Reklama

Reklama

Michał Kołodziejczak: Grzegorz Schetyna proponował mi start z list PO

- Pamiętam, jak przede mną lub za mną na rozmowę z Grzegorzem Schetyną czekała Klaudia Jachira. Kiedy ją zobaczyłem, zacząłem się zastanawiać - tak w rozmowie z Interią Michał Kołodziejczak, lider AGROUnii wspomina propozycję startu, którą usłyszał od PO. Polityk opowiada m.in. dlaczego odprawiał z kwitkiem byłych posłów Samoobrony, zwierza się ze swojej osobistej przemiany czy ujawnia, na jakich zasadach mógłby współpracować z PSL.

Jakub Szczepański, Interia: Zaczynacie z prekampanią wyborczą "Jesteśmy u siebie". Czym państwa oferta ma się różnić od innych partii politycznych?

Michał Kołodziejczak, lider AGROUnii: - Jesteśmy zupełnie inną grupą ludzi niż istniejące już partie. One mają struktury w terenie, my je dopiero tworzymy. Ciągle poszukujemy działaczy i ich do siebie przekonujemy. Zachęcamy też samym hasłem, bo wiele osób nie wie, w jakim kraju żyje: państwie polityków, wielkich korporacji czy złodziei, którzy rządzą Polską. Widzieliśmy to w ostatnich dniach przy okazji wesela wiceministra rolnictwa, Norberta Kaczmarczyka z Solidarnej Polski. Skąd politycy mają pieniądze na takie wesela?

Reklama

A zdradzi pan, ile osób bawiło się na pańskim weselu? Co pan dostał?

- Na moim weselu było około 150 osób. Wydawało mi się, że to całkiem sporo. Rodzina od strony mojego taty jest duża, miał dziewięcioro rodzeństwa. Nie było żadnych szczególnych prezentów. 

Kiedy poczujemy, że "jesteśmy u siebie", będzie inaczej?

- Chcemy pokazać ludziom polski dorobek. On powstał przez ostatnie trzy dekady, dzięki naszej ciężkiej pracy. Osiągnęliśmy bardzo dużo i nie możemy tego stracić. Działania dotychczasowych, zawodowych polityków nie dają odpowiedzi na pytania, co robić, żeby tak się nie stało. My różnimy się od nich wszystkim, również podejściem do kampanii wyborczej. Do tej pory widzieliśmy wygwizdywanych Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, polityków lewicy jeżdżących jak autostopowicze na gapę, nieudane spotkania PO czy działaczy Konfederacji przemawiających ze skrzynki na piwo. Ani taka oferta, ani podejście nie jest poważne.

Mówi pan o budowaniu struktur, a opinia publiczna pewnie chciałaby poznać innych działaczy AGROUnii poza Michałem Kołodziejczakiem. Co pan na to?

- Po to jest nasza łódzka konwencja i ogólnopolska trasa. Będziemy organizowali konferencje prasowe, na których będę prezentował lokalnych liderów. Nasi działacze tak naprawdę uczą się kampanii wyborczej. Nie mamy ludzi, którzy mają doświadczenie w tym obszarze. Jesteśmy nowi, poznajemy wszystko od zera. I to wielka siła.

Pan nie do końca jest taki świeży w polityce, skoro w 2019 r. Grzegorz Schetyna proponował panu start z list Platformy. Jak to wyglądało i dlaczego pan odmówił?

- To prawda, proponował start. Chciał, żeby PO miała jak najlepszy wynik, o to chodziło Schetynie. Zaproponowali pomoc w stworzeniu kampanii dla polskiej wsi. Nie zdecydowałem się, bo nie chciałem mieszać się z układami politycznymi, które funkcjonowały do tej pory. Decyzja była trudna, bo miejsce na liście to pokusa. Przecież szansa, żeby dostać się do Sejmu i dziś móc decydować, to nie byle co. Wybrałem dużo trudniejszą drogę, jak wierzę - skuteczniejszą.     

W ramach oferty miał pan wstąpić do Platformy, Koalicji Obywatelskiej?

- Propozycja dotyczyła wspólnego startu, a nie wstąpienia do partii. Pamiętam, jak przede mną lub za mną na rozmowę z Grzegorzem Schetyną czekała Klaudia Jachira. Kiedy ją zobaczyłem, zacząłem się zastanawiać, czy chcę tworzyć Polskę dla młodych z takimi ludźmi. W pewien sposób przekonało mnie do podjęcia odmownej decyzji.

W polityce stykał się pan z PiS, ze Stanisławem Żółtkiem. Opowiada pan często o wojażach posłów, którzy pana odwiedzali już jako lidera AGROUnii. Niezależnie od tego nie wybiera pan znanych twarzy. Dlaczego i kto do pana przychodzi?

- Ci ludzie mieli swoje pięć minut. Jeżeli wypadli z polityki, nie potrafili zbudować swojej podmiotowości, to też o nich coś mówi. W czasie spotkania nie umieli pochwalić się dokonaniami, a chcieli jedynie wrócić ze względu na doświadczenie. Dlatego im podziękowałem, nauczymy się sami. Mowa chociażby o byłych posłach Samoobrony, radnych wojewódzkich, choćby z PSL. Nie mówię, że to słabi politycy, po prostu budujemy coś innego.

Proszę opowiedzieć o waszych relacjach z PSL-em. Czym AGROUnia różni się od ludowców i czy jesteście w stanie się dogadać?

- Największą siłą polityków jest znalezienie wspólnego języka i podejmowanie dobrych decyzji dla ludzi. W kontekście ludowców trzeba rozróżnić PSL oraz Władysława Kosiniaka-Kamysza. Nie chciałbym mieć wiele wspólnego ze starymi działaczami, którzy są znani z licznych afer czy udziału w źle przeprowadzonej prywatyzacji. Nie będę przytakiwał ludziom ślepo chwalącym Leszka Balcerowicza. W latach 90. panowała porównywalna oligarchia do tego, co zrobił Kaczmarczyk. U mnie, po sąsiedzku, PGR przejął były polityk ludowców. Nigdy nie mogłem się z tym zgodzić. Dlatego trzeba oddzielić młodych od tych, których czas już minął. Ciężko szukać ludzi bezbłędnych, najważniejsze to wyciągać wnioski.  

Czyli żeby współpracować z PSL-em, musiałaby się wyodrębnić jakaś grupa z Kosiniakiem-Kamyszem? Wtedy możecie współpracować?

- Obecnie jesteśmy skupieni na tym, żeby budować swoją grupę. Żeby ci ludzie stali razem ze mną, chcieli ożywić prowincję, pokazać pomysł. To co później, jeszcze przed nami. Chcemy być całkowicie odrębnym bytem politycznym, który wystartuje w wyborach.

Życie polityczne zaczynał pan od protestów. Teraz macie postawić na merytorykę. Na czym to będzie polegało i jak pan to widzi?

- Chcieliśmy skutecznie pokazywać nasze problemy, przekonać polityków i media, że warto się nimi zainteresować. To była ekspresja, pokazanie determinacji. Jak się okazało, mieliśmy rację. Dziś chcemy przejść do merytorycznej pracy, która pozwoli wziąć udział w podejmowaniu decyzji, a nie tylko wskazywaniu na to, co jest złe. Chcemy innej Polski, różnych ludzi, solidaryzmu społecznego w obliczu różnic. Piszemy program z Janem Zygmuntowskim (ekonomista z Instytutu Spraw Obywatelskich - red.) i jego otoczeniem. Mamy konkretne pomysły na kłopoty: spojrzenie na państwo musi być ciągłe, niezależnie od rządzących.

Żeby wygrać wybory, nie możecie kierować swojej oferty tylko do mieszkańców wsi. Co zaproponujecie ludziom z dużych ośrodków miejskich jak Warszawa, Lublin czy Poznań?

- To nie my będziemy wskazywać pomysł, zrobią to Polacy. Na pewno nie będziemy narzucać swojego punktu widzenia. Los dużych miast zależy też od małych miast, wiosek i gospodarstw. Po to też wyjeżdżamy w Polskę, żeby się poznawać, rozmawiać. Bo jakie znaczenie mają programy polityczne opracowane po pandemii COVID-19, kryzysu gospodarczego czy agresji Rosji na Ukrainę? Wszystkie można wyrzucić do kosza. Dlatego najważniejsze, abyśmy mogli dostosować się do różnych sytuacji, ustalić plan działania. Jeżeli politycy PiS, którzy mają za sobą cały aparat wywiadu, nie potrafili przewidzieć kryzysów to nie mówimy o państwie z dykty, a z cienkiego papieru.

Czy w kontekście otwarcia na szerszy elektorat łatka "młodego Andrzeja Leppera" jest krzywdząca? A może to raczej plus?

- Sam pracuję na swój wizerunek. To jak będę odbierany, w dużej mierze zależy też ode mnie. Zwierzę się trochę, ale bardzo mocno się obserwuję. Zmiany na przestrzeni trzech, czterech lat. Chciałbym poznać drugiego polityka, który potrafi się zmienić w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tak jak ja: od roszczeniowego człowieka przedstawiającego problemy własnego środowiska po kogoś, kto otwiera się na kłopoty całego społeczeństwa. Ważne, by nie widzieć czubka własnego nosa. Andrzej Lepper wzbudza kontrowersje, ale wiele problemów przewidział. I nie można tego nie zauważyć.

Jeśli ktoś pana pozna, widzi człowieka bardzo pewnego siebie. Nie obawia się pan, że pycha kroczy przed upadkiem? Pewność siebie nie jest przesadna?

- Moja pewność siebie nie ma nic wspólnego z pychą. A jeżeli miałaby taka być, proszę każdego, żeby zwracał mi uwagę. Bardzo często można zatracić dobre cechy w polityce. Na co dzień obserwujemy upadek dobrych polityków. Nie dziwi mnie pańskie pytanie, nawet źle go nie odbieram. Ono wskazuje, że trzeba mieć pewność siebie, ale najważniejsze musi być poczucie odpowiedzialności. To trochę tak jak z urzędnikami: niektórzy wolą nie podejmować żadnych decyzji, bo przełożony będzie zły. A ludzie wymagają rozstrzygnięć. Jeżeli one są dobre, pójdą za nami pójdą.

Jest pan przekonany, że polityk musi zrezygnować z własnego biznesu. Czy Michał Kołodziejczak dalej będzie rolnikiem?

- Kiedy wchodziłem do polityki, chciałem załatwić kilka spraw i jak najszybciej wrócić do pracy w gospodarstwie. Wierzyłem, że to się uda. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew. Dlatego jestem wdzięczny ojcu i bratu, którzy pomagają mi uzyskać obfity plon oraz zapłatę. To dzięki nim mogę angażować się w politykę. Skłamałbym, gdybym powiedział, że angażuję się w gospodarstwo tak jak trzy, cztery lata temu. Starzy działacze nie boją się niczego, bo wiedzą, jak pochłania zaangażowanie w politykę. Wymaga wyrzeczeń, czasem zrezygnowania z tego, co budowało się latami.

Zapytałem pana, bo są politycy tacy jak Marek Sawicki, którzy odwiedzają Sejm i pokazują się na gospodarce.

- Marek Sawicki ma tylko ileś hektarów, resztę sprzedał. Norbert Kaczmarczyk ma 16 hektarów i zarobił na tym kilka tysięcy złotych. To nie przynosi w ogóle pieniędzy. Dlatego uważam, że sejmowym politykom jest łatwiej. Mają pieniądze, żeby zatrudnić pomocnika, zarządcę. Nie da się doglądać gospodarstwa, odwiedzając je raz na dwa miesiące.

Trzeba uczciwie zauważyć, że pan nie należy do biednych. W 2021 r. media pisały o lexusie i hektarach ziemi. Stracił pan już coś przez swoje zaangażowanie polityczne?

- Zaangażowanie polityczne i głośne wypowiadanie swoich poglądów niestety dużo kosztuje. Kiedy otwarcie mówiłem o nieuczciwych praktykach supermarketów, nagle nasi klienci, pośrednicy w sprzedaży ze sklepów, przestali od nas kupować. Dostali zakaz od osób odpowiedzialnych za zaopatrzenie. Mówili nam o tym. To był trudny czas. Wpisane na "czarną listę" naszego głównego odbiorcy kapusty - firmy Maga Foods, według mnie, też nie było przypadkowe. Zamknięcie przedsiębiorstwa zbiegło się z czasem, kiedy mieliśmy zacząć realizacje kontraktu. W konsekwencji byliśmy zmuszeni sprzedać towar po niższej cenie. 

Jak na pańskie zaangażowanie polityczne reagują najbliżsi?

- Wspierają, pomagają, ale nie jest łatwo. Tak naprawdę jednym z moich celów jest to, żebyśmy nie stracili wszystkiego, co przez lata wypracowaliśmy z ojcem i bratem. To co wyprawiają politycy, ma wpływ też na moje gospodarstwo. Rodzina mnie wspiera: z jednej strony widzę wielkie zrozumienie, z drugiej wielkie poświęcenie.

Chciałby pan zostać premierem?

- Chciałbym być człowiekiem, który w Polsce dokona pozytywnych zmian. Jak mi się wydaje, jestem w stanie wskazać wymagające ich obszary. Życie pokaże, jak będzie wyglądała przyszłość, kiedy zbudujemy naszą grupę. W Polsce byli dobrzy premierzy, ale i tacy, którzy woleliby zapomnieć o tym etapie swojej kariery. Bo ciąży na nich klątwa złego szefa rządu, doprowadzali do kryzysów.     

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy