Reklama

Reklama

Z nogami na stole

- No więc ten Lis rozmawiał z pracownikami trzymając nogi na stole - poinformowała mnie koleżanka z lekkim zarzutem. Kiedy zwróciłem jej uwagę na to, że mówiąc to też ma nogi na stole, przytomnie zauważyła: "ale akurat z tego to ciebie wszyscy znają".

Jednak coś jest inaczej. Jednak pracowałem, także pełniąc względnie wysokie funkcje menadżerskie w różnych miejscach i nigdy zarzut o mobbing mnie nie dotknął. Choć pamiętam z radia, serdecznie pozdrawiam, choćby "koleżankę", reporterkę, która przychodziła pożalić się na swoje ciężkie życie, a także na swoich najbliższych współpracowników. Równocześnie położony telefon, tak, żeby "zbierał", czasem nawet dwa, sprawiały, że komunikowałem się jak korporacyjny robot, uprzejmy, ale nudny i formalny. A przecież, nawet w tym felietonie, potrafię inaczej. I ci, którzy znają mnie osobiście, wiedzą, że raczej jestem dość bezpośredni.

Reklama

Ale nauczyłem się jednego. Jeżeli już tak się stało, że stałem się jednym z aktorów sceny publicznej, jeśli dopisałem się, nawet w roli drugoplanowego statysty, do tego spektaklu, to muszę mieć świadomość, że jestem zwierzyną łowną. Że trwa polowanie. Że błąd będzie potraktowany jako zła wola, czynniki zewnętrzne jako elementy spisku i tak dalej. A rozprostowanie nóg może być potraktowane jako mobbing.

Historia zarządzania ludźmi przez Tomasza Lisa to dużo więcej niż nogi na stole. O tym w środowisku się mówiło. To się wiedziało. O poniżaniu, obrażaniu kobiet, chamstwie. Wiedziało się też, że są tacy, którym więcej wolno i naczelny "Newsweeka" się do nich zaliczał. W pewnym momencie nie zauważył po prostu, że czasy się zmieniły. Nie tylko on. Jest jedna postać, w sumie już historyczna, także naczelny, którego wszystkich wyczynów jak do tej pory nie opisali biografowie. Kwestia czasu.

Tylko gdzie się kończy zwykłe chamstwo a gdzie zaczyna łamanie poważnych norm z prawem na czele? Czy faktycznie trzymanie nóg na stole to widomy przejaw lekceważenia? Czy komentarz dotyczący koloru stanika koleżanki to molestowanie? Przecież może być zabawny. Jak to jest? Wszyscy dziś każdą z tych sytuacji interpretują na swój sposób.

A przecież kiedyś by było łatwiej. Bo kiedyś obowiązywała zasada zwana kulturą, wychowaniem i paradoksalnie dotyczyła wszystkich sfer społecznych. Mamy jej resztówkę. Kiedy ktoś wchodzi do mojego pokoju niezdarnie udaję, że ściągam nogi z biurka, a on mówi "przestań, to mi nie przeszkadza". Kiedyś po prostu tych nóg na stole nie nauczyłbym się trzymać. Podobnie jak kiedyś pracodawcy, właściciele korporacji, wiedzieliby, że faceta, który pewnej kindersztuby z domu nie wyniósł, albo nie nabył, nie zatrudnia się na odpowiedzialnej funkcji. Musiałby tego się nauczyć, albo nie zostałby nawet stangretem nie mówiąc o gwiazdorzeniu w telewizji i prasie.

Było to powszechnie zwane kulturą, którą po prostu należało się wykazywać. Jednak w naszych czasach obowiązuje inny model bliski chyba słowom przypisywanym Goebbelsowi, a będącym autorstwa nazistowskiego dramaturga Johsta: "kiedy słyszę słowo kultura, odbezpieczam rewolwer". Jak się jednak okazuje ta kultura po coś jest potrzebna, a jej brak na końcu się mści.   

Reklama

Reklama

Reklama