Reklama

Reklama

Campus Polska buduje Rafała Trzaskowskiego. Ma przerosnąć samą Platformę

O organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego Campusie Polska Przyszłości można powiedzieć wiele. Najwięcej mówi o nim jednak to, że przeciwnicy tego wydarzenia z wewnątrz Platformy Obywatelskiej karnie się na nim stawiają, a politycy obozu władzy wychodzą z siebie, byle tylko jego rolę i znaczenie jakkolwiek umniejszyć. A to tylko wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o korzyści, które z Campusu dla prezydenta Warszawy płyną.

Pierwsza edycja Campusu miała słodko-gorzki smak. Słodki, bo okazał się polityczno-społeczno-wizerunkowym sukcesem i stało się jasne, że będzie wydarzeniem cyklicznym, które na trwałe zadomowi się na politycznej mapie Polski. Gorzki, bo był to finał ponad roku oczekiwań na krok Trzaskowskiego w stronę zdyskontowania 10 mln głosów uzyskanych w wyborach prezydenckich 2020. Sympatycy prezydenta Warszawy oczekiwali przejęcia Platformy Obywatelskiej albo stworzenia własnej partii, bądź ruchu społecznego i rzucenia wyzwania Zjednoczonej Prawicy. Nie doczekali się.

Reklama

Rok później nikt już takich oczekiwań wobec Trzaskowskiego i jego środowiska nie miał. Układ sił w obozie Koalicji Obywatelskiej jest jasny i klarowny, każdy zna swoją rolę i miejsce. Paradoksalnie, brak wielkich oczekiwań i rozbudzonych ambicji pozwala dużo trzeźwiej spojrzeć na sam Campus i bardziej miarodajnie go ocenić. A warto to zrobić, bo chociaż na pierwszy rzut oka może na to nie wyglądać, to przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że na polskiej scenie politycznej firmowany przez Trzaskowskiego event odgrywa istotną rolę. Rolę, która w kolejnych latach może jeszcze wzrosnąć.

Campus vs MeetUp

Krytycy Campusu - czy to ze świata mediów, czy spośród polityków, czy nawet wyborców opozycji - bardzo często przytaczają argument, że samo wydarzenie nie znaczy wiele, bo to akademicka gadanina, która nie przekłada się na realne polityczne korzyści tu i teraz. Ani nie daje dodatkowych punktów w sondażach, ani nie odbiera ich rywalom. Tuska nie pozbawia władzy w Platformie, a Kaczyńskiego nie odsuwa od kierowania sprawami państwa z tylnego siedzenia. Krytycy Campusu ze strony opozycji często chcieliby, żeby był on polityczną chińską zupką - dał efekt instant, choćby mało smaczny i na dłuższa metę szkodliwy.

Co więcej, Campus ściąga na Trzaskowskiego i jego środowisko kłopoty w partii. W zeszłym roku kierownictwo Platformy nie miało jak na wydarzenie Trzaskowskiego odpowiedzieć. Wszak Donald Tusk dopiero orientował się w tym, jaką Platformę zastał po latach nieobecności w polskiej polityce. W tym roku Platforma zorganizowała w całej Polsce cykl MeetUpów - spotkań polityków z młodzieżą. Oczywiście nikt nie przyznał otwarcie, że była to konkurencja dla Campusu Trzaskowskiego - kłótnia w rodzinie źle wyglądałaby w mediach - ale w zakulisowych rozmowach nikt już tego nie ukrywał. MeetUpy miały przeciągnąć więcej młodzieży na stronę "tuskowej" Platformy. Nie wyszło. Skończyły jako spotkania partyjnej wierchuszki z młodymi działaczami.

W partii był jednak jasny przykaz, żeby w organizację MeetUpów angażowali się młodzi posłowie i posłanki. W niektórych przypadkach ci sami, którzy wcześniej pracowali nad Campusem Trzaskowskiego. Konsekwencje odmowy mogłyby być bardzo dotkliwe politycznie, zwłaszcza w kontekście zbliżających się wyborów. Efekt był taki, że środowisko Trzaskowskiego w PO zostało nieco okrojone. Przy prezydencie stolicy pozostali najwierniejsi - m.in. Sławomir Nitras, Agnieszka Pomaska, Barbara Nowacka, Dariusz Joński, Michał Szczerba, Adam Szłapka czy Katarzyna Lubnauer.

Obywatelski ferment

Mimo trudności, druga edycja Campusu już teraz, jeszcze w trakcie jego trwania, jest większym sukcesem niż pierwsza. W przygotowanie wydarzenia zaangażowało się więcej osób, jest więcej gości i panelistów, zebrano większe środki na organizację (jeden z ludzi Trzaskowskiego żartował nawet, że wsparcie okazało się w tym roku tak duże, że nie sposób było wszystkiego wydać).

Na końcu liczy się jednak produkt - to co dostają ludzie. W przypadku Campusu - przy wszelkich możliwych wobec niego zastrzeżeniach - jest to produkt unikalny na skalę polskiej polityki. Sześć dni dyskusji na najważniejsze tematy - od bieżącej polityki krajowej, przez sytuację międzynarodową i gospodarczą, na ekologii, prawach obywatelskich czy innowacyjności skończywszy. A to i tak tylko mały wycinek całości. Wartością Campusu nie jest bowiem ani to, czy komuś od niego rośnie albo spada w sondażach, ani to, czy kogoś władzy w partii albo kraju pozbawia, czy nie. Clou do zrozumienia organizowanego w Olsztynie wydarzenia brzmi: koniec kadencjozy. Koniec myślenia w perspektywie najbliższego sondażu czy najbliższych wyborów.

W polskiej polityce wszystko robi się z precyzyjnie sporządzonym rachunkiem zysków i strat. Cynicznie i merkantylnie. Nie dotyka się tematów, które są trudne i skomplikowane, mogą wywołać nieprzewidzianą reakcję społeczeństwa albo wybiegają w przyszłość dalej niż koniec bieżącej kadencji Sejmu. Polska polityka i życie publiczne od ponad 30 lat cierpią na chroniczny brak myślenia strategicznego. Polska ucieka od kluczowych wyzwań współczesności takich jak transformacja energetyczna, zwiększanie konkurencyjności i innowacyjności gospodarki, kryzys demograficzny, nowoczesna edukacja, sprawna ochrona zdrowia, tolerancja i inkluzywność wobec mniejszości. Ucieka, bo jest wobec nich bezradna intelektualnie i merytorycznie.

Na Campusie wszystkie te tematy są podejmowane. Dyskutują o nich młodzi ludzie, politycy, autorytety i eksperci, dziennikarze. Campus nie jest kolejną sztampową, partyjną konwencją czy organizowanym za pieniądze państwowych spółek kongresem, na którym "mądre głowy" ex-cathedra wygłaszają swoje światłe przemyślenia. Może nie jest też z perspektywy opozycji politycznym złotem, które za miesiąc pozbawi Zjednoczoną Prawicę władzy, ale na pewno jest przełamaniem wstydliwego trendu uciekania od wyzwań współczesności. Buduje społeczeństwo obywatelskie świadome wyzwań i zagrożeń, a więc robi to, na co nikt przez ponad 30 lat nie miał w Polsce czasu, siły i energii.

To właśnie dlatego na Campus przyjeżdżają nawet ci eksperci i politycy, którzy z poglądami Trzaskowskiego (czy szerzej samej Platformy) się nie zgadzają. W olsztyńskim Kortowie znajdziemy i konserwatywny Klub Jagielloński, i katolickiego publicystę Tomasza Terlikowskiego, i współpracującego ze Zjednoczoną Prawicą posła Zbigniewa Girzyńskiego, i współtworzących jeszcze nie tak dawno obóz "dobrej zmiany" parlamentarzystów Magdalenę Srokę i Michała Wypija z Porozumienia Jarosława Gowina.

Mimo że tworzy go środowisko opozycyjne, Campus jest różnorodny. Ciężko zamknąć go w jednej politycznej szufladce. To dlatego politycy opcji rządzącej dostają białej gorączki dwojąc się i trojąc, żeby rolę i znaczenie tego wydarzenia umniejszyć. Bo Campus można oceniać różnie, ale trudno przejść obok niego obojętnie. Wywołuje ferment i zmusza do odniesienia się. Jak na wydarzenie mające aktywizować i budować społeczeństwo obywatelskie w kraju, w którym od zawsze mocno ono kuleje - to świetne referencje.

Wszystkie opcje Trzaskowskiego

Wróćmy jednak na ziemię - do twardej, bieżącej polityki. Ktoś mógłby przecież zapytać: po co Trzaskowskiemu wielki, kilkudniowy event, który nie daje wymiernych politycznych korzyści, pochłania mnóstwo czasu, pracy i energii, za to w Platformie ściąga na niego problemy. Odpowiedź, którą można było usłyszeć zarówno przed Campusem, jak również już na miejscu w Olsztynie, była jedna: Trzaskowski idzie znacznie szerzej niż Platforma. I jest to kurs świadomy.

Nie chodzi mu o to, żeby wywołać trzęsienie ziemi tu i teraz, ale żeby konsekwentnie budować się politycznie obok Platformy, zyskiwać na sile i... czekać na swój moment. Jeden już w dziecinnie łatwy sposób przegapił - późną wiosną i wczesnym latem ubiegłego roku, kiedy Tusk zgarnął mu sprzed nosa władzę w partii. Teraz chce zacieśniać relacje z samorządowcami, utrzymywać partnerski dialog z innymi partiami opozycyjnymi (nie traktuje ich jak kolejnych pozycji w swoim menu), wyciągać rękę do i po młodych, a programowo żeglować nieco bardziej przez lewą burtę niż Platforma (chociaż tego lata PO wykonała znaczący zwrot w lewo, zabierając tym samym Trzaskowskiemu nieco pola).

To wszystko ma mu dać solidną bazę polityczną. Pytanie: do czego? Trzaskowski jest zakładnikiem swojej popularności w obozie opozycji. Każdy w tym elektoracie ma wobec niego jakieś oczekiwania - silny numer dwa w PO, lider nowej partii albo nowego ruchu, przyszły prezydent, nowy premier. I można tak wyliczać. Sam Trzaskowski swoimi wypowiedziami i działaniami ten koncert życzeń tylko podsyca, bo mało tu konkretu, a dużo czekania i obserwowania.

Z bezpośredniego otoczenia Trzaskowskiego dowiadujemy się, że prezydent stolicy czeka na to, jaka sytuacja wyklaruje się po stronie opozycji tuż przed wyborami parlamentarnymi. Na co będą szanse i na co będzie zapotrzebowanie. Trzaskowski na razie ma komfort wyboru i jest tego świadomy. Może zostać w stołecznym ratuszu, gdzie reelekcja jest niemal pewna (niezależnie od oceny jego prezydentury, odebranie Platformie władzy w stolicy graniczy z cudem). Może wystartować do Sejmu, żeby wykorzystać swoją popularność i wesprzeć Koalicję Obywatelską w walce o głosy ze Zjednoczoną Prawicą. Może wreszcie zrobić to, czego nie zrobił po ostatnich wyborach prezydenckich - postawić na siebie i stworzyć coś nowego (samemu lub w sojuszu).

Bogactwo wyboru to kłopot, którego życzy sobie każdy polityk. Kiedyś jednak decyzję trzeba będzie podjąć. I Trzaskowski musi uważać, żeby tego momentu nie przespać. Jak sam mówi, wcale nie jest już młodym i obiecującym politykiem. A skoro nie jest, to pora zacząć też działać jak polityk starszy i bardziej doświadczony.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy