukrainy się jednak nie skończyły, bo już kilkadziesiąt godzin później ukazał się wywiad Macrona dla francuskiej telewizji TF1. Zresztą nagrany właśnie podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych.

Według Macrona "jedną z podstawowych kwestii, do jakich musimy się odnieść - o czym zawsze mówił prezydent Putin - jest obawa (Rosji - przyp. red.), że NATO podejdzie tuż pod jej drzwi, oraz przed rozmieszczeniem broni, które mogłyby zagrozić Rosji". - To będzie jeden z czynników pokoju, więc musimy być na to przygotowani: co jesteśmy gotowi zrobić, jak mamy bronić swoich sojuszników i państw członkowskich NATO, a jednocześnie dać Rosji gwarancje bezpieczeństwa, gdy wróci do stołu rozmów - podkreślił francuski prezydent.

Wisienką na torcie niepokojących z ukraińskiej perspektywy deklaracji było przyznanie przez rzecznika niemieckiego rządu, że Niemcy nie osiągną obiecanego tuż po agresji Rosji na Ukrainę poziomu 2 proc. PKB nakładów na armię. I to nie tylko w tym, ale i w przyszłym roku. Dopiero w 2025 roku, i to być może, uda się osiągnąć obiecany pułap. Niepewna jest też przyszłość dodatkowego finansowania sił zbrojnych, które miało opiewać na ogromną sumę 100 mld euro.

Moc kontekstu

Wszystkie te wypowiedzi należy rozpatrywać w określonym kontekście - politycznym, geopolitycznym, a także czasowym. Politycznie Macron musi zdawać sobie sprawę z interesów wielkiego francuskiego biznesu i wciąż silnego prorosyjskiego sentymentu we Francji. Biden wie natomiast, że po stracie przez demokratów Izby Reprezentantów i przy trudnej sytuacji gospodarczej w kraju poparcie Amerykanów dla gigantycznej pomocy finansowej i militarnej dla Ukrainy nie będzie trwać w nieskończoność, więc czas gra tutaj na korzyść Kremla. 

A Scholz? On i jego rząd martwią się przede wszystkim bezpieczeństwem energetycznym swojego kraju, a nie zbrojeniami czy pomocą militarną dla Ukrainy. Niemiecki wielki biznes również chętnie powitałby zakończenie wojny i wznowienie interesów z Moskwą.

Kontekst geopolityczny też jest jasny. Jesienią to Ukraina była w ofensywie, odzyskując na wschodzie i południu kraju kolejne terytoria okupowane wcześniej przez wojska rosyjskie. Rosja zaliczała kolejne kompromitujące porażki, czego swoistą puentą było zniszczenie Mostu Krymskiego. To wszystko zmusiło Putina do przeprowadzenia mobilizacji 300 tys. żołnierzy, wyciągnięcia z wojskowych magazynów sprzętu rodem z demobilu i przeprowadzenia chaotycznej aneksji czterech ukraińskich obwodów (fakt, którego Zachód nie uznał i nie uznaje).

- Putin nie może pogodzić się z sytuacją, kiedy po pierwszej fazie wojny Ukraińcy przeszli do kontrofensywy i zaczęli odzyskiwać swoje terytoria na wschodzie i południu kraju - mówił w wywiadzie dla Interii Michał Kacewicz. - To jest dla Putina absolutnie nie do przyjęcia, osłabia go już nawet nie w oczach Rosjan, ale w oczach elity rosyjskiej oraz sojuszników ze wschodu, jak Chiny. Dlatego Putin musi odzyskać siłę, przejść do ofensywy i zacząć odnotowywać realne sukcesy na froncie - podkreślił dziennikarz Biełsat TV oraz autor książek o Łukaszence, Putinie i wojnie w Donbasie.

Co z kontekstem czasowym? Ten jest z perspektywy Kremla absolutnie kluczowy. Z kilku powodów. Po pierwsze, Putin chce zyskać czas, żeby wyszkolić i wysłać na front zmobilizowanych jesienią rezerwistów. Po drugie, musi mieć tych ludzi jak uzbroić, a to też nie stanie się z dnia na dzień ani nawet z miesiąca na miesiąc. Po trzecie, Moskwa cały czas stara się przymusić Białoruś do aktywnego włączenia się w działania wojenne, dzięki czemu możliwe byłoby chociażby ponowne otwarcie frontu północnego. Wreszcie po czwarte, Putin liczy, że zima i ataki na infrastrukturę energetyczną i sanitarną złamią ducha Ukraińców. Kreml liczy też, że w tym samym czasie wysokie ceny surowców energetycznych osłabią opór Unii Europejskiej i jej chęć dalszego pomagania Ukrainie.

Deal Zachodu z Putinem?

W takiej sytuacji fundamentalne pytanie brzmi: czy Zachód może dogadać się z Putinem ponad głowami Ukraińców. Przez Zachód należy rozumieć tutaj przede wszystkim Stany Zjednoczone, bo to ich pomoc pozwoliła Ukrainie nie tylko przetrwać prawie dziesięć miesięcy rosyjskiej inwazji, ale nawet przejść do kontrofensywy i mieć realne perspektywy wyparcia okupanta z kraju.

Prostej i jednoznacznej odpowiedzi tutaj nie ma. Doprowadzenie do końca wojny tu i teraz, czy choćby w perspektywie kilku tygodni, wydaje się nierealne. Zachód zbyt dużo zainwestował politycznie we wsparcie Ukrainy, a antykremlowska koalicja obejmuje nie tylko wspieranie Kijowa pieniędzmi i bronią, ale także potężne pakiety sankcji na Rosję czy długofalowe i zakrojone na szeroką skalę zmiany w polityce energetycznej Unii Europejskiej, których celem jest jak najszybsze uniezależnienie się UE od Rosji w kwestii energii. 

Ponadto sympatia opinii publicznej wciąż jest po stronie Ukraińców, a to dla polityków fakt, którego nie mogą lekceważyć. I ostatni powód, dlaczego pokój jest tak odległą perspektywą: rozbieżność stanowisk negocjacyjnych obu stron konfliktu jest aktualnie gigantyczna (przecież jeszcze niedawno Kijów uzależniał rozmowy pokojowe od pozbawienia Putina władzy).

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież koniec wojny oznaczałby powrót spokoju i stabilizacji, które dla bogatego Zachodu są wartościami samymi w sobie. Nie do końca. Jak słusznie zauważył we wrześniowej rozmowie z Interią były polski dyplomata Witold Jurasz, "to, czego Rosja dopuściła się w Ukrainie, przekroczyło pewną masę krytyczną. Nikt już nie uwierzy Putinowi na słowo. W cokolwiek".

Nie zmienia tego nawet fakt, że Kreml bardzo ochoczo podchwycił wypowiedzi czołowych zachodnich przywódców i zasugerował gotowość do rozmów pokojowych, ale - rzecz jasna - na rosyjskich warunkach. Te obejmują przede wszystkim zachowanie wszelkich rosyjskich zdobyczy terytorialnych, przez co Moskwa rozumie przejęcie czterech bezprawnie anektowanych ukraińskich obwodów: ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego.

Na to ani Zachód, ani przede wszystkim Ukraina się nie zgodzą. W zaistniałej sytuacji niepokoją jednak co najmniej dwie rzeczy. Pierwsza to wyraźna zmiana retoryki Zachodu, ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych. Na początku wojny, podczas wizyty w Warszawie, prezydent Biden mówił wprost o Putinie, że "ten człowiek nie może pozostać u władzy". Z biegiem czasu wycofywał się z tej deklaracji, ale ostatnia wypowiedź o gotowości rokowań z Putinem pokazuje, że w polityce Waszyngtonu dokonała się istotna zmiana.

Druga niepokojąca i warta odnotowania kwestia to oddanie inicjatywy Kremlowi. I to w momencie, gdy Rosja była od wielu tygodni w arcytrudnym położeniu - społeczeństwo buntowało się przeciwko wojnie, Kreml ponosił klęski na froncie, Putin tracił w oczach swojego otoczenia i sojuszników. Tymczasem to mający przewagę Zachód pierwszy pękł i zaczął mówić o pokoju. I to pomimo samej Ukrainy. Dla Rosji interpretacja takiej sytuacji może być jedna i taka jak zawsze: słabość. A słabość Kreml bezwzględnie wykorzystuje.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy