Reklama

Reklama

"My naprawdę potrzebujemy pomocy". Co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy?

- Z relacji uchodźców wynika, że Białorusini stworzyli przy granicy obozy, w których przetrzymują ludzi cofniętych z terytorium Polski. Traktują ich tam jak niewolników, wykorzystują finansowo. Ludzie nam mówią, że ostatnie pieniądze wydają na chleb dla dziecka za 50-70 dolarów - mówi w rozmowie z Interią Karol Wilczyński, który razem z innymi wolontariuszami niesie pomoc obcokrajowcom błąkającym się w lasach.

Polskie służby codziennie raportują o kolejnych próbach nielegalnego wejścia na terytorium RP. Członkowie grup pomocowych donoszą z kolei o przemarzniętych i głodnych ludziach, koczujących w przygranicznych lasach. Zmarło już pięć osób - ostatnią ofiarą jest 24-letni Syryjczyk. Co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej?

"Zabrali paszport, nie mam pieniędzy"

"Każdego dnia próbujemy przedostać się do Polski. A oni nas odsyłają z powrotem [na Białoruś]. Grają nami jak piłką"  - opowiada 21-letni Kameruńczyk. Z kolei 20-latek z Iraku mówi, że nie jadł i nie pił od trzech dni. Inny mężczyzna: "Wróciłbym (...), wolę umrzeć w swoim kraju. Ale Białorusini zabrali paszport, telefon, nie mam dostępu do swoich pieniędzy".

Reklama

To relacje bohaterów reportażu brytyjskiej stacji BBC opublikowanego 24 września.

- To samo słyszymy od ukrywających się w lesie ludzi, którym przekazujemy żywność i ciepłe ubrania - opowiada Interii Karol Wilczyński, dziennikarz i aktywista, współzałożyciel Salam Lab, który działa w ramach Grupy Granica. - Mówią, że zostali oszukani. Białoruś reklamowała wyjazdy do Niemiec, "wycieczka" i jesteś w Unii Europejskiej. W ten sposób werbowali ludzi. Ale te osoby trafiły w pułapkę - relacjonuje.

Jak Białoruś "reklamowała wyjazdy do Niemiec"? Nieoficjalnie.

Łukaszenka odpowiada na sankcje

Oficjalnie Alaksandr Łukaszenka zapowiedział, że jego kraj zmieni swoją politykę na granicy. Mińsk przestał przestrzegać umowy o readmisji - to znaczy, że strona białoruska nie przyjmuje na swoje terytorium odsyłanych osób, które nielegalnie przekroczyły granicę. Jeszcze we wrześniu słyszeliśmy od Straży Granicznej, że problem istnieje "już od jakiegoś czasu".

"Wprowadzacie sankcje przeciwko nam, a chcecie, żebyśmy bronili waszej granicy. Białoruś uczciwie wykonywała swą misję w kwestii granic, dopóki Zachód nie podjął prób obalania rządu w Mińsku" - mówił na początku września zachodnim dziennikarzom Łukaszenka.

Dziś podpisał ustawę o zawieszeniu umowy o readmisji z UE.

Oficjalnie też wprowadzono zmiany w ruchu bezwizowym.

17 października wejdzie w życie dekret, który umożliwia ruch bezwizowy przez lotniska w miastach obwodowych - leżących przy granicy z Polską Grodnie i Brześciu, a także Witebsku, Homlu, Mohylewie. Będą mogli z niego skorzystać obywatele nowych krajów - Pakistanu, Jordanii, Iranu i Egiptu i RPA.

Białoruś stawia warunki - obywatele tych pięciu krajów, żeby wlecieć bez wizy będą musieli mieć wielokrotną wizę kraju UE lub strefy Schengen z potwierdzeniem przybycia na terytorium jednego z tych krajów.

Tu jednak zaczyna się to nieoficjalne działanie. Dokumenty nie są problemem dla oszustów, którzy robią biznes na nielegalnej migracji.

"Tydzień zimna" i do Niemiec

Na forach przyszli migranci polecają sobie szlak przez polsko-białoruską granicę jako prostszy i krótszy niż droga np. przez Grecję. Ogłoszenia i wzmianki w języku arabskim o tym, jak przedostać się z Białorusi przez Polskę do Niemiec przeanalizowała Anna Mierzyńska. Jak pisze na oko.press, powtarzają się informacje, że trzeba "tylko" wytrzymać tydzień w zimnie, w sieci udostępniane są dokładne instrukcje i mapy, a "na zachętę" zdjęcia tych, którym udało się przedostać do Niemiec. Wiedza o tym, co się dzieje na polsko-białoruskiej granicy, słabo dociera na Bliski Wschód.

Kim są ludzi, którzy próbują przekroczyć granicę? Jak podaje Straż Graniczna, to najczęściej obywatele Iraku, ale też Afganistanu, Iranu, Syrii, Libanu, Angoli, Konga, Gwinei, czy Jemenu.

To osoby w różnym wieku, mężczyźni, kobiety i dzieci. Części z nich udaje się przekroczyć granicę. Wolontariusze - działający m.in. w ramach Grupy Granica i Fundacji Ocalenie spotykają ich w lasach - zmarzniętych, głodnych, chorych. Dają im ciepłą odzież, jedzenie, śpiwory, leki. Do najbardziej potrzebujących wzywają lekarzy - pomoc niosą m.in. członkowie grupy Medycy na granicy.

Na mrozie bez jedzenia i picia

Teren przy samej granicy z Białorusią objęty jest stanem wyjątkowym - nie można tam wjechać bez odpowiedniej przepustki, nie są wpuszczani dziennikarze ani wolontariusze grup pomocowych. Działają więc przy granicy strefy.

- Nie pili i nie jedli od trzech-czterech dni, mają przemoczone i brudne ubrania, są przemęczeni i wycieńczeni. Nie rozumieją do końca, w jakiej sytuacji się znaleźli - mówi Karol Wilczyński.

- Niesiemy im też pomoc prawną. Tłumaczymy, że gdy powiedzą, że chcą do Niemiec, zostaną odesłani do Białorusi - dodaje.

A tam migranci nie chcą wracać. Wpadają w panikę, gdy słyszą o białoruskich strażnikach, mówią o pobiciach.

Obozy przy granicy i chleb za 70 dolarów

- Przekazujemy im zatem przygotowane w językach, które rozumieją, deklaracje chęci złożenia wniosku o pomoc międzynarodową. Kopie wysyłamy do Straży Granicznej. Pomimo to takie osoby są odsyłane. To straszne - relacjonuje Wilczyński. - Z relacji uchodźców wynika, że Białorusini stworzyli przy granicy obozy, w których przetrzymują ludzi cofniętych z terytorium Polski. Traktują ich tam jak niewolników, wykorzystują finansowo. Ludzie nam mówią, że ostatnie pieniądze wydają na chleb dla dziecka za 50-70 dolarów - mówi.

Błąkającym się po lasach obcokrajowcom pomagają też okoliczni mieszkańcy. - Rozdają kanapki, wodę. Także nasze działania spotykają się z sympatią. W najgorszym wypadku z obojętnością. Nie spotkałem się z wrogim nastawieniem - opowiada. Jak podkreśla, aktywiści działają legalnie - nie wchodzą na teren objęty stanem wyjątkowym, nie łamią w żaden inny sposób prawa.

- Mimo to nie ma klimatu zaufania do służb. Napotkanym strażnikom mówimy, że jedziemy na grzyby, zmieniamy samochody. Osobiście współczuję strażnikom, policjantom, terytorialsom, którzy muszą wypychać tych ludzi na granicę. Myślę, że to ogromne obciążenie psychiczne - mówi Karol Wilczyński.

I opowiada: "Akcja pomocy, dwóch wolontariuszy, mieli ciemniejszą karnację. Zatrzymał ich nieoznakowany wóz wojskowy. Funkcjonariusze byli pewni, że to migranci. Rozmowę zaczęli po angielsku: ‘Mamy was!’. Jeden z nich zachowywał się, jakby kogoś upolował. Taki wyraz satysfakcji, szyderstwa".

Mur na granicy...

W tym miesiącu na polsko-białoruskiej granicy Straż Graniczna odnotowała 6,7 tys. prób nielegalnego wejścia na terytorium RP. Od początku roku było ich 18,3 tys.

Te dane nie przekładają się bezpośrednio na liczbę osób, które próbowały przekroczyć nielegalnie granicę. Tych jest mniej, bo są migranci, którzy takich prób mają za sobą kilka. 

- Mówienie o wielkim kryzysie migracyjnym na wschodniej granicy to przesada. Osób, które chcą się dostać do naszego kraju, jest niewiele więcej niż w poprzednich latach. Gdyby Polska po prostu tych ludzi przyjęła do odpowiednich ośrodków, a potem nawet odesłała do kraju pochodzenia - wciąż byłoby to lepsze rozwiązanie niż to przerzucanie się nimi jak przedmiotami. Łukaszenka straciłby broń, bo nikt by o tym nie mówił - uważa Wilczyński.

Tymczasem rządzący mają inny pomysł na rozwiązanie kryzysu na granicy - chcą postawić mur.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zgłosiło projekt o budowie zabezpieczenia na granicy. Rozpatrywany jest w trybie pilnym. We wtorek wieczorem Rada Ministrów przyjęła go w trybie obiegowym i tego samego dnia trafił do Sejmu. Ustawa błyskawicznie przeszła przez komisję. Dziś projekt przyjął Sejm.

...i natychmiastowa odsyłka

W planie obrad jest też inny projekt - chodzi o przepisy zgodnie z którymi cudzoziemiec zatrzymany niezwłocznie po nielegalnym przekroczeniu granicy zewnętrznej UE będzie zobowiązany do opuszczenia terytorium RP. Taka osoba miałaby też dostać czasowy zakaz wjazdu do Polski i państw Schengen, a decyzję o wydaleniu ma podejmować komendant placówki Straży Granicznej.

- Proponowane zmiany w nowelizacji ustawy o cudzoziemcach nie mają oparcia w obowiązujących Polskę dyrektywach UE i mogą naruszać Konwencję Genewską - alarmuje Rzecznik Praw Obywatelskich. Marcin Wiącek pismo w tej sprawie wystosował do Senatu, gdy projekt był procedowany przez izbę wyższą.

Wiącek zwraca uwagę m.in. na fakt, że to komendant placówki SG ma wydawać postanowienia o opuszczeniu terytorium RP. Cudzoziemcy nie będą mieli jak się od takiej decyzji odwołać, a procedura pomija rozpatrzenie, czy danej osobie należy zezwolić na pobyt na terytorium Polski ze względów humanitarnych - punktuje RPO.

Z Senatu do Sejmu nowela trafiła z poprawką dotyczącą dzieci: "Jeżeli postanowienie o opuszczeniu terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dotyczy cudzoziemca, który przekroczył granicę wbrew przepisom prawa wraz z małoletnim dzieckiem, którego jest rodzicem, złożenie zażalenia wstrzymuje wykonanie tego postanowienia".

"Naprawdę potrzebujemy pomocy"

I tak obcokrajowcy wracają na Białoruś. A tam? Potrzask - Białoruś nie wpuszcza ich w głąb swojego terytorium.

"Przyjechaliśmy 11 września, jest 13 października. W takiej sytuacji są te dzieci, ta mała dziewczynka ma zaledwie rok. Nie była myta od 15 dni. Możecie zobaczyć, naprawdę potrzebujemy pomocy" - mówi mężczyzna na nagraniu opublikowanym przez Murada Ismaela z Akademii Sindżar, organizacji dbającej o edukację w jednej z prowincji Iraku. "One (dzieci) nie mają mleka, pieluch, jedzenia. Jest tak zimno, że bez ognia jest nie do zniesienia" - dodaje inny. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama