Reklama

Reklama

Chaos na lotniskach w Europie. Ruch paraliżują strajki i wakaty

Nawet 12 miesięcy może zająć stabilizacja sytuacji nad europejskim niebem - przewiduje Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Zatrudnionych w branży lotniczej po pandemii jest za mało, by obsłużyć wszystkie samoloty. Ci, którzy pozostali na stanowiskach, nierzadko domagają się wyższych pensji i strajkują. Tuż przed wakacjami paraliżuje to pracę portów lotniczych w Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii, czy we Włoszech. Fala odwołanych połączeń może dotrzeć do Polski, bo znów głośno o konflikcie między kontrolerami ruchu lotniczego a PAŻP.

Zwiastunem nadchodzących problemów nie był protest w Europie, lecz na tunezyjskich lotniskach. Pracownicy sektora lotniczego z tego kraju na północy Afryki zaprotestowali przeciw polityce władz, które - szukając oszczędności - zamroziły im pensje. 

Przez cały czwartek samoloty ani nie latały z Tunezji, ani nie lądowały w tym państwie - chętnie wybieranym przez europejskich turystów. Odczuł to najpewniej niejeden Polak, bo strajk przypadł na Boże Ciało, czyli pierwszy dzień "długiego weekendu". Loty wznowiono w nocy z czwartku na piątek, lecz konflikt trwa i może eskalować na nowo.

Reklama

Pracownicy Ryanair i Brussels Airlines chcą wyższych pensji. Protest w kilku krajach

Z problemami zmierzyli się również podróżni, którzy w poniedziałek planowali wylecieć z Brukseli, stolicy Belgii. Związkowcy z portu lotniczego Zaventem nie wykonywali obowiązków, dlatego zarządzający lotniskiem odwołali wszystkie wyloty i dwie trzecie przylotów. - Musieliśmy podjąć taką decyzję, bo nie zapewnilibyśmy pasażerom bezpieczeństwa - tłumaczyła agencji Reutera rzeczniczka lotniska Nathalie Pierard.

Tymczasem do trzydniowego strajku szykują się piloci i personel pokładowy Brussels Airlines. Belgijska firma informuje, że w czwartek, piątek i sobotę odwoła około 60 proc. swoich lotów, co nie będzie dobrą wiadomością dla 40 proc. jej pasażerów. Związkowcy od tygodni krytykują kierownictwo przewoźnika i narzekają na zbyt duży zakres obowiązków. Chcą też zarabiać więcej.

W kolejce do protestu ustawili się też pracownicy irlandzkich tanich linii Ryanair. Chcą zarabiać więcej, więc rozpoczną strajk w kilku państwach: we Włoszech 25 czerwca, w Portugalii od 24 do 26 czerwca oraz w Hiszpanii, gdzie ich protest przebiegnie w dwóch turach: między 24 a 26 czerwca i od 30 czerwca do 2 lipca.

Zamieszanie wokół Ryanaira może dotknąć także Polaków, ponieważ przewoźnik operuje m.in. z Wrocławia na półwysep Iberyjski oraz do Włoch. Nawet jeśli ktoś wybiera się w innym kierunku, także może napotkać problemy, ponieważ samoloty - podobnie jak pociągi czy autobusy - kursują w "obiegach". Przykładowo po lądowaniu w Niemczech zabierają nowych klientów do kolejnego kraju, niekoniecznie wracając tam, skąd przyleciały.

- Czas przed wakacjami to moment, kiedy wszyscy chcą wymusić na pracodawcach podwyżki, dodatkowe dni wolne, urlopy - wyliczał w "Wydarzeniach" Polsatu ekspert branży lotniczej Eryk Kłopotowski. Przyznał, że "nie lubi uprawiać czarnowidztwa", ale Polacy planujący podniebną wyprawę "powinni codziennie sprawdzać sytuację" - czyli upewniać się, że ich lot na pewno nie wypadł z rozkładu.

Odwołane loty także w Polsce? Znów głośno o sporze kontrolerzy-PAŻP

Przez czarne chmury przebija się też brytyjski EasyJet. Te linie ogłosiły, że podczas wakacji "odchudzą" swoją siatkę, usuwając z niej wybrane połączenia. Z kolei lotnisko Londyn-Gatwick przekazało, iż nie przyjmie części planowych lotów, bo nie ma kto ich obsłużyć. Turbulencje koło angielskiej metropolii mogą zaburzyć letnie plany nawet 800 tysięcy osób.

"Kolorowo" nie jest też w naszym kraju, bo wciąż tli się spór między kontrolerami lotów a Polską Agencją Żeglugi Powietrznej. Odpowiedzialni za bezpieczeństwo maszyn nie tylko startujących i lądujących na terytorium RP, ale i przelatujących nad nim, domagają się m.in. powrotu do dawnego, wyższego poziomu wynagrodzeń, jak i rezygnacji z jednoosobowych dyżurów.

W poniedziałek Radio Zet podało, że negocjacje załamały się, a tym samym polskiej awiacji po 10 lipca - gdy kończy się tymczasowe porozumienie - grozi paraliż. Rozgłośnia powołała się na przedstawicieli kontrolerów. Tego samego dnia wieczorem obie strony uspokajały i zapewniały, iż rozmowy nadal się toczą, a strony dążą do porozumienia. To nie oznacza jednak końca niepewności.

- Pojawiła się informacja, że mamy ogromne trudności (w negocjacjach z PAŻP - red.) i być może będziemy mieli kryzys. W zeszłym tygodniu Agencja oznajmiła co do kolejnych punktów (porozumienia), że nigdy się nie ziszczą i nie będzie szansy na ich realizację, chociaż były uzgodnione - tłumaczyła sytuację w Polsat News Anna Garwolińska, pełnomocniczka Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Z kolei Rusłana Krzemińska, rzeczniczka PAŻP, oznajmiła, że obecne spotkania "niczym nie różnią się od pozostałych". Zapowiedziała też dalszy dialog w pracownikami w nadchodzących dniach. 

Ekspert: Kontrolerzy lotów nie mogą przegiąć

- Mam nadzieję, że nie zaczyna się brazylijski serial pt. "blisko od porozumienia, dalej od niego". To, co wczoraj zrobiono, rzucając, że "wakacji nie będzie"... Kontrolerzy nie powinni "robić sobie jaj" z pasażerów i nie brać ich za zakładników - ocenił w Polsat News Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, nawiązując do innej wypowiedzi Anny Garwolińskiej.

Jak przypomniał, w kwietniu, gdy konflikt na linii PAŻP-kontrolerzy przybrał najostrzejszą formę, większość opinii publicznej stanęła po stronie tych drugich. - Dobrze, aby nie przegiąć, bo sympatia się obróci - przestrzegł.

Według Furgalskiego musimy też "przejmować się strajkami" poza Polską. - Wiele lotnisk ogranicza liczbę operacji możliwych do zrealizowania. W pandemii, gdy lotów nie było, nie przyjmowano do pracy, a część pracowników zwolniono. Teraz ruch zaczyna odbudowywać się szybciej, a wśród zatrudnionych w lotnictwie są braki. Opóźnienia samolotów mogą być najmniejszym zmartwieniem, bo największe porty będą odwoływać połączenia - powiedział. 

W jego ocenie sytuacja na europejskim niebie ustabilizuje się nie od razu, bo nawet za 12 miesięcy. Objaśnił, że pasażerowie z Polski najpewniej zetkną się najczęściej z opóźnieniami, ale niewykluczone są też kasacje lotów, gdyby na docelowym lotnisku nie byłoby osób mogących obsłużyć lądującą maszynę.

O niedoborze pracowników mówi się chociażby za Odrą. Niemiecka Lufthansa dopuszcza odwoływanie rejsów, bo w RFN brakuje około 2-3 tysięcy pracowników.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy