Reklama

Reklama

Więcej polityki niż historii. Podręcznik do "HiT" to zmarnowana szansa

Odkładając na bok politykę - pomysł na przedmiot przybliżający historię współczesną to krok w dobrą stronę. Zbyt często uczniowie zakopywali się w średniowieczu i rozbiorach, edukację kończąc na II wojnie światowej. Pytanie, czy "HiT" ministra Czarnka i podręcznik prof. Roszkowskiego można oddzielić od polityki? Po jego lekturze nie mam wątpliwości - nie można. A więc po co powstał?

Zanim odpowiem na to pytanie, oddajmy głos autorowi - ekonomiście, profesorowi nauk humanistycznych oraz byłemu europosłowi Prawa i Sprawiedliwości. Otóż Wojciech Roszkowski pisze, że podręcznik do nowego przedmiotu "historia i teraźniejszość" powstał "z myślą o holistycznym podejściu do ucznia". We wstępie wydawca zachwala jego walory literackie, sugerując, że może być interesującą "powieścią historyczną" nie tylko dla uczniów, ale również ich rodziców. Dodatkowo, "innowacyjne" wykorzystanie QR kodów ze źródłami cyfrowymi, czyni z niego produkt wyjątkowy na polskim rynku wydawniczym, a "unikatowe" ilustracje podnoszą walory estetyczne. W skrócie - jest to lektura na trudne czasy, w których trzeba dyskutować i nieustannie odróżniać prawdę od fałszu.

Reklama

Niestety w praktyce podręcznik do "HiT-u" jest antytezą tego, czym być powinien. Zamiast informować - moralizuje. Upraszcza skomplikowane zagadnienia, w sposób niezakamuflowany promuje światopogląd autora, przedstawiony jako jedynie racjonalny. Używa języka publicystyki, przenosi kalki z dyskursu partyjnego, przedkłada teraźniejszość nad historię w sposób do tej pory niespotykany w literaturze przedmiotu.

Już sam fakt, że minister Przemysław Czarnek broni książki jak niepodległości, powinien zapalić czerwoną lampkę. - Podręcznik i sam pan profesor podlegają krytyce kompletnie nieuzasadnionej, wręcz głupiej - stwierdził w radiowej "Jedynce" szef resortu edukacji. - To znaczy tylko, że jest świetny. Gdyby się nim nikt nie interesował, to by znaczyło, że jest blady, jak każdy inny i niewiele wnosi do rzeczywistości - ocenił. Trudno o większe pomieszanie z poplątaniem, gdy idzie o cele edukacyjne książki, której zadaniem powinno być ułatwienie przyswajania wiedzy historycznej w liceach i technikach.

Podręcznik do "Historii i teraźniejszości" nie jest przecież kolejną książką Wojciecha Roszkowskiego, w której autor może bez skrępowania przedstawiać swoją wizję upadku cywilizacji Zachodu, rozpadu tradycyjnych wartości i zgubnych skutków rewolucji obyczajowej lat 60. Robił to już w "Roztrzaskanym lustrze" oraz jego skróconej wersji - "Buncie barbarzyńców".

Problem polega na tym, że używając podobnego języka i bliźniaczej argumentacji, profesor wraz ze wsparciem polityków PiS wchodzi w przestrzeń edukacji powszechnej, która musi zachowywać standardy obiektywizmu. Gdy oskarża się innych o "indoktrynację dzieci i młodzieży", szczytem hipokryzji jest tworzenie przedmiotu, który sam stosuje metody, z którymi chce walczyć. Przykłady? W podręczniku liczącym ponad 500 stron jest ich po prostu bez liku.

Choć pierwszy tom pracy prof. Roszkowskiego traktuje o latach po zakończeniu II wojny światowej do 1979 roku, pełno w nim współczesnych aluzji i tez, które nie mają niczego wspólnego z metodologią historyczną. Są za to przejawem filozofowania autora, który w ten sposób przemyca do szkół swoją - przecież nie jedyną - wizję wartości.

"Często przyjmuje się, że prawdziwe jest to, co głosi większość (...) Większość może ustalić, że np. dwa i dwa to pięć lub że niektórzy mają prawo do życia, a inni nie, ale co to ma wspólnego z prawdą?" - czytamy. "Przecenia się też rolę polityki w ocenianiu co jest prawdziwe, a co nie. Racje polityczne niestety różnią się często od racji moralnych, można powiedzieć, że coraz częściej" - twierdzi autor. "Przy założeniu istnienia Boga - a przecież nie ma żadnego dowodu, poza spekulacjami myślowymi, na to, że Go nie ma - wszystkie kombinacje intelektualne marksistów i neomarksistów tracą jakikolwiek sens" - konkluduje w rozdziale o ideologiach.

Takie wtręty obecne są właściwie wszędzie - bez względu na to, czy tekst traktuje o kryzysie rakietowym na Kubie czy rozwoju komunizmu w Chinach. Raz po raz podręcznik przeplatają brutalne zdjęcia ofiar totalitaryzmów (na samym początku uczniowie otrzymują zdjęcie Polaka powieszonego przez Niemców na haku rzeźniczym) oraz wydarzeń współczesnych. Bez żadnych wieloznaczności - "błędy" minionych pokoleń zestawiane są z "błędami" teraźniejszości.

"Wśród najbardziej popularnych obecnie ideologii politycznych należy scharakteryzować socjalizm, liberalizm, feminizm i ideologię gender, współczesną chadecję, czyli chrześcijańską demokrację, której nie należy jednak utożsamiać z chadecją sprzed 40 lat i więcej" - pisze Roszkowski. Gdy krytycznie analizuje pacyfizm, obok plakatu z epoki pojawia się zdjęcie Parady Równości w Warszawie z opisem: "Hasłami podobnymi do tych hipisowskich z lat 1960. I 1970. posługują się uczestnicy obecnej rewolty kulturowo-obyczajowej". Co to ma do rzeczy? W jaki sposób takie wycieczki wpisują się w definicję przekazywania wiedzy w podręczniku historycznym?

Przechodząc przez kolejne rozdziały nie mogłem wyzbyć się uczucia zawodu. Przedmiot potrzebny, wypełniający realną lukę w edukacji historycznej, kończącej się na początku XX wieku, został zamieniony w karykaturę spinu konserwatywno-partyjnego. Zamiast pokazywać i tłumaczyć przeszłość, podręcznik stał się elementem publicystycznego sporu, w którym każda krytyka jest "głupia", albo stanowi "wściekły atak lewactwa". A tu zupełnie nie o to idzie.

Wojciech Roszkowski w wielu miejscach pokazuje, na jakich tematach mógłby się oprzeć ten przedmiot. Jak fragmentaryczna jest wiedza np. o skali zniszczeń w Polsce po II wojnie światowej, reakcji Zachodu na zbrodnie niemieckich nazistów i sowietów. Do tego wystarczyłyby dane, statystyki, pokazywanie faktów - które bronią się swoją skalą. Tyle, że fakty na każdej stronie przeplatane są opiniami, które nie znoszą sprzeciwu.

"Pojęcie 'użyteczny idiota' trzeba koniecznie zapamiętać, bowiem takich osobników nie brakuje i dziś" - pisze na przykład Roszkowski, a następnie publikuje zdjęcie Jeana-Claude Junkera, który "uważa Marksa - prekursora zbrodniczego systemu komunistycznego - za... wybitnego myśliciela". To tekst do konserwatywnego tygodnika czy książka do szkół?

Autor robi dosłownie wszystko, aby do przeszłości włożyć podrozdziały, które stanowią wycieczki w kierunkach, w których czuje się komfortowo. "W obecnych polemikach publicznych słowa 'populizm' używają jako epitetu często ci, którzy odwołują się do swojej wyższości intelektualnej nad wyborcami oraz do szczególnej roli elit" - twierdzi. "Zdrowy kontakt między rządzącymi a rządzonymi musi opierać się na minimum wzajemnego zrozumienia, a tego w przypadku elit często brakuje. Na ogół lekceważą one opinię tak zwanego szarego obywatela" - dodaje profesor, pokazując rodzaje wyborów w społeczeństwach demokratycznych. Jedynymi politykami, którzy pojawiają się jako ilustracje, są Donald Trump, Jarosław Kaczyński oraz Andrzej Duda.

Momentami można odnieść nawet wrażenie, że to podręcznik do religii, a nie historii. "Z tej perspektywy ginie możliwość inna - taka oto, że to nie człowiek szuka Boga, ale że Bóg szuka człowieka, że doń naprawdę przemówił w postaci Jezusa Chrystusa i odtąd często przemawia. To jednak przekracza już zupełnie horyzont myślowy współczesnych 'racjonalistów'" - przekonuje Roszkowski.

Gdzie jest problem? Przecież nie w tym, że można mieć takie poglądy "bardziej na prawo". Nie w tym, że uczniowie powinni się dowiedzieć, jak wyglądały przemilczane karty historii. Nie w tym, że w dyskursie naukowym i medialnym często niedoszacowana jest konserwatywna interpretacja wydarzeń z przeszłości. Chodzi o to, że przedmiot, który miał poszerzać horyzonty młodzieży, stał się elementem walki światopoglądowo-politycznej. Zamiast wyjaśniać przeszłość, stara się ją ahistorycznie oceniać. I to jest jego porażka na starcie. Szkoda zmarnowanej szansy.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy