Reklama

Reklama

A właściwie, po co nam "druga Ziemia?"

Jest nieco większa od naszej planety, prawdopodobnie skalista, okrąża swoją gwiazdę w ciągu nieco ponad 11 dni i może mieć na powierzchni wodę - tyle wiemy o kandydatce na drugą Ziemię, której sensacyjne odkrycie wczoraj ogłoszono. Astronomowie mówią o niej z niekłamanym podnieceniem, krąży bowiem wokół najbliższej naszemu Układowi Słonecznemu gwiazdy Proxima Centauri, czyli... niemal tuż za rogiem. Nie ma wątpliwości, że bliżej Ziemi podobnego świata, być może nawet zdolnego do podtrzymania życia, nie uda się już znaleźć.

Odpowiedź na pytanie, po co nam Druga Ziemia, jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Planeta z warunkami dającymi szanse powstania życia, ulokowana w naszym - względnym - sąsiedztwie, może pobudzić naszą wyobraźnię i dzięki temu zwiększyć szanse, że jako ludzkość będziemy coś wielkiego w stanie zrobić. Tym czymś byłoby opracowanie nowej generacji napędu rakietowego, który pozwoliłby sondzie z Ziemi pokonać te 4 lata świetlne z haczykiem i dotrzeć do Proximy b nie w ciągu dziesiątków tysięcy lat, ale... tysiąc razy szybciej. Tym czymś będzie też budowa nowych, jeszcze  potężniejszych naziemnych i kosmicznych teleskopów, które pozwolą nam dalekich światów wypatrywać.

Reklama

W odróżnieniu od wielu szacownych umysłów, jak choćby wybitny fizyk Stephen Hawking nie mam wrażenia, że Ziemia 2.0 może nam być kiedyś potrzebna, jako nowe miejsce osiedlenia. Może nie starcza mi wyobraźni, może dostatecznie mocno tkwi we mnie przekonanie, że nie jesteśmy tu przez przypadek, ale mimo tysięcy znajdywanych nowych planet wciąż mam poczucie, że Ziemia jest wyjątkowa i nie ma ani swojej bliźniaczki, ani odpowiednika. Nie postawiłbym też ani złotówki na to, że gdzie indziej istniało lub istnieje życie, co nie zmienia faktu, że doniesienia o innych planetach śledzę z zapartym tchem, a staraniom, by coś intrygującego na nich znaleźć szczerze kibicuję. Od ich wyników, nawet sensacyjnych, nie oczekuję jednak, że zmodyfikują nam światopogląd, raczej, że jeszcze bardziej pobudzą zdrową i twórczą ciekawość. Owej ciekawości nieco nam obecnie brakuje. Dodatkowa dawka się przyda.

Tym razem w prawdziwej powodzi doniesień o odkrywanych planetach dostaliśmy obiekt wyjątkowy, właśnie najbliższy nam, którego nazwa - Proxima b - zostanie nam w pamięci i zapewne szybko stanie się elementem masowej kultury. Doniesienia o tym, że to planeta gotowa do zamieszkania są jeszcze mocno na wyrost. Jak podkreśla współautor opublikowanej w "Nature" pracy na jej temat dr hab. Marcin Kiraga z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego nie wiemy nawet, czy jest tam jakakolwiek atmosfera. Nie udało się do tej pory zarejestrować przejścia planety przed tarczą swej gwiazdy i nie wiadomo, czy takie przejścia, tzw. tranzyty w ogóle mogą być z Ziemi obserwowane. To przy ich okazji najłatwiej istnienie atmosfery potwierdzić i badać jej skład. Bez nich zdobycie informacji w tej sprawie będzie znacznie trudniejsze, może nawet na razie niemożliwe. Od czego jednak ludzka pomysłowość...

Można uznać, że odkrycie najbliższego nam układu gwiazda - planeta symbolicznie zamyka pierwszy etap poszukiwania planet pozasłonecznych. Mam wrażenie, że dla Komitetu Noblowskiego może to być dobry pretekst, by rozważyć możliwość przyznania za pionierskie zasługi w tej dziedzinie nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Jeśli tak, oczywistym kandydatem byłby odkrywca pierwszych w ogóle znanych nam planet pozasłonecznych, choć krążących wokół pulsara, prof. Aleksander Wolszczan. Mimo powszechnie znanych kontrowersji, związanych z jego współpracą z SB, od lat nie przestaję trzymać kciuków, by zasłużenie w końcu to wyróżnienie otrzymał. Może właśnie w tym roku?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne