Reklama

Kapitulacja Niemiec, klęska Scholza. "To USA przewodzą dzisiaj Europie"

Przekazanie czołgów Leopard Ukrainie nie kończy problemów niemieckiego rządu. Wywołana tą awanturą lawina może zmieść nie tylko gabinet Olafa Scholza, ale i mocno poturbować same Niemcy. Geopolityczne kunktatorstwo i ciągłe lawirowanie między Moskwą a Kijowem poważnie podkopało międzynarodową pozycję naszych sąsiadów. Berlin musi teraz ratować swoje wpływy w Unii Europejskiej i NATO, a także odzyskać na arenie międzynarodowej wiarygodność sojusznika, na którym można polegać.

Na te słowa od wielu dni czekały państwa NATO, ale przede wszystkim Ukraina. "Na dzisiejszym posiedzeniu rządu kanclerz ogłosił dalsze wsparcie dla Ukrainy poprzez wysłanie czołgów Leopard 2" - przekazał za pośrednictwem Twittera rzecznik prasowy gabinetu kanclerza Scholza Steffen Hebestreit. Jak dodał, sojusznicy Berlina posiadający czołgi Leopard i chcący przekazać je Ukrainie otrzymali zgodę na taki krok. "Koordynujemy to ściśle z partnerami międzynarodowymi" - zapewnił Hebestreit.

Reklama

Niemcy mają wysłać Ukrainie czternaście czołgów Leopard 2 A6 z zasobów Bundeswehry. To drugi najnowocześniejszy model w niemieckiej armii. Jest to jednak kropla w morzu tego, co Niemcy faktycznie mogłyby przekazać napadniętym przez Rosję Ukraińcom. Producent Leopardów, koncern Rheinmetall, poinformował, że z zasobów Bundeswehry Niemcy mogłyby przekazać aż 139 Leopardów, chociaż nie od razu i nie w najnowszej wersji. Do kwietnia do Ukrainy mogłyby trafić 29 nowoczesnych maszyn, a kolejne 22 do końca roku. Ponadto, Berlin byłby w stanie przekazać dodatkowe 88 czołgów starszej generacji.

Pozytywem jest natomiast fakt, że niemiecki rząd wyraził zgodę dla swoich partnerów z NATO na przekazanie będących w ich dyspozycji maszyn. Według informacji amerykańskiej telewizji ABC News, dwanaście krajów zgodziło się przekazać Ukrainie łącznie około 100 maszyn. To znacząca liczba, która zdaniem analityków od wojskowości może mieć istotną wagę dla odparcia planowanej na wiosnę rosyjskiej ofensywy i podtrzymania ukraińskich sukcesów w wyzwalaniu okupowanych przez najeźdźcę terytoriów.

Ameryka na czele... Europy

Chociaż wydaje się, że decyzja niemieckiego rządu zamyka temat i kończy kryzys, który mocno dał się we znaki gabinetowi Scholza, jest to wrażenie mylne. Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że Niemcy nie zamierzały podejmować takiej decyzji w sprawie Leopardów, a już na pewno nie tak szybko. Scholz nie chciał wychodzić przed szereg i narażać się na zarzuty Kremla o to, że Berlin eskaluje konflikt. Niemiecki kanclerz liczył, że swoje maszyny (chodziło o nowoczesne czołgi M1 Abrams) przekażą też Amerykanie, a być może także inne państwa, dzięki czemu odpowiedzialność zostanie rozproszona.

Waszyngton miał jednak inne plany. Po niemal roku wojny chciał wreszcie wymusić na Niemcach samodzielną, odważną i wyraźnie wspierającą Ukraińców decyzję. Dlatego do ostatniej chwili odwlekał ogłoszenie przekazania Kijowowi Abramsów. Ostatecznie amerykańskie czołgi na front jednak trafią

- Scholz kunktatorsko krył się za plecami Stanów Zjednoczonych - ocenia w rozmowie z Interią prof. Arkadiusz Stempin, kierownik Katedry im. Konrada Adenauera w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. - Broniłbym jednak Niemcy przed zarzutem, że są koniem trojańskim Europy i nie dostarczają broni Ukrainie. W rzeczywistości są na drugim miejscu w świecie, jeśli chodzi o wartość przekazanego Ukrainie uzbrojenia - dodaje historyk i politolog, ekspert od niemieckiej sceny politycznej.

Mówi Marek Prawda, były ambasador RP w Niemczech: - Kwestia decyzji w sprawie Leopardów jest bardzo ważna z punktu widzenia NATO i przywództwa europejskiego. Niemcy zdały sobie sprawę, że jako najbogatsze i najpotężniejsze państwo w Europie nie mogą nie przyjąć na siebie brzemienia, jakie to przywództwo ze sobą niesie. Brakuje im jednak wiarygodności, którą dodatkowo wciąż tracą. To Stany Zjednoczone przewodzą dzisiaj Europie, wróciły do swojej tradycyjnej roli.

Żywi, ale słabi i poturbowani

Pomyliłby się jednak ten, kto uznałby, że awantura o niemieckie Leopardy zakończyła się klasycznym happy endem. Rząd Scholza co prawda uzyskał to, na czym najbardziej mu zależało - rozproszenie odpowiedzialności i uniknięcie gniewu Moskwy - ale wychodzi z tej sytuacji poobijany i wewnętrznie podzielony. Pęknięcia w spojrzeniu na geopolitykę i rolę Niemiec tak w NATO, jak i na świecie nigdy nie były wśród koalicjantów tak widoczne. Sam kanclerz od momentu objęcia urzędu nie był natomiast tak słaby. Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu jego koalicjanci otwarcie krytykowali go publicznie - m.in. wywodząca się z Zielonych szefowa MSZ Annalena Baerbock czy należąca do FDP charyzmatyczna przewodnicząca komisji obrony Bundestagu Marie-Agnes Strack-Zimmermann - a opozycyjna CDU/CSU otwarcie składała FDP i Zielonym propozycję wystawienia Scholza wraz z SPD za drzwi i zawiązania koalicji z chadekami.

W tak poważne problemy Scholz i SPD wpędzili się z kilku powodów. Po pierwsze, obecna sytuacja przerasta Scholza i eksponuje jego ewidentne polityczne braki jako kanclerza. - Nie ma poglądów i wyrobionego zdania na sprawy międzynarodowe, na tę wojnę w szczególności, dlatego też często milczy na temat swoich decyzji w sprawie Ukrainy. W dodatku brakuje mu doświadczenia w sytuacjach konfliktowych na arenie międzynarodowej, a także w polityce obronności - analizuje w rozmowie z Interią prof. Ireneusz Karolewski, politolog z Uniwersytetu w Lipsku. Własna niewiedza i niezdecydowanie skazują niemieckiego kanclerza na łaskę i niełaskę zauszników - m.in. Jensa Plötnera, wpływowego doradcy ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, który znany jest z prorosyjskich wypowiedzi i sympatii.

Drugi problem to polityczna prokrastynacja, która zdaniem Scholza i jego najbliższego otoczenia jest złotym środkiem na sytuacje kryzysowe, kiedy konsekwencje są nieznane, a odbiór społeczny i polityczny niepewne. - To praktyka znana z niemieckiej polityki od wielu lat. Długoletni kanclerz Helmut Kohl również często po to narzędzie sięgał, spowalniał proces decyzyjny, gdy nie był pewien skutków swoich decyzji - przypomina prof. Karolewski.

Problemem jest też sama SPD. To trzecia kwestia. Partia Scholza ma w swoich szeregach wielu otwarcie prorosyjskich czy wręcz powiązanych z Kremlem polityków. Przykładów jest bez liku. Najjaskrawsze: działający od lat w rosyjskim sektorze energetycznym były kanclerz Gerhard Schröder, związana z Gazpromem i nazywana przez niemieckich komentatorów lobbystką Putina Manuela Schwesig (premier landu Meklemburgia-Pomorze Przednie) czy Ralf Stegner (wiceszef SPD w latach 2014-19 i jeden z największych w niemieckiej polityce adwokatów współpracy energetycznej z Rosją). To bezpośrednie zaplecze polityczne Scholza, które ma na niego bardzo duży wpływ. - Scholz nie jest Churchillem, który miał bardzo jasne przekonania, a do tego doskonale rozumiał historię i relacje międzynarodowe. Wręcz przeciwnie, Scholz jest przede wszystkim człowiekiem aparatu partyjnego - ocenia niemieckiego kanclerza prof. Karolewski.

Duża Szwajcaria splajtowała

Konsekwencje polityczne to jedno. Wojna w Ukrainie i podejście niemieckich władz do tego konfliktu zwiastują również poważne zmiany społeczno-kulturowe w samych Niemczech. Obejmą one nie tylko rządzących, ale i samych Niemców. Już zresztą obejmują. Przerażające obrazy napływające z ukraińskich miast, miasteczek i wsi wstrząsają niemiecką opinią publiczną i podają w wątpliwość jej wieloletnie przywiązanie do pacyfizmu i polityki dialogu za wszelką cenę. - Doświadczenie i pokoleniowa pamięć tych, którzy wychowali się w kulturze pacyfizmu, którzy odcinali kupony od pokojowego zjednoczenia Niemiec, a przez ponad dwie dekady żyli jak u pana Boga za piecem, zmienia się. Ale politycznego DNA nie można zmienić w ciągu roku, to jest proces rozłożony na pokolenie - tłumaczy prof. Arkadiusz Stempin.

Autor m.in. biografii Angeli Merkel precyzuje, że nowa kultura polityczna "będzie akceptować stosowanie przemocy militarnej w realpolitik na koszt pacyfizmu i kultury dialogu". Zmiana nie dokona się jednak od razu. - Wymaga ofiar i jest rozplanowana na co najmniej dekadę. Tymczasem wojna na Ukrainie przyśpiesza bieg wypadków i wymusza natychmiastowe przeorientowanie. W przypadku Niemiec natychmiastowej zmiany postawy domagają się również partnerzy z NATO - zaznacza.

Nie tylko jednak kultura pacyfizmu i bezwarunkowego dialogu dobiega w Niemczech końca. Wojna w Ukrainie z wielką mocą obnażyła fiasko koncepcji państwa ponowoczesnego, którą Berlin zaczął wdrażać w życie za rządów kanclerz Merkel. - Niemcy wyobrażały sobie, że są dużą Szwajcarią, która inwestuje w gospodarkę i dobrobyt własnych obywateli, a zobowiązania sojusznicze są kwestią drugorzędną. To samo wyobrażają sobie dzisiaj - ocenia prof. Ireneusz Karolewski.

-  Koncepcja państwa ponowoczesnego splajtowała - nie pozostawia złudzeń nasz rozmówca. I dodaje, że gabinet Scholza popełnia te same błędy, które kiedyś popełniała Merkel, naiwnie licząc, że przez dialog i wciągnięcie do światowej gospodarki Zachód zdoła zmienić Rosję i samego Władimira Putina. Rzecz w tym, że przed laty przywiązanie choćby do koncepcji gazociągu Nord Stream II nie kosztowało nikogo życia. Dzisiaj decyzje Scholza przekładają się w realny sposób na sytuację ukraińskich żołnierzy i cywilów.

Izolacja "postherosów"

Spór o przekazanie Leopardów Ukrainie unaocznił wszystkim jeszcze jedną konsekwencję niemieckiej polityki w obszarze dyplomacji i bezpieczeństwa. Niemcy nie są już nie tyle światowym, ale nawet kontynentalnym liderem. Budowana latami przez kanclerz Merkel pozycja Niemiec jako globalnego gracza jest przez Scholza i jego gabinet coraz mocniej obracana w pył z każdym kolejnym miesiącem. Co gorsza, w NATO coraz głośniej wybrzmiewa pytanie, czy Niemcy wciąż są przynajmniej sojusznikiem, na którego w chwili próby będzie można liczyć.

-  Jesteśmy świadkami końca dominacji tandemu francusko-niemieckiego w Europie - taką tezę stawia były ambasador RP w Niemczech Marek Prawda. Oczywiście oba kraje pozostaną kluczowymi graczami w UE, jednak czasy, gdy same niemal arbitralnie podejmowały kluczowe decyzje, odejdą bezpowrotnie. Wojna w Ukrainie zmieniła tutaj może nie wszystko, ale bardzo wiele. - Europa stała się policentryczna, a ostatni rok pozbawił Niemiec szczególnej roli na kontynencie - ocenia były dyplomata.

Jaka przyszłość czeka Niemcy na arenie europejskiej? Odpowiedzą jest przywództwo kooperatywne. Niemcy (ale także Francja) w różnych dziedzinach będą musiały szukać różnych sojuszników dla swoich planów i pomysłów. - Ta zmiana jest związana z "uwschodnieniem" UE. To efekt przesunięcia perspektywy unijnej bardziej w stronę jej wschodnich członków, którzy lepiej niż "stara UE" rozumieją, co obecnie dzieje się na kontynencie - wyjaśnia Prawda. Niemcy chcą "uwschodnienie" UE możliwe jak najbardziej opóźnić - jest wybitnie nie po drodze z ich strategicznymi interesami - ale zatrzymać go i tak nie są w stanie.

Dla innych państw UE to jednak dobra wiadomość. Wiele z nich będzie mogło teraz wejść do gry i mieć większy wpływ na podejmowanie decyzji. - Na Niemcy będzie można teraz wywierać znacznie większą presję, ale będą mogły to robić określone państwa. Te, które nie tylko niezachwianie wspierały i wspierają Ukrainę, ale również które dbały i dbają o jedność UE - podkreśla nasz rozmówca.

Koniec bezdyskusyjnej supremacji w UE to jednak nie koniec geopolitycznych problemów, które Niemcy same sobie zgotowały. Sytuacja nie przedstawia się korzystnie także w ramach NATO czy jeszcze szerzej - w świecie. - Spadek politycznego znaczenia Niemiec na arenie europejskiej i globalnej stał się faktem - mówi Interii prof. Ireneusz Karolewski.

Duża w tym zasługa coraz silniejszych napięć na linii Berlin - Waszyngton. Amerykanie mają dosyć asekuranctwa niemieckiego rządu i ciągłej gry na siebie. Widzą w Niemcach europejskiego lidera, ale irytuje ich, że ten lider w ciągu ostatniego roku, kiedy tylko może, ucieka od odpowiedzialności.

- Niemcy stają się coraz bardziej wyizolowane w polityce bezpieczeństwa. Nie tylko w Europie, ale ogólnie na świecie. Nie radzą sobie ze współpracą ani z Francją, ani ze Stanami Zjednoczonymi, a więc kluczowymi partnerami w UE i NATO. Widać to było już pod koniec rządów Angeli Merkel, ale teraz ten proces drastycznie się nasilił - analizuje prof. Karolewski. Konflikt Berlina z Waszyngtonem ocenia jako poważny.

Degradacja pozycji międzynarodowej i zaufania zagranicznych partnerów do Niemiec to też poważny problem dla NATO. Wojna w Ukrainie wystawiła na szwank jedność Sojuszu, ponieważ część państw mimo nadzwyczajności sytuacji nadal gra przede wszystkim na siebie. Na pogłębienie tej tendencji liczy Kreml, który swoimi działaniami i retoryką stara się kreować dodatkowe podziały między członkami NATO.

Fakt, że Niemcy ostatecznie zdecydowały o przekazaniu Leopardów Ukrainie nic w tej kwestii nie zmienia. W niemieckich elitach klimat wciąż jest ten sam, w swojej większości usprawiedliwiają asekuracyjną i możliwie izolacjonistyczną politykę rządu. Prof. Karolewski wskazuje jako przykład wybitnego i wpływowego niemieckiego filozofa Jürgena Habermasa. - Habermas sugeruje, że Niemcy są społeczeństwem "postheroicznym", tym samym cywilizacyjnie bardziej rozwiniętym, jako że nie walczą zbrojnie, tylko negocjują. Z SPD w rządzie i Scholzem na stanowisku kanclerza nie ma co liczyć w tym obszarze na radykalną zmianę - przewiduje rozmówca Interii.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy