Reklama

Reklama

Doświadczenie nakazuje w sprawie Pegasusa nie wierzyć nikomu

Nie ufam w sprawie Pegasusa rządzącym, bo rządzący w Polsce jak mają okazję zawsze nadużywają takich narzędzi. Nie wierzę opozycji, bo sama uwielbiała inwigilować przeciwników, a poza tym potwornie kłamie. Nie wierzę też części mediów, które gotowe są wznieść się na wyżyny histerii, by pokazać, że żyjemy w takiej Korei Północnej tylko straszniejszej.

Święty Augustyn pisał o tym, że wiara poszukuje zrozumienia. Z wiarą w dzisiejszej polityce i odbiorze przekazów medialnych jest dokładnie odwrotnie. Wzorowy odbiorca niczego nie rozumie, bo emocje, ciągłe ich podkręcanie, ćpanie nienawiści i wściekłości, powodują, że jakiekolwiek rozumienie czegokolwiek stało się przestarzałe, a co więcej - nieefektywne i niepotrzebne. A nawet jak na chwilę komuś zacznie temperatura opadać, to powróci zacny, stary znajomy z Brukseli, który z miejsca wszystko wyjaśni. Czyli przypomni, że im ostrzej, tym lepiej, wprowadzając psychozę na poziom orbity okołoziemskiej i potępiając wszelkiej maści "symetrystów", czyli tych, którzy mają czelność mieć wahania.

Reklama

Dlatego spór o program szpiegowski, rzekomo nabyty przez polskie organa ścigania za pieniądze pochodzące z funduszu kontrolowanego przez środowisko Solidarnej Polski, niczego nie zmieni. Poza tym, że najbardziej zaangażowani zaangażują się jeszcze bardziej.

Rzekomo prześladowani

Ja nie wierzę w tej sprawie żadnej ze stron. Twarzą dramatycznej historii bycia podmiotem szpiegowskiej machiny stał się polityk, który swojego czasu pożar przenośnej toalety przy ulicy uznał za zamach na swoją osobę. Inni rzekomo prześladowani mają podobne wyniki. Gazeta, która dziś wiedzie prym w śledzeniu sprawy, donosiła wówczas, że posłowi "podpalono dom", a od sześciu lat raczy nas sensacjami w stylu poradnika jak zachować się w więzieniu i podczas tortur. Trudno stwierdzić, co jest naprawdę, a co efektem masochistycznej rozkoszy, który dostarczają prześladowania istniejące tylko w wyobraźni. 

Jest jeszcze Donald Tusk. Polityk, za którego czasów podsłuchiwano kilkudziesięciu dziennikarzy, doprowadzano do zmian kapitałowych w niechętnych władzy mediach, naciskano na zagranicznych wydawców, by zmieniali naczelnych albo pakowano się ze służbami specjalnymi wprost do redakcji. W sprawach swobód obywatelskich jest on wiarygodny jak kuna w kwestii wysiadywania kurzych jajek.

Rzekomo śledzeni Pegasusem twierdzą, że przez techniczne sprawdzenie dowiedli, iż na ich telefonach są ślady funkcjonowania szpiegowskiego oprogramowania. Ale czy są w stanie wykazać, że za tymi śladami, nawet jeśli się znajdują, stoją jakieś polskie władze, a nie inny kraj lub organizacja? I czy w ogóle to sprawdzanie jest wiarygodne? Przecież telefon można celowo zainfekować, by potem wykazać infekcję. Jest tu naprawdę sporo możliwości krętactwa.     

Dla obu stron. Bo z drugiej strony, czy kupiono Pegasusa? A jeśli tak, to czy używany jest wyłącznie we właściwym celu - czyli inwigilacji mającej na celu łapanie przestępców? Na to wskazywałby fakt, że zgodę na inwigilację musi wydać sąd. To nie jest bułka z masłem. 

Ponoć - znowu zdaniem związanej z opozycją prasy - wydające zgodę sądy mogły nie wiedzieć na co się godzą. Czyli akceptować inwigilację, ale nie sprawdzając, że chodzi o najsłynniejsze dziś w Polsce mitologiczne zwierzątko w wersji online. Tak? Ale jak sąd wydał zgodę na inwigilację, czyli założył, że ktoś będzie śledzony i podsłuchiwany, to chyba już niewielka różnica, że służby zajrzą mu także do komunikatorów?

Jeśli jest przestępcą lub śledzenie wiąże się tylko z wykrywaniem jakiś nieprawidłowości, to chyba nawet lepiej, że sprawdzą wszystko, bo wtedy najważniejsze jest wykrycie przestępstwa. Jeśli jednak tak nie jest i Pegasus faktycznie był używany w celach politycznych to marnie. Tyle że znając trochę wewnątrzpisowskie relacje, nikt raczej nie zaprzątałby sobie głowy rozlicznymi posłami opozycji, bo wewnętrzna walka pisowskich koterii o władzę jest zbyt brutalna, by marnować tak wartościowe środki na jakieś wojny zewnętrzne.

Uwierzą we wszystko

Wszystko to jednak nie ma większego znaczenia. Twardzi zwolennicy PO i Donalda Tuska - ci przekonani, że wybory zostały sfałszowane, że żyją w dyktaturze, że żyjemy od sześciu lat w stanie załamania gospodarczego, a polskie wojsko na granicy to współcześni hitlerowcy - uwierzą nawet w to, że Pegasus jest w stanie przejmować kontrolę nad umysłem użytkownika komórki. Twardzi zwolennicy władzy uznają, że jeśli nawet nabyła system to wyłącznie po to, by walczyć z nieprawidłowościami, złodziejstwem, które cechują starą ekipę. A jak się władza zmieni, ci pierwsi będą rwać się do śledzenia tych drugich, a ci drudzy lamentować na prześladowania. I tak w kółko Donaldzie i Jarosławie.

Czasami ktoś mi zarzuca, że wyzłośliwiam się nad rzeczywistością, nie przedstawiając pomysłów "co zrobić". Ależ proszę bardzo, powołajmy specjalną komisję złożoną z niezależnych autorytetów, naukowców, specjalistów, albo jeszcze lepiej ludzi kultury, duchownych, byłych prezydentów... to żart oczywiście. Nie znam rozwiązania. Nawet, szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy początkowy cytat pochodzi pierwotnie od świętego Augustyna czy od świętego Anzelma, ale jakież to ma znaczenie w świecie, gdzie liczą się tylko narracje, emocje i ubijanie betonu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy