Reklama

Reklama

Elon Musk znów na językach. W co gra miliarder, który "mówił Putinem"?

Elon Musk od lat miał opinię miliardera-ekscentryka, ale jego ostatnie wypowiedzi w temacie wojny w Ukrainie poważnie zaniepokoiły zachodnią opinię publiczną. Część amerykańskich analityków zajmujących się geopolityką stwierdziła wprost, że Musk mówi propagandą Kremla. - To jest bardzo niepokojące i potencjalnie niebezpieczne - mówi w rozmowie z Interią dr Łukasz Pawłowski, socjolog, psycholog i ekspert od amerykańskiej polityki. Obaw z całą pewnością nie koi też fakt, że Musk właśnie kupił Twittera.

Ostatnie tygodnie Muska to prawdziwy rollercoaster. 28 października urodzony w Republice Południowej Afryki biznesmen po wielu miesiącach sfinalizował przejęcie Twittera - jednego z najpopularniejszych mediów społecznościowych na świecie. Zakup platformy kosztował go, bagatela, 44 mld dol. Trudno jednak powiedzieć, czy Musk naprawdę cieszy się z tej transakcji. W końcu odkąd w kwietniu złożył ofertę kupna Twittera, zdanie w tej sprawie zmieniał kilkukrotnie. Dopiero perspektywa długiego i kosztownego procesu, do czego dążyło kierownictwo Twittera w odwecie za jednostronne wycofanie się przez biznesmena z transakcji, przekonała Muska do finalizacji zakupu.

Reklama

Jednak nie tylko z powodu przejęcia Twittera było ostatnio o Musku głośno. 51-letni miliarder nie miał w minionym miesiącu dobrej prasy. Wszystko przez wypowiedzi, a w zasadzie wpisy na Twitterze, w których nawołuje do zakończenia wojny w Ukrainie. Sam cel wydaje się szczytny, ale Musk w swoich tweetach postulował zakończenie konfliktu na rosyjskich warunkach. Wielu amerykańskich analityków od polityki zagranicznej i geopolityki oceniło, że miliarder mówi czystą, kremlowską propagandą. Sytuację tylko pogorszyła informacja, że opisane na Twitterze warunki zakończenia wojny w Ukrainie Musk miał usłyszeć od samego Władimira Putina podczas rozmowy z rosyjskim dyktatorem.

Elon Musk i geopolityka rodem z Kremla

Wszystko zaczęło się od kilku sond, które na początku października Musk zamieścił na Twitterze. W pierwszej zapytał śledzące go 110 mln osób, czy "wola ludzi mieszkających w Donbasie i na Krymie powinna zdecydować, czy będą częścią Rosji, czy Ukrainy". Z 2,43 mln oddanych głosów 59,3 proc. głosujących przyznało Muskowi rację.

Na jednej sondzie Musk nie poprzestał. 20 minut później opublikował post z kolejną. Tym razem przedstawił swoim obserwującym... plan pokojowy dla rosyjsko-ukraińskiej wojny. Rozwiązanie zaproponowane przez Muska obejmowało cztery punkty (poniżej w ich oryginalnym brzmieniu):

  1. powtórka referendów w zaanektowanych przez Rosję na przełomie września i października czterech ukraińskich obwodach, ale pod nadzorem Organizacji Narodów Zjednoczonych; Rosja opuszcza te terytoria, jeśli tak zdecydują mieszkańcy
  2. Krym zostaje częścią Rosji, jak był nią do 1783 roku (aż do pomyłki Chruszczowa)
  3. zapewnienie dostaw wody na Krym
  4. Ukraina pozostaje państwem neutralnym.

Swój geopolityczny wywód Musk zamknął dwoma kolejnymi tweetami. "Wielce prawdopodobne, że taki będzie efekt końcowy. Pytanie tylko, ile osób przedtem zginie" - zastanawia się w pierwszym wpisie. Osiem minut później dodaje: "Warto dodać, że możliwym, chociaż mało prawdopodobnym, efektem końcowym tego konfliktu jest wojna nuklearna".

W kolejnych dniach Musk kontynuował swoje wywody na temat wojny w Ukrainie, polityki Kremla i udzielanej przez Stany Zjednoczone pomocy dla Ukraińców. Wchodził w liczne polemiki, zarówno z "szeregowymi" użytkownikami Twittera, jak również z czołowymi amerykańskimi ekspertami od polityki zagranicznej czy politykami. Cały czas obstawał przy wygłoszonych przez siebie na początku października propozycjach i tezach.

Elon Musk pacynką Putina?

Sytuację Muska tylko pogorszył Ian Bremmer. Światowej sławy politolog i ekspert od geopolityki 11 października napisał na Twitterze: "Elon Musk powiedział mi, że rozmawiał bezpośrednio z Putinem i Kremlem na temat Ukrainy. Powiedział mi także, jakie są nieprzekraczalne 'czerwone linie' Kremla".

Musk zaprzeczył takiej wersji wydarzeń i zapewnił, że z Putinem rozmawiał, ale rozmowa dotyczyła eksploracji przestrzeni kosmicznej i odbyła się półtora roku temu. Światowa opinia publiczna nie była zbytnio przekonana takim tłumaczeniem, zwłaszcza że to, o czym pisał Musk, do złudzenia przypominało warunki niejednokrotnie formułowane w ostatnich miesiącach przez Kreml. Dlatego wpis Bremmera wywołał prawdziwą lawinę komentarzy czołowych polityków i ekspertów od polityki zagranicznej, którzy nie zostawili na Musku suchej nitki, oskarżając go m.in. o forsowanie interesów Kremla i mieszanie w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

Fiona Hill, czołowa amerykańska analityczka od rosyjskiej polityki, bez ogródek stwierdziła w rozmowie z "Politico", że Musk "przekazuje wiadomość od Putina". - Putin uwielbia grać na ego wielkich tego świata, dawać im poczucie, że mogę odegrać jakąś istotną rolę. Jednak w rzeczywistości są po prostu pasami transmisyjnymi wiadomości od Putina - oceniła ekspertka od polityki Kremla.

Z powodu wypowiedzi Muska w amerykańskiej debacie publicznej przypomniano tzw. ustawę Logana. To niezwykle leciwy dokument z końcówki XVIII wieku, który zakazuje wszelkim nieuprawnionym osobom prowadzenia rozmów czy negocjacji z władzami państw, z którymi Stany Zjednoczone pozostają w konflikcie. Zdaniem amerykańskich komentatorów zachowanie Muska jest bardzo bliskie złamania paragrafów zawartych w datowanej na 1799 rok ustawie.

Elon Musk. Mamy powody do strachu?

- To jest bardzo niepokojące i potencjalnie niebezpieczne. Człowiek, który ma własne interesy i nie powinien prowadzić polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych - mówi w rozmowie z Interią dr Łukasz Pawłowski, socjolog, publicysta i ekspert od amerykańskiej polityki. - To wcale nie musi być najbogatszy człowiek świata. Wystarczy, że tak wpływowy człowiek jak Musk zaczyna mówić propagandą Kremla - dodaje współprowadzący "Podkastu amerykańskiego".

Andrzej Kohut, szef działu zagranicznego Klubu Jagiellońskiego i autor wydanej tej jesieni książki "Ameryka. Dom podzielony", również uważa, że zachowanie Muska jest groźne i potencjalnie bardzo szkodliwe. Jego zdaniem są przynajmniej trzy bardzo mocne powody uzasadniające takie obawy.

Po pierwsze, Musk to postać formatu światowego - powszechnie znany, ceniony, mający ogromny posłuch. Na samym Twitterze obserwuje go grubo ponad 100 mln osób. To, co mówi i pisze, wywiera globalny wpływ w ułamku chwili.

Drugi powód to bardzo silne powiązania Muska z amerykańską administracją, z którą współpracuje przy wielu projektach. Co za tym idzie, urodzony w RPA miliarder ma duży wpływ na najważniejszych ludzi amerykańskiej polityki. Do tej pory korzystał z tego w sposób umiarkowany, a jeśli już, to dyskretny, ale to zawsze może się zmienić. - To człowiek od dawna obecny w Waszyngtonie, starający się robić interesy z kolejnymi administracjami, współpracujący z nimi, spotykający się z licznymi politykami, aktywnie lobbujący za swoimi interesami w Waszyngtonie - przekonuje w rozmowie z Interią Kohut.

Wreszcie argument trzeci, a więc zależność amerykańskiej administracji od Muska, jego firm oraz ich produktów i usług. - To zależność wielopoziomowa - podkreśla autor książki "Ameryka. Dom podzielony". I dodaje: - Mówimy i o programie kosmicznym, który dzisiaj bez Muska nie byłby w stanie powrócić na taką skalę. Mówimy o armii amerykańskiej, która korzysta ze sprzętu dostarczanego przez firmy Muska. Mówimy wreszcie o zielonej rewolucji, która w nadchodzących latach ma się wydarzyć w Stanach Zjednoczonych. Rewolucji polegającej m.in. na elektryfikacji ruchu samochodowego.

Wielopoziomowe uzależnienie Waszyngtonu od Elona Muska

O tym, jak silnie uzależniony od Muska jest Waszyngton, mogliśmy przekonać się w ostatnich tygodniach. Po serii swoich geopolitycznych wpisów najbogatszy człowiek świata nieoczekiwanie oświadczył, że SpaceX, a więc jedna z jego firm, nie jest w stanie w nieskończoność finansować dostaw internetu Starlink dla Ukrainy. Co ważne, to dzięki pomocy SpaceX Ukraina zdołała utrzymać łączność internetową i telefoniczną ze światem po 24 lutego, jednocześnie zapewniając sobie zdolność do efektywnej obrony kraju przed agresorem.

Na Muska spadła lawina krytyki, zwłaszcza od czołowych ukraińskich polityków i osób publicznych, za próbę szantażu wobec Waszyngtonu i Ukrainy. Co zrobił miliarder? W swoim stylu napisał na Twitterze: "Niech to cholera. Chociaż Starlink cały czas traci pieniądze, a inne firmy otrzymują miliardy z pieniędzy podatników, będziemy dalej dostarczać internet ukraińskiemu rządowi za darmo". Pikanterii całej sprawie dodaje odkrycie dziennikarzy telewizji CNN. Telewizja ujawniła bowiem, że SpaceX już we wrześniu wysłał do Pentagonu pismo w sprawie rządowej dotacji za pomoc w zaopatrywaniu Ukrainy w internet.

Co prawda tym razem skończyło się na strachu, ale w Waszyngtonie chyba zdają już sobie sprawę, że Musk jest z każdym miesiącem coraz mniej przewidywalnym i godnym zaufania partnerem. Dlatego amerykańska administracja i tak zamierza przejąć finansowanie działania starlinków w Ukrainie. Koszty opiewające na mniej więcej 20 mln dol. miesięcznie zamierza wziąć na siebie Departament Obrony, korzystając ze środków ze specjalnego funduszu stworzonego w celu pomocy Ukrainie.

Przy okazji awantury o starlinki w Ukrainie dr Łukasz Pawłowski przypomina, że Musk nie powinien robić z siebie ofiary i bezinteresownego dobrodzieja, bowiem na interesach z amerykańskim rządem wychodzi co najmniej dobrze. Rozmówca Interii wylicza całą listę przedsięwzięć, w których Musk i jego firmy mogły i nadal mogą liczyć na miliony dolarów płynące szerokim strumieniem z Waszyngtonu i od władz stanowych. Wystarczy wspomnieć ulgi i zachęty finansowe w wysokości 1,3 mld dol. na budowę fabryki baterii w Nevadzie, próbne prace nad budową tuneli transportowych w Las Vegas czy dopłaty do samochodów elektrycznych w Kalifornii, dzięki czemu auta Tesli można kupić tam znacznie taniej niż w innych stanach.

Elon Musk. Żaden z niego geniusz

- Z wypowiedzi Muska wyłania się obraz nie geniusza, a człowieka nie do końca zrównoważonego i nieznającego się na wszystkim, na czym twierdzi, że się zna - ocenia współautor "Podkastu amerykańskiego".

- Być może ta sytuacja, która ma miejsce, będzie jakiegoś rodzaju momentem otrzeźwienia przynajmniej dla części elit politycznych i być może poskutkuje to większą dywersyfikacją, jeśli chodzi o współpracę amerykańskiego państwa z podmiotami prywatnymi. Tak, aby to uzależnienie od technologii dostarczanych od Muska w różnych obszarach, zwłaszcza w obszarze militarnym i kosmicznym, nie było aż tak duże - zastanawia się z kolei Kohut. 

I dodaje: - Pokazanie takiej żółtej kartki byłoby zwyczajnie łatwiejsze dla Waszyngtonu. Natomiast na obecnym etapie wydaje mi się to już bardzo trudne. Administracja amerykańska może się dystansować, może wyrażać ubolewanie nad tym, co Musk prezentuje, ale nie sądzę, żeby doszło do jakiegoś spektakularnego gestu ze strony Waszyngtonu.

Odmiennego zdania jest dr Pawłowski, który uważa, że to Waszyngton wciąż występuje w tej relacji z pozycji siły i nadszedł czas, aby przypomniał o tym Muskowi. Nasz rozmówca sugeruje, że amerykańska administracja powinna wysłać miliarderowi "pewne sygnały", "żeby trochę powstrzymał się, bo może mieć to negatywny skutek także dla jego interesów"

- Niedawno administracja Bidena przyjęła szeroko zakrojony zakres sankcji zakazujących amerykańskim firmom eksportu do Chin technologii lub maszyn wykorzystywanych do produkcji mikroczipów. Jednocześnie Kongres uchwalił plan inwestycji w te technologie liczone w setkach miliardów dolarów. Rywalizacja między mocarstwami przekłada się na państwowe interwencje w gospodarkę. Nie sądzę, żeby te pieniądze trafiały do firm, których właściciele próbują prowadzić własną politykę zagraniczną - zauważa ekspert od amerykańskiej polityki.

"Naprawa świata"

Jak w każdej budzącej wielkie społecznej emocje sprawie, tak samo w przypadku Muska kluczowe jest pytanie: dlaczego. Dlaczego nagle zdecydował się rozprawiać przed 110-milionowym audytorium swojego Twittera o meandrach światowej geopolityki? To kolejny przykład trollingu, jakich wiele fundował już w przeszłości? Początek przejścia z biznesu do wielkiej polityki? A może celem jest właśnie biznes i cała akcja została skalkulowana całkowicie na chłodno?

- Co do celów biznesowych Muska, interpretacje jego wypowiedzi z tej perspektywy brzmią rozsądnie. Jeżeli ktoś chce osiągnąć sukces biznesowy i prowadzi interesy na skalę globalną, to niewykluczone, że wypowiada się właśnie dlatego, żeby zarobić pieniądze. Zresztą Musk w przeszłości robił to wielokrotnie - sztucznie jednym tweetem pompował bądź obniżał wartość czy to kryptowalut, czy swoich własnych firm - przypomina dr Łukasz Pawłowski.

- Musk jest postacią, która lubi trollować, lubi zaskakiwać, lubi szokować amerykańską opinię publiczną. Być może jego ostatnie propozycje mają taki właśnie charakter - zastanawia się z kolei Andrzej Kohut z Klubu Jagiellońskiego. Dodaje jednak, że jego zdaniem najbliżej prawdy jest zupełnie inna odpowiedź. - Musk, podobnie jak wielu najbogatszych przedsiębiorców związanych z branżą nowych technologii, po prostu postanowił "uczynić świat lepszym". Wyzwania biznesowe nie są już dla niego tak istotne, osiągnął naprawdę wiele, zarobił absurdalne pieniądze, więc szuka nowego celu w postaci "naprawy świata" - analizuje rozmówca Interii.

Potwierdzenie słów Kohuta łatwo znajdziemy w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. Bill Gates, twórca Microsoftu i niegdyś najbogatszy człowieka świata, znudził się biznesem i w ostatnich latach poświęcił się, wraz z żoną Melindą, głównie działalności charytatywnej. Donald Trump wielki biznes zamienił na wielką politykę. Z równie dużym, albo nawet jeszcze większym, sukcesem, bowiem w Białym Domu spędził cztery lata, a niewykluczone, że i w kolejnych wyborach zechce powalczyć o prezydenturę. 

Podobnego szczęścia nie miał Michael Bloomberg - multimiliarder, twórca telewizji Bloomberg i były burmistrz Nowego Jorku. W ostatnich wyborach walczył o nominację Partii Demokratycznej, ale mimo zainwestowania gigantycznych pieniędzy (100 mln dol.) w kampanię, poległ już na etapie partyjnych prawyborów. Niektórzy miliarderzy wolą angażować się w politykę, jednocześnie pozostając w cieniu. Takim człowiekiem jest Peter Thiel, jeden ze współzałożycieli oferującej cyfrowe płatności firmy PayPal, który od lat swoim majątkiem wspiera Partię Republikańską.

Elon Musk to Donald Trump 2.0 na sterydach?

Dzisiaj wszyscy zastanawiają się, którą drogą podąży Musk. Czy będzie młodszą, bogatszą i bardziej wpływową wersją Trumpa? Czy może jednak wybierze dobrze już sobie znaną rolę miliardera ekscentryka, który co jakiś czas szokuje gawiedź, a w międzyczasie rozpoczyna kolejne przedsięwzięcia mające na celu zrewolucjonizowanie świata?

- Nie widzę szansy, żeby Musk był w tej chwili poważnym kandydatem na wysokie stanowisko polityczne. Bo prezydentem, jako osoba urodzona poza Stanami Zjednoczonymi, nie ma prawa zostać. Muskiem kierują przede wszystkim względy ekonomiczne i kwestie podatkowe, a nie wiem, w jakim stopniu na jego zachowanie mają wpływ realne ambicje polityczne - przewiduje dr Łukasz Pawłowski.

Andrzej Kohut wskazuje też inne ograniczenie potencjalnej kariery politycznej Muska. Swego czasu multimiliarder sam przyznał, że cierpi na zespół Aspergera, czyli łagodną formę autyzmu. Schorzenie objawia się m.in. utrudnionym nawiązywaniem relacji społecznych, niezrozumieniem gestów i uczuć innych ludzi, trudność w akceptowaniu zmian czy ograniczoną elastyczność myślenia. Zdaniem naszego rozmówcy to poważne utrudnienie w karierze politycznej, które może przesądzić, że Musk nigdy tą drogą nie podąży.

- Wydaje mi się, że Trump posiadał coś, czego Musk nie posiada, a mianowicie umiejętność bardzo dobrego współpracowania z odbiorcami - dodaje Kohut. I dodaje: - Druga rzecz - choć pieniądze w polityce odgrywają, oczywiście, ogromną rolę, to sama wielkość majątku kandydata o niczym jeszcze nie przesądza. Tutaj przykład Michaela Bloomberga sprzed dwóch lat jest doskonałym przykładem, że można mieć mnóstwo pieniędzy, zalewać nimi rynek polityczny, a jednak nie osiągnąć oczekiwanego skutku.

Szef działu zagranicznego Klubu Jagiellońskiego i autor książki "Ameryka. Dom podzielony" przyznaje jednak, że poprzez swoją aktywność medialną w ostatnich miesiącach Musk zaliczył mocny polityczny zwrot. Sam miliarder przyznał pod koniec maja, że kiedyś popierał i głosował na demokratów, ale mocno go rozczarowali i teraz sympatyzuje z republikanami. Wśród konserwatywnych wyborców jego akcje w ostatnim czasie zdecydowanie zwyżkują. Musk stał się dla nich uosobieniem walki z polityczną poprawnością, troski o amerykański interes i wielkiego życiowego sukcesu. Sam Musk natomiast od lat robi interesy z amerykańskimi władzami niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiada przedstawiciel demokratów czy republikanów.

Zbliżenie Muska do prawej strony amerykańskiej sceny politycznej jest jednak faktem. Wystarczy spojrzeć na kwestię, wokół której ostatnio o Musku najgłośniej, czyli wojnę w Ukrainie. 51-latek stał się wyrazicielem licznych pretensji i wątpliwości wobec polityki Białego Domu, jeśli chodzi o konflikt rosyjsko-ukraiński. Republikanie są zdania, że należałoby zmniejszyć zakres pomocy Ukrainie i podjąć wysiłki na rzecz jak najszybszego zakończenia tego konfliktu. Wypisz, wymaluj - tweety Muska z początku października.

Tu dochodzimy do kluczowej kwestii, a mianowicie: na ile szkodliwy dla interesów Stanów Zjednoczonych i szeroko rozumianego Zachodu jest dzisiaj Musk. Zarówno dr Pawłowski, jaki Andrzej Kohut uważają, że legitymujący się majątkiem wartym 220 mld dol. biznesmen sam w sobie zagrożenia (jeszcze) nie stanowi. Kluczowe są tu jednak okoliczności, w jakich podejmuje działania, które ostatnio wzbudziły za oceanem tak wiele emocji.

A kontekst jest bardzo klarowny: zaplanowane na 8 listopada wybory parlamentarne, w których republikanie mogą odzyskać Izbę Reprezentantów, a być może także Senat. W ślad za tym może iść znaczące ograniczenie amerykańskiej pomocy dla Ukrainy, co wymiernie przełożyłoby się na przebieg wojny tego kraju z Rosją.

- Samo odosobnione stanowisko Muska i jego geopolityczne wizje zagrożeniem nie są, natomiast w momencie, gdy dopełniają pewien większy obraz i kiedy wpisują się w tendencje, które i tak rysują się w amerykańskiej polityce, on może pomóc te tendencje zintensyfikować. A to już z całą pewnością może być niekorzystne dla państw naszego regionu, w tym dla Polski - nie ma wątpliwości Kohut.

Elementem tego "większego obrazu" jest też kupno Twittera, które właśnie stało się faktem. - Jeżeli Musk przejąłby Twittera, tych pytań dotyczących zagrożenia, które stwarza, byłoby jeszcze więcej - mówił Interii jeszcze przed finalizacją transakcji dr Pawłowski. - Wyobrażam sobie, że gdyby Musk przejął duże medium społecznościowe i dalej zachowywał się w taki sposób, albo zmieniał zasady funkcjonowania tego medium, eliminując reguły dotyczące tego, jaki zakres swobody wypowiedzi będzie w tym medium tolerowany, to miałoby ogromne konsekwencje polityczne - ocenił nasz rozmówca.

Czy i jakie konsekwencje to będą, przekonamy się zapewne już niebawem. Znając Muska, zapewne szybciej niż później.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy