Reklama

Reklama

Putin musi stracić twarz, żeby świat był bezpieczny. Kto tego nie rozumie, żyje iluzją

Jeszcze w tym tygodniu premier Włoch, kanclerz Niemiec i prezydent Francji mają po raz pierwszy od początku wojny złożyć wizytę w Kijowie. Cała trójka ma wiele do udowodnienia, ponieważ w ostatnich tygodniach swoimi wypowiedziami o zakończeniu konfliktu, nieupokarzaniu Rosji czy ratowaniu twarzy Władimira Putina mocno zaszkodziła nie tylko sobie, ale przede wszystkim Unii Europejskiej, NATO i szeroko rozumianemu Zachodowi.

- Nie wolno nam upokarzać Rosji, żeby w dniu, w którym zakończą się walki, zbudować wyjście drogą dyplomatyczną. Jestem przekonany, że rolą Francji jest być siłą pośredniczącą - przyznał na początku czerwca w wywiadzie dla "Ouest France", największego dziennika regionalnego w kraju, prezydent Francji.

Na tym Emmanuel Macron nie poprzestał. Dopytywany o ocenę działań Putina i Rosji, odpowiedział: - Myślę i powiedziałem mu, że popełnił historyczny i fundamentalny błąd dla swojego narodu, dla siebie i dla historii. Mimo to Rosja pozostaje wspaniałym krajem. Myślę, że Putin się odizolował. Zamknięcie się w izolacji to jedno, ale jak się z niej wydostać, to trudna droga.

Reklama

Na ripostę strony ukraińskiej nie trzeba było długo czekać. - Apele o to, by unikać poniżania Rosji, mogą poniżyć tylko Francję czy jakikolwiek inny kraj, który by do tego wzywał. Bo Rosja upokarza samą siebie - oświadczył Kijów ustami szefa ukraińskiej dyplomacji. - Skupmy się lepiej na tym, jak przywołać Rosję do porządku. To zapewni spokój i uratuje ludzkie istnienia - podkreślił Dmytro Kułeba.

Recydywa wielkich tego świata

Pogląd Macrona nie jest ani odosobnionym przypadkiem, ani incydentalną wypowiedzią. Wspomniana trójka europejskich liderów - oprócz Macrona również Olaf Scholz i Mario Draghi - w niedalekiej przeszłości dała się już poznać od strony osobliwie pojmowanego realizmu geopolitycznego.

Włoski premier przekonywał media i opinię publiczną, że "ludzie chcą myśleć o możliwości zawieszenia broni i wznowieniu wiarygodnych negocjacji". - Taka jest dzisiaj sytuacja. Musimy się głęboko zastanowić, jak na to odpowiedzieć - zaznaczył Draghi. Z kolei Scholz w drugiej połowie maja po swojej rozmowie telefonicznej z Putinem napisał na Twitterze: "W Ukrainie musi jak najszybciej dojść do zawieszenia broni".

I na Draghiego, i na Scholza spadła lawina krytyki m.in. za to, że jako warunku koniecznego jakichkolwiek rozmów pokojowych nie wymienili natychmiastowego wycofania wszelkich wojsk rosyjskich z terytorium Ukrainy. Obaj politycy zapomnieli również, że jedną z rund rozmów pokojowych część ukraińskiej delegacji omal nie przypłaciła życiem z powodu otrucia. Generalny odbiór tych wypowiedzi był zaś taki, że Zachodowi znudziła się wojna i w imię własnych interesów będzie starał się "zasugerować" Ukrainie zawarcie pokoju z Rosją (o tym dlaczego jest to skrajnie naiwna i skazana na porażkę koncepcja - w dalszej części tekstu).

Być może najbardziej niepokojący był jednak głos, który dotarł do Europy ze Stanów Zjednoczonych, a więc kraju, który i finansowo, i militarnie utrzymuje Ukrainę na powierzchni w starciu z Rosją. Co prawda, w tym wypadku nie był to głos polityka, tylko potężnego, opiniotwórczego medium, ale wydźwięk był jednoznaczny. Chodzi o szeroko omawiany komentarz redakcji "The New York Times" o wiele mówiącym tytule: "Wojna w Ukrainie się komplikuje, a Ameryka nie jest gotowa". Redakcja największego amerykańskiego dziennika przekonuje w nim m.in. że Ukraina może być zmuszona do odstąpienia Rosji części okupowanych terytoriów w zamian za zawarcie pokoju.

Okiem Putina

Wszystkie te głosy i opinie to muzyka dla uszu Putina. Ukraina chce dzisiaj walczyć, jej armia wciąż ma bardzo dobre morale i, co najważniejsze, nie bez problemów, ale skutecznie stawia opór najeźdźcy zadając mu dotkliwe straty. Naciskanie na Ukrainę ws. rozejmu z Kremlem, dodatkowo takiego, na mocy którego musiałaby zrzec się jakiejkolwiek części swojego terytorium, to zniweczenie 3,5 miesiąca heroicznej walki. Walki, której sami Ukraińcy przerywać nie zamierzają, bo widzą swoją szansę na pokonanie oprawcy (o tym, co miałoby oznaczać takie zwycięstwo można dyskutować, ale to temat na inny tekst).

Patrząc historycznie, zawieszenie broni czy nawet tymczasowy traktat pokojowy, gdyby Zachód zmusił Ukrainę do jednego bądź drugiego, to również granie w grę Kremla. Zarówno w 2008 roku w Gruzji, jak i sześć lat później w Donbasie Rosja nigdy nie oddała raz przejętych (choćby tymczasowo) terytoriów. Nie ma żadnych logicznych przesłanek, które kazałyby myśleć, że tym razem będzie inaczej. Jest za to wiele przesłanek, każących przypuszczać, że Kreml wykorzystałby rozejm do odbudowy potencjału militarnego, przegrupowania wojsk i opracowania planu dalszej ofensywy przeciwko Ukrainie. Pozostawałaby jedynie kwestia czasu.

Zupełnie inną kwestią jest to, na jakiej podstawie zachodni przywódcy wierzą, że Rosja wywiązałaby się z podpisanego porozumienia pokojowego z Ukrainą. Wiarygodność Kremla na arenie międzynarodowej jest dzisiaj zerowa. Wszyscy pamiętają, jak tuż przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę czołowi rosyjscy politycy obśmiewali w kontrolowanych przez władzę mediach obawy Zachodu w tym temacie. Słyszeliśmy wtedy o rzekomych histerii, rusofobii czy nawet obsesji krajów UE i NATO. Intrygujące jest również to, że prezydent Macron najwyraźniej zapomniał już, jak w przededniu wojny Putin osobiście zapewnił go, że uderzenie na Ukrainę nie wchodzi w grę.

Wreszcie rzecz najważniejsza: Putin karmi się słabością swoich przeciwników, żyje z niej, to ona go napędza. Wszyscy ludzie, którzy poznali Putina i jego sposób działania - analitycy, autorzy książek, dziennikarze i reporterzy, rosyjscy socjolodzy i politolodzy - podkreślają jedno: Putin nie uznaje dialogu, nie uznaje kompromisu. Dla niego to oznaka słabości, którą należy bezwzględnie wykorzystać. Jedyny język, który rozumie i uznaje rosyjski prezydent to język siły i faktów dokonanych.

Idealnie oddała to estońska premier Kaja Kallas, opisując w jednym z programów telewizyjnych styl negocjacyjny Kremla. - Po pierwsze, żądaj wszystkiego. Nie proś, tylko żądaj czegoś, co nigdy nie było twoje. Po drugie, stawiaj ultimata, formułuj groźby. Po trzecie, nie ustępuj nawet o cal w negocjacjach, ponieważ na Zachodzie zawsze będą ludzie, którzy coś ci zaoferują. Wtedy, w końcowym rozrachunku, będziesz mieć jedną trzecią albo nawet połowę czegoś, czego nie miałeś wcześniej. Musimy mieć to na uwadze przez cały czas - wyliczała.

Estonka powiedziała jeszcze jedną niezwykle istotną rzecz w kontekście przebijających się w wypowiedziach czołowych zachodnich polityków nawoływań do niezwłocznego zawarcia rozejmu przez Ukrainę i Rosję. - Jeśli teraz myślimy "OK, zaoferujmy coś Rosji", to wtedy w praktyce dostaną coś, czego nie mieli wcześniej - stwierdziła Kallas.

Wszystkie kalkulacje Zachodu

Doskonale świadomi są tego Ukraińcy, czego dowodem są słowa Wołodymyra Zełenskiego z wywiadu dla włoskiej telewizji RAI. - Chcemy, żeby rosyjska armia opuściła nasze ziemie. To nie my jesteśmy na rosyjskiej ziemi. Nie pomożemy Putinowi zachować twarzy, płacąc za to naszym terytorium. To byłoby niesprawiedliwe - stwierdził, odnosząc się do poczynionych podczas spotkania obu polityków sugestii Macrona, że ceną pokoju z Rosją może być utrata części ukraińskiego terytorium.

Ta argumentacja zdaje się jednak nie trafiać do prominentnych zachodnich polityków. Dlaczego mimo niej myślą w pierwszej kolejności o tym, jak szybko zakończyć wojnę w Ukrainie, niezależnie od tego, czy wyższą cenę zapłaci za to ofiara, czy oprawca?

Przede wszystkim, Zachód boi się politycznej destabilizacji Rosji, przewrotu na Kremlu, którego efekty trudno byłoby przewidzieć. A do tego mogłoby dojść, gdyby wojna się przeciągała, Rosja ponosiła coraz większe straty, a państwo i społeczeństwo coraz dotkliwej odczuwały konsekwencje imperialnych ambicji Putina. Tymczasem dla Zachodu sprawa jest klarowna: może i Putin to bandyta, ale przynajmniej dobrze znany, bandyta, do którego mamy instrukcję obsługi, bandyta, który nawet w swojej despotycznej polityce jest w pewien sposób przewidywalny.

Utrzymanie Putina u władzy bezpośrednio przekłada się na drugi bardzo ważny dla zachodniej Europy aspekt - stabilizację energetyczną. Oczywiście Unia Europejska ogłosiła ambitny plan uniezależnienia się od rosyjskich surowców energetycznych. Niektóre państwa członkowskie przedstawiły podobną mapę drogową niezależną od polityki Brukseli. Mimo tego, obecnie Europa wciąż w bardzo dużym stopniu jest zależna od rosyjskiego gazu i ropy. Dlatego w wielu europejskich stolicach dominuje myślenie, że dopóki proces energetycznego uniezależnienia się od Kremla nie dobiegnie końca, lepiej żyć z Rosją dobrze i nie narażać się na niepotrzebną Zachodowi wojnę energetyczną.

Nie jest też tajemnicą, że zwłaszcza trzy kraje, których przywódcy najgłośniej nawołują w ostatnich tygodniach do rozejmu i nieupokarzania Rosji, są mocno związane gospodarczo z Rosją i rosyjskim rynkiem. Włochy to m.in. olbrzymia liczba luksusowych marek, dla których Rosja jest ważnym rynkiem zbytu. Część francuskich firm już na początku wojny nie przyłączyła się do bojkotu rosyjskiego rynku przez zachodnie koncerny. Z kolei Niemcy są mocno związane z Rosją w kwestii energetyki i poprzez elity biznesowe. I to właśnie w elitach biznesowych tych państw istnieje silne lobby na władze, żeby forsować możliwie szybką normalizację stosunków z Rosją. Społecznie również pada to na podatny grunt, ponieważ choćby francuskie społeczeństwo od dekad ma opinię rusofilskiego.

Na ciekawą rzecz zwrócił też uwagę pod koniec maja "The Wall Street Journal". W swoim komentarzu Ralph Gert Schöllhammer, profesor nauk politycznych i ekonomicznych z Webster Vienna Private University, zauważył, że europejski kurs Ukrainy w dłuższej perspektywie czasu może doprowadzić do przemodelowania politycznego układu sił w UE. To zaś nie jest na rękę krajom dominującym w Unii obecnie.

"Unia Europejska jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba kraje zazdrośnie broniły swojej pozycji najważniejszych graczy w Europie. Politycy we Francji i Niemczech są świadomi, że UE z Ukrainą mogłaby prowadzić do konkurencyjnej (wobec osi Paryż - Berlin - przyp. red.) osi Warszawa - Kijów, a to coś, czego ani Francja, ani Niemcy nie chcą. Ukrainie politycznie i kulturowo bliżej do Polski niż Niemiec, co oznaczałoby, że niemieckie wpływy w UE mogłyby się istotnie zmniejszyć i zostać zastąpione rosnącą pozycją Europy Wschodniej" - analizował na łamach "WSJ" Schöllhammer.

Słowa też mają konsekwencje

Jakie kalkulacje i argumenty nie stałyby za wypowiedziami czołowych polityków Zachodu ws. Ukrainy, wszyscy musimy mieć świadomość ich praktycznych konsekwencji. A tych nie brakuje. I, mówiąc najdelikatniej, nie pomagają one ani sprawie ukraińskiej, ani nawet strategicznym interesom szeroko rozumianego Zachodu.

Przede wszystkim, jest to gra na podział w szeregach UE i NATO. Interesy, perspektywy oraz doświadczenia państw zachodniej i wschodniej flanki obu organizacji są tutaj diametralnie odmienne. Rzecz w tym, że to państwa z Europy Środkowo-Wschodniej - za wyjątkiem Węgier - są dzisiaj głosem rozsądku, jeśli chodzi o właściwy kurs wobec Kremla. Dla Putina taki dwugłos w UE i NATO to najlepszy możliwy prezent. Rosja była bardzo niemile zaskoczona solidarnością UE i NATO w kontekście rosyjskiej agresji na Ukrainę. Decydując się na zaatakowanie mniejszego sąsiada, Putin liczył, że skłócona UE i przeżywające kryzys NATO nie zrobią nic albo pokłócą się o to, kto i jak powinien zadziałać. Nie doszło do tego, ale Putin wciąż gra na podział swoich geopolitycznych wrogów. A nieodpowiedzialne wypowiedzi czołowych europejskich liderów pokazują, że jego nadzieje nie są płonne.

Konsekwencje tego, co mówią Macron, Draghi i Scholz wykraczają jednak daleko poza Europę. Gdyby ich słowa zostały wprowadzone w czyn, oznaczałoby to niesłychanie niebezpieczny precedens w skali świata. Tak oto napastnik i winowajca zostałby nagrodzony za dokonanie aktu agresji na swoją ofiarę. Bo tylko tak można ocenić sytuację, w której Ukraina trwale utraciłaby na rzecz Rosji kolejne części swojego terytorium i to jeszcze na mocy oficjalnego międzynarodowego porozumienia. W ciągu kilku lat podobne scenariusze mogłyby zacząć realizować się w innych częściach globu (m.in. na Tajwanie czy w Afryce Środkowej).

Błędem byłoby myśleć, że piekło rozpęta się wszędzie, ale nie w Europie. Jeśli obrona Donbasu upadnie, a Rosja zdoła odciąć Ukrainę od dostępu do morza, będzie to oznaczać początek końca Ukrainy, jaką znamy. A to tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że na Ukrainie się nie skończy. I są tego pewni absolutnie wszyscy sowietolodzy, analitycy obszaru postsowieckiego czy reporterzy wojenni pracujący w Ukrainie i Rosji. Kolejnym punktem w geopolitycznym menu Putina jest Mołdawia. A później? Później zostają już tylko państwa wschodniej flanki UE i NATO.

Ktoś powie: Putin nie odważy się zaatakować NATO. Bo przecież słynny artykuł piąty, solidarność Zachodu, ryzyko konfliktu na skalę globalną. Na bardzo ciekawą kwestię w tym kontekście zwrócił mi niedawno uwagę Tomáš Forró, słowacki reporter wojenny i autor poświęconej wojnie w Donbasie książki "Apartament w hotelu wojna". Jego zdaniem Putin będzie chciał zmęczyć Zachód permanentnym konfliktem na wschodniej flance UE i NATO. Cel? Osłabienie solidarności i złamanie ewentualnego oporu. Swoją myśl Forró zakończył smutną konstatacją, że jeśli Zachód pozwoli upaść Ukrainie, to dlaczego miałby za rok, dwa albo pięć wysyłać swoich żołnierzy, żeby umierali za niepodległość Łotwy, Polski czy Słowacji.

Obecna sytuacja daje również, w przypadku niepowodzenia Rosji, szansę na osłabienie władzy Putina albo nawet wymiany przywódcy na Kremlu. Nie bez powodu rosyjski prezydent nie zdecydował się na przeprowadzenie powszechnej mobilizacji wojskowej w całym kraju i rzucenie na front wszystkiego, co ma do dyspozycji. W takim wariancie brak sukcesu mógłby przypłacić właśnie wyraźnym osłabieniem swojego przywództwa na arenie wewnętrznej. Także teraz jest to możliwe, jeśli Rosja nie zdoła przejąć na trwałe kontroli nad Donbasem, ale obecnie Putin nie położył jeszcze na szali wszystkiego, co ma pod ręką. I chociaż część krajów "starej UE" wolałaby, żeby na Kremlu nie doszło do rewolucji, to osłabiony Putin jest scenariuszem, który w Unii pasuje każdemu. Dlatego wyciąganie do niego pomocnej dłoni i proponowanie korzystnych taktycznie dla Kremla rozejmów jest co najmniej niezrozumiałe z punktu widzenia interesów UE i NATO.

Wreszcie kwestia być może nie najdonioślejsza strategicznie, ale w dzisiejszych czasach zdecydowanie warta odnotowania. Warto stać po właściwej stronie historii, warto - jak mawiał klasyk - zachowywać się przyzwoicie. Rozumieć powinni to zwłaszcza przywódcy największych państw europejskich, którzy patrząc wstecz widzą, że ponad 80 lat temu brak przyzwoitości, odwagi i mądrości pchnął świat w ramiona globalnej wojny. Żeby uniknąć powtórki z historii, Putin musi przegrać, musi stracić twarz, musi zrozumieć, że jest dużo słabszy, niż mu się wydaje. A co do Ukrainy, najlepiej podsumował to prezydent Andrzej Duda podczas swojego wystąpienia przed Radą Najwyższą: - Tylko Ukraina ma prawo decydować o swojej przyszłości. Nic o tobie bez ciebie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy