Reklama

Reklama

Z węglem jest gorzej, niż sądzono. Miliony Polaków mogą zostać na lodzie

- Około milion gospodarstw domowych zostanie bez węgla - twierdzą eksperci, z którymi rozmawiała Interia. W składach węglowych mówią wprost: "Niech się Polacy modlą o łagodną zimę. Bo węgla dla wszystkich na pewno nie starczy". PiS z kolei przekonuje, że "jesteśmy dużo lepiej przygotowani do kryzysu energetycznego niż Niemcy". Ile ton "czarnego złota" tak naprawdę brakuje? Sprawdzamy.

Alarmujące dane prosto od minister klimatu Anny Moskwy jako pierwszy opublikował Stanisław Gawłowski, senator i były wiceminister w rządzie Platformy Obywatelskiej. W rozmowie z Interią zwraca uwagę, że chociaż węgla brakuje już teraz, w ciągu ostatnich miesięcy Polska sprzedawała własny surowiec. - Tylko do maja wyeksportowano 1,5 mln ton węgla energetycznego. Nie widzę szans, żeby udało się sprowadzić tyle, ile nam potrzeba - podnosi polityk Platformy.

Dlaczego węgla w Polsce brakuje?

Źródła Interii zbliżone do rządu PiS mówią wprost: do tej pory chcieliśmy na polskim węglu dużo zarabiać. - Latem, kiedy słońca jest sporo, węgla nam prawie nie potrzeba, bo mamy infrastrukturę. Wykonaliśmy już nasz plan zatwierdzony przez Komisję Europejską do 2025 r. A przynajmniej jeśli chodzi o ilość mocy w instalacjach odnawialnych - tłumaczy nasz rozmówca. - Surowca zaczęło brakować, bo spółki energetyczne w kraju korzystały z prądu fotowoltaicznego, a eksportowały prąd z węgla - usłyszeliśmy.

Reklama

Polityk PiS wskazuje też kraje skandynawskie, które w dobie kryzysu musiały szukać energii na rynku europejskim. To z kolei spowodowało, że ceny oszalały. - Na giełdzie europejskiej energia elektryczna węglowa podrożała z 250-300 zł za MWh do 1300 zł. Dlatego nasi sprzedawali jej, ile się dało - zdradza nasze źródło z rządu. - Tylko trzeba było dać górnikom dodatkowe wynagrodzenie i namówić ich na pracę w weekendy, żeby wyrównać ubytek w produkcji. Nikt o tym nie pomyślał. Zabrakło wydobycia, węgla od Rosjan i jest kłopot - dodaje.

Węgiel z Rosji. Embargo to embargo

Od kwietnia 2022 r., ze względu na putinowską agresję, w Polsce obowiązuje embargo na węgiel i koks pochodzące z Rosji i Białorusi. Czy to duża strata? Według szacunków naszych rozmówców z PiS, jak dotąd kupowaliśmy rocznie jakieś 7-8 mln ton węgla. Surowiec trafiał najczęściej bezpośrednio do ludzi i ciepłowni. - Jeśli była bieda, brało się więcej. Przymykaliśmy wtedy oko na pochodzenie tego węgla. Z powodzeniem można powiedzieć, że od Rosjan nie ściągaliśmy więcej niż 10 mln ton - słyszymy od doświadczonego polityka Zjednoczonej Prawicy.

Janusz Piechociński, były wicepremier i szef resortu gospodarki z czasów koalicji PO-PSL podnosi, że w rekordowym, 2018 r. importowaliśmy w sumie ok. 20 mln ton węgla, a znaczna część została wysłana z Rosji. - Mijają niecałe dwa lata od tego peaku, mamy istotny spadek krajowego wydobycia, a zasoby węgla przy kopalniach, w handlu, przy elektrowniach i elektrociepłowniach spadły o 84 proc., bo nikt tego nie monitorował - obrusza się ludowiec. Jak podkreśla były wicepremier, węgiel importujemy obecnie do Polski z Kolumbii, RPA, Indonezji, a nawet z Kazachstanu.

Anna Paluch z PiS, wiceszefowa Komisji Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa, nie ma jednak obaw przed sezonem grzewczym. - Polska jest dużo lepiej przygotowana do tego kryzysu energetycznego niż Niemcy, którzy bezrefleksyjnie wyprzedali rosyjskim spółkom swoje magazyny gazu i już tej zimy mieli dreszczyk emocji na placach, gdy jesienią Putin zaczął spekulować cenami - jeszcze pod koniec czerwca na antenie Radia Kraków przekonywała parlamentarzystka.

Kłopoty z węglem. "Po cholerę zamykać kopalnie?"

Wakacje dobiegły już prawie końca, a posłanka PiS wciąż jest pewna swego. - Doskonale wiadomo, że rząd stara się kupić węgiel. Zamierzenie jest takie, żeby kupić go dużo więcej niż potrzeba, bo uniemożliwi to spekulacje - uważa Paluch. W rozmowie z Interią wspomina o ośmiu latach "zamykania kopalń przez opozycję", niezależnie od dostępnych złóż surowca. Tylko dlaczego PiS nie otworzył ich od 2015 r., kiedy Platforma straciła władzę?

- Nikt z dnia na dzień nie otworzy wydobycia, skoro przez ostatnich kilkanaście lat była tendencja do zamykania - tłumaczy wiceszefowa sejmowej komisji środowiska z PiS. W podobnym tonie wypowiada się większość polityków Zjednoczonej Prawicy, z którymi rozmawialiśmy o tegorocznym ubytku węgla. Sęk w tym, że rządzący sami kasują czy raczej "wygaszają" kopalnie.

Źródło Interii zbliżone do ministerstwa aktywów państwowych: - Po cholerę ciągle zamykać, skoro mamy szukać cudzego węgla? Komisja Europejska zgodziła się, żebyśmy do lata 2045 r. korzystali z tego surowca. Nie ma jednak harmonogramu, który zakładałby płynne przejście (na inne źródła energii - red.). Zamykamy za dużo kopalni, a przez najbliższe lata powinniśmy utrzymywać wydobycie. Trzeba też wziąć pod uwagę, że tej pory ledwo starczało nam węgla.

Czy węgiel na zimę będzie?

W rozmowie z Interią Stanisław Gawłowski wspomina wizytę u rodziny na Opolszczyźnie. Jak przekazał nam senator Platformy, w miejscowości jego krewnych "wszyscy palą węglem". Familia byłego wiceministra zdołała się jednak zaopatrzyć przed sezonem grzewczym.

- Wydawało im się, że przepłacili, ale teraz są zachwyceni, bo ceny poszybowały. Sąsiedzi nie mają węgla, ale są wyborcami PiS i wierzą Mateuszowi Morawieckiemu - opowiada Gawłowski. - W telewizji było słychać minister Olgę Semeniuk, która obiecywała surowiec na kwiecień. To nawet śmieszne, bo PiS mówi oficjalne, że węgiel sprowadzi dopiero na wiosnę - dodaje.

Sytuację stara się ratować Anna Paluch, która w kryzysie doszukuje się sztuczek konkurencji: - Opozycja próbuje robić politykę. Wsparcie dla tych, którzy opalają się węglem, jest już ustawowo uregulowane - zaznacza posłanka PiS. - Spotykamy się 2 września, kiedy będziemy debatować nad ustawą pomagającą ogrzać się Polakom korzystającym z innych źródeł. Staramy się pomóc ludziom przeżyć zimę, takie jest zadanie rządu - podsumowuje.

Właściciele składów z węglem: Niech się Polacy modlą o łagodną zimę

O to, jakie mamy szanse na to, że zimą ogrzejemy węglem swoje domy i nie zmarzniemy, pytamy w składach węglowych. Tu o optymizm trudno.

Pan Roman handluje węglem od prawie 20 lat. O tej porze roku miał na placu zawsze przynajmniej 180 do 200 ton różnego rodzaju węgla.

- Wszystko było. Gruby, drobny, orzech, groszki. Jeśli coś się kończyło, to w ciągu maksymalnie 10 dni miałem uzupełnienie dostaw. W zeszłym tygodniu tu nie było nic. Kilka dni temu przyjechały dwa samochody z węglem z importu. Po 25 ton każdy. I to na razie jest wszystko, bo widoków na więcej dostaw nie mam. Nie mam pojęcia, kiedy cokolwiek dojedzie, bo żaden mój dostawca nie jest w stanie mi w tej chwili niczego zagwarantować - wzdycha.

Ceny? Orzech po 3,4 tys. zł za tonę, ekogroszek luzem 3,6 tys., a workowany - 3,8 tys. zł.

Piotr Gajda, współwłaściciel składu w Biórkowie Wielkim nieopodal Krakowa, do tej pory sprzedawał tylko polski węgiel. - Teraz w ogóle go nie ma, nie mamy go skąd kupić. Na ten moment jest możliwość sprowadzenia tylko importowanego. My takim nie handlujemy, bo z nim same kłopoty. Dużo słabszy, nie mamy klientów na taki. Jak przez chwilę sprzedawaliśmy, to same reklamacje i problemy z nim były - tłumaczy przedsiębiorca.

Opowiada, że w związku z brakiem polskiego węgla zmienili strategię i teraz pomagają kupić i przetransportować węgiel zakupiony prosto ze sklepu PGG. - W kolejce mamy 200 osób. To jest na 40 samochodów węgla - wylicza Piotr Gajda.

Podkreśla, że zapotrzebowanie jest ogromne i niektórzy już czują, że zostaną z niczym. - Na razie się śmieją, że oponami będą palić, deskami ze starej szopy. Ale to jest śmianie się, dopóki jest ciepło. Jak zrobi się zimno, to już nie będą żarty. Będą wkładać do pieca wszystko co się da, żeby się ogrzać. Pozbędą się wszelkich śmieci. W zapewnienia rządu, że węgla nie braknie, nie wierzę. Przyszła zima napawa mnie lękiem - reasumuje Piotr Gajda z Małopolski.

- Módlmy się, żeby ta zima była jak najlżejsza. Bo patrzę na plac i jestem przekonany, że węgla zabraknie - zaznacza pan Roman z wielkopolskiego składu. O tym, że stosunek wydobycia i sprowadzenia węgla do naszych potrzeb ma się nijak, mówią nam także eksperci.

Co czwarte gospodarstwo domowe zostanie bez węgla

Na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Suwerenności Energetycznej prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla mówi wprost: tej zimy dla gospodarstw domowych zabraknie około 2,5 mln ton węgla.

- Chodzi o węgiel gruby, którego nie da się w odpowiednich ilościach sprowadzić z importu. To ilości nieuzupełnialne - stwierdził Łukasz Horbacz, prezes IGSP. Jego przewidywania potwierdzają nasi rozmówcy.

- To będzie pierwsza zima od wielu lat, w czasie której jest taki problem z opałem. Węgla musi brakować, bo jeśli do tej pory połowa węgla grubszego, spalanego przez gospodarstwa domowe, pochodziła z Rosji, to wyrwa jest potężna i nie da się jej łatwo zasypać - tłumaczy Bernard Swoczyna, główny ekspert w programie Energia i Klimat z Fundacji Instrat.

W rozmowie z Interią odnosi się też do sprowadzanego węgla z Kolumbii czy Australii.

- W polskich portach próbuje się odsiać grubsze sortymenty, nadające się do kotłów z rusztem, lub tych nowych, z podajnikiem. Tyle że w węglu importowanym tych większych brył jest niewiele, zaledwie 10 do 15 proc. masy, a reszta to miał, który może trafić tylko do elektrowni - dodaje Bernard Swoczyna.

Ile węgla brakuje?

Portal wysokienapięcie.pl wylicza, że do tej pory gospodarstwa domowe wykorzystywały około 9 mln ton rocznie węgla "domowego". Polskie kopalnie zapewniały z tego 5 mln ton. - Sprowadzenie 4 mln ton jest poza naszym zasięgiem - ocenia Swoczyna.

Eksperci szacują, że importowany węgiel załata lukę 4 mln ton tylko w połowie. Dwóch milionów ton po prostu braknie. Biorąc pod uwagę, ile jest węgla grubego i średniego w płynącym do nas opale z Ameryki Południowej, jedynym rozwiązaniem byłoby zwiększenie ilości sprowadzanego węgla.

- Musielibyśmy importować dodatkowo aż 20 mln ton. A to jest nierealne. Takich mocy nie mamy - mówi Bartłomiej Derski z portalu wysokienapiecie.pl.

Jak szacuje, w związku z powyższym bez węgla pozostanie około milion gospodarstw domowych.

Kto straci, kto zyska. Dodatek węglowy vs. tani węgiel z PGG

Jakie scenariusze czekają zatem Polaków opalających domy węglem? Wygrają ci, którym uda się kupić tańszy węgiel ze sklepu PGG i do tego otrzymają dodatek węglowy w kwocie 3 tys. zł na gospodarstwo domowe. Ale zakładanie tego scenariusza dla wszystkich może być zgubne.

- Bo węgla w PGG nie wystarczy dla wszystkich. To jest oczywiste. PGG udostępnia mniej więcej połowę zapotrzebowania w kraju na węgiel. Więc co drugiej osobie uda się kupić tani węgiel i będzie wygrana, bo po dodaniu 3 tys. zł dodatku węglowego ogrzewanie w tym roku będzie miała praktycznie za zero zł. Ale druga połowa będzie w bardzo trudnej sytuacji - tłumaczy Bartomiej Derski. 

Drogo, ale ciepło będą mieli ci, którym uda się kupić węgiel po cenach rynkowych. To wg szacunków ekspertów 25 proc. gospodarstw domowych. - Zapłacą za niego ponad 3 tys. zł za tonę. Wyjdzie ich, nawet z dodatkiem, dużo drożej niż rok temu, ale będą mieli ciepło. W najtrudniejszej sytuacji pozostanie ta ostatnia ćwiartka gospodarstw domowych, dla których węgla zabraknie - przyznaje Bartłomiej Derski.

Jak podkreśla dziennikarz portalu wysokienapiecie.pl, mogą być to osoby, które dziś "czatują" na węgiel z PGG, bo nie stać ich na zakup po cenach rynkowych. - Dla nich będzie to bolesne zderzenie z rzeczywistością. Bo pewnie będą próbowały kupić ten węgiel do samej zimy, a jak się system nie zmieni i im się to nie uda, zostaną z niczym. Na składach będą już jakieś resztki węgla w astronomicznych cenach. Pojedyncze osoby może będą mogły sobie na taki zakup pozwolić, ale nie wszyscy. Szacujemy, że na lodzie zostanie jakiś milion gospodarstw domowych. Będą mogli to zawdzięczać sposobowi, w jaki rząd zarządza kryzysem węglowym - mówi Derski.

Nasi rozmówcy podkreślają, że nie można wmawiać społeczeństwu, że wszystko jest w porządku i póki jeszcze czas, należy zastanowić się, jak nie doprowadzić do tragedii. Ze względu na nie najlepsze prognozy Stary Kontynent już teraz dyskutuje o tym, co zrobić w czasie sezonu grzewczego. - W Niemczech jest bardzo szczegółowa, dynamiczna debata nad ograniczeniem zużywania energii, a my na konferencjach prasowych licytujemy się, że ma nie ma problemu, a węgiel będzie - przestrzega Janusz Piechociński.

Irmina Brachacz, Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy