Reklama

Piechociński: Azjaci mnie pytają, czy Polska szykuje się do wojny

Janusz Piechociński (Polskie Stronnictwo Ludowe), były wicepremier i były minister gospodarki /Piotr Molecki /East News

- Dzisiaj Koreańczycy Japończycy zadają mi pytanie, czy Polska szykuje się do wojny. Kupując tyle broni, dajemy pewien sygnał - mówi w rozmowie z Interią były wicepremier i były minister gospodarki Janusz Piechociński. Podkreśla też, jak dramatyczna staje się sytuacja wielu polskich gospodarstw. - Tylko 30 proc. z nas ma środki, żeby przetrwać dwa miesiące bez pensji - mówi były prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego.


Magdalena Pernet, Interia: Ceny, których produktów urosną w tym roku?

Janusz Piechociński, były wicepremier: - Drożeje wszystko. Możemy dodać pikanterii i przytoczyć ceny pojedynczych produktów, tyle tylko, że to pozwala wyciągnąć mniej daleko idące wnioski, a trzeba mieć świadomość, z czego to wynika. W latach pandemicznych i w czasie pierwszego roku wojny w Ukrainie banki centralne i rządy na świecie przekazały wsparcie warte między pięć a sześć bilionów dolarów. Te pieniądze były przeznaczone na ratowanie kondycji gospodarki, przedsiębiorstw, na wsparcie najsłabszych, itd. Jedni na tym zyskali, inni to skonsumowali, a teraz już się nie da tego konsumować. Teraz dramatycznie w skali świata wzrosło zadłużenie państw, regionów, samorządów i nakręciła się ta spirala. Swoje dołożyła do tego wojna w Ukrainie.

Reklama

A jeżeli chodzi o ceny tych pojedynczych produktów?

- W grudniu minionego roku ceny żywności były o około 23 proc. wyższe niż w grudniu 2021 roku, kosmetyki podrożały o około 13 proc., a odzież i obuwie o 7 proc. Przez ostatnie dwa lata żywność podrożała o jedną trzecią. Od grudnia mocno w górę poszły ceny piwa. Z kolei klasyczna "małpka", która kosztowała około 5 złotych, teraz po Nowym Roku będzie kosztowała 9,99 złotych, a czasami nawet 12 złotych.

Zgadza się pan z opiniami innych ekonomistów, że inflacja w styczniu i lutym będzie jeszcze wysoka, ale potem zacznie spadać?

- Pamiętajmy, że jest kilka inflacji. Inflacja GUS-u, inflacja bazowa, inflacja producencka, która w ostatnich miesiącach wynosi powyżej 20 proc. oraz najbardziej bolesna - szczególnie dla najsłabszych gospodarstw - inflacja w supermarketach. Jeżeli dwa lata temu coś kosztowało 100 złotych i podrożało średnio o 15 proc., to to jest gigantyczne obciążenie dla znacznej części polskich gospodarstw domowych. Te gospodarstwa nie tworzą już oszczędności. Pojawia się szokująca wiadomość, że tylko 30 proc. z nas ma środki, żeby przetrwać dwa miesiące bez pensji. Już 30 proc. gospodarstw sygnalizuje, że niespodziewany wydatek na poziomie dziesięciu tysięcy złotych jest dla nich czymś nie do opłacenia. Coraz większej liczby gospodarstw domowych nie stać na nic poza opłaceniem kredytu, leasingu, kosztów mieszkania. Wygasł optymizm konsumencki, ludzie ograniczają wydatki. Ludziom nie starcza "do pierwszego", gospodarstwa domowe się zadłużają.

Co to oznacza w skali całego kraju?

- To oznacza, że będą rosły zatory płatnicze, będzie spadał popyt na wiele produktów. Wyraźnie widać przed jak dramatycznymi zjawiskami stoimy oraz jakie błędy zostały popełnione w polskiej polityce pieniężnej. To są też skutki braku synchronizacji między antyinflacyjnym działaniem Narodowego Banku Polskiego, a działaniem rządu. Bo nawet gdy Rada Polityki Pieniężnej i NBP zaczęły oddziaływać na inflację poprzez niewielkie podwyżki stóp procentowych, to rząd dosypywał kolejne pieniądze na rynek. W ciągu siedmiu lat wzrost zadłużenia naszego państwa wzrósł z biliona złotych na bilion siedemset miliardów złotych. Za niewydolność polityki i słabość administracji przyjdzie nam zapłacić cenę.

Jaką?

- Jeszcze pięć lat temu byłem przekonany, że moim dzieciom, które mają 20-30 lat oraz pokoleniu moich studentów zostawię lepszą Polskę. Polskę sprawniejszą, lepiej wykształconą, dającą więcej szans, lepiej przygotowaną do rywalizacji globalnej, Polskę w Unii Europejskiej, Polskę w NATO. A dzisiaj widzę, jak ogromna jest skala niepewności. To wynika nie tylko z tego, co wydarzyło się na świecie, ale także z tego, co my Polacy - mówiąc to, mam na myśli polski rząd - wytworzyliśmy nieudolną, nieskuteczną władzą. Nie dyskutujemy już o możliwym wzroście polskiej gospodarki na poziomie 1,7-2 proc. Teraz mówimy o 0,7 proc, czasem nawet o 0,3 proc. Jesteśmy na pograniczu wejścia w recesję w pierwszej połowie tego roku.

Zatem co będzie się działo w polskiej gospodarce w najbliższym czasie?

- Spójrzmy też na to, co dzieje się w handlu. Na masową skalę zamykają się małe sklepy, a za chwilę będzie lawina upadków wywołana wysokimi kosztami utrzymania. Będą padać restauracje, punkty handlowe, jadłodajnie, sektor grossery. Ludzie sobie po prostu nie radzą. Są firmy, które funkcjonowały ponad 30 lat, przetrwały transformację, reformy Balcerowicza, a okazuje się, że to w demokratycznej Polsce nie ma dla nich przyszłości.

- Poza tym rosną koszty wszystkich przedsiębiorstw. W tym roku składki ZUS wynoszą już 1418,48 złotych, do tej pory to było 1211, 28 złotych, czyli miesięczne składki będą o 207, 20 złotych wyższe. To najwyższy w historii wzrost składki. To wyłoży wiele małych i średnich firm, które dają 51-52 proc. naszego PKB. Nagle też pojawia się zjawisko od dawna nieznane, czyli deficyt handlowy. W całej Europie coraz mniej budujemy, modernizujemy. Przez to nie sprzedają się produkty, których Polska jest ważnym eksporterem.

Które branże ucierpią na tym najbardziej?

- Główne polskie filary eksportowe to między innymi przemysł stolarki okiennej i drzwiowej, przemysł AGD, przemysł meblarski. Sytuacja wszystkich głównych proeksportowych branży, które dają miejsca pracy jest coraz trudniejsza, a to przekłada się też oczywiście na przemysł transportowy. Jeszcze do niedawna, dwa-trzy miesiące temu to właśnie polski, międzynarodowy transport samochodowy był najsilniejszy w Europie.

Powinniśmy obawiać się jeszcze innych zagrożeń, jeżeli chodzi o gospodarkę międzynarodową?

- Coś, na co również trzeba zwrócić uwagę, to sytuacja polskich inwestorów. Mówiliśmy o pomocy dla Ukrainy, dla gospodarstw domowych, energetyki, polskich przedsiębiorstw, a zupełnie zapomnieliśmy o inwestorach, o polskich przedsiębiorstwach, które podjęły działalność na Białorusi, na Ukrainie czy w Rosji. Sankcje to także ich ból. Co ma zrobić Wielton, którego 10 proc. potencjału znajduje się w fabryce pod Moskwą? Czy taki przedsiębiorca, który zainwestował przed wojną w Rosji dostał od władzy czytelny sygnał? Co mają zrobić Toruńskie Zakłady Materiałów Opatrunkowych, które mają w Rosji trzy fabryki? Tego tematu w ogóle nikt nie porusza. Ponadto wiele polskich firm po prostu też eksportowało do Ukrainy, Białorusi i Rosji.

- Jeżeli zaś chodzi o inwestycje w naszym kraju, to dzisiaj Azja - i mówię to jako prezes Izby Polska-Azja - jak odbiera nasze duże, hurtowe zakupy uzbrojenia na przykład w Korei Południowej? Koreańczycy się cieszą, że kupujemy, ale zarówno Koreańczycy jak i Japończycy zadają mi pytanie, czy Polska szykuje się do wojny. Polska, kupując tyle broni, daje pewien sygnał. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy inwestorem z Japonii, z Korei, z Malezji, z Chin; taki inwestor zanim podejmie decyzje biznesowe, to najpierw uwzględni ten element ryzyka. A my dla rozwoju polskiego przemysłu potrzebujemy inwestycji.

Jakiej pomocy potrzebuje polska gospodarka? Jaka przyszłość czeka polskich przedsiębiorców?

- Wojna tylko przyspieszyła proces zderzenia z nadchodzącą ścianą. Wirus destrukcji w stosunku do przedsiębiorczości i gospodarki został w Polsce uruchomiony dużo wcześniej. Znaczna część narodu już wcześniej "kupiła" przekaz, że pieniądz bierze się z odbierania tzw. "złodziejom" i że nasze państwo stać już teraz na wszystko bez podnoszenia efektywności działania firm, służb państwowych, polityki i przedsiębiorców. Ale tak nie jest. Deklarowanie kolejnych "500", kolejnych "trzynastek", "piętnastek" było tylko zabiegiem, którego teraz trzeba się trzymać, bo to fajna istota dzieląca polskie społeczeństwo. Tylko że od samego początku było wiadomo, że jeżeli nie zwiększymy efektywności gospodarowania, to to wszystko przełoży się na kłopoty.

Jakie?

- Trzeba mieć świadomość, że przez pierwszy rok, pierwsze dwa lata tego nie było widać w makroekonomii, ale nasza łódź po prostu się zanurzała. Teraz już bezpośrednie, merytoryczne zaplecze ekonomiczne rządu, czyli Polski Instytut Ekonomiczny, wprost mówi: "Nie". Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju mówi: "Nie, nie stać nas na tak istotne wsparcie, tak istotne chronienie socjalu". A politycy cały czas się i tak licytują. Ba! Partia rządząca wciąż obiecuje więcej niż wszystkie partie opozycyjne razem, zamiast powiedzieć wprost: "Słuchajcie, popełnione zostały poważne błędy. Nie róbmy już tego, bo sztuczne pobudzanie koniunktury i popytu już dzisiaj naraża nasze dzieci, naraża nasze wnuki, ale także nas samych na to, że będziemy żyli w bardzo wysokiej inflacji przez całe lata". To pokazuje, jak bliskie są wielu politykom wyrachowanie i cynizm. Zejście do celu inflacyjnego 2,5 proc. nie jest kwestią przyszłego roku, ale roku 2025.

Do czego to wszystko może doprowadzić?

- Przypomnijmy Grecję - kraj, który w statystykach oszukiwał, kraj, który nie dbał o efektywność, który nie miał przemysłu, który żył z turystyki i okazało się, że brakuje na wszystko. W Turcji dwa i pół roku temu inflacja była na poziomie 12,5 proc. Dzisiaj oficjalnie ma 83 proc., a nieoficjalnie 130-150 proc. My już teraz w styczniu zbliżymy się do 20 proc., albo przekroczymy tę granicę.

Czeka nas taki scenariusz jak Turcji albo Grecję?

- Nie podniesiemy efektywności gospodarczej, jeśli pod potrzeby polityczne będziemy kontynuować wydatki zamiast stymulować wzrost efektywności. Dlatego pytam miękko: "A dlaczego nie? Dlaczego u nas ma być inaczej?". Od 20 proc., inflacji do 25 proc. już tylko krok. Front jest odmalowany, stawiamy ławeczki niepodległości, a życie jest brutalne. 

Rozmawiała Magdalena Pernet.

Zobacz też: Hiperinflacja to "gospodarcza apokalipsa". Tak zabija Wenezuelę

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Janusz Piechociński

Reklama

Reklama

Reklama