Reklama

Reklama

​Konflikt z Łukaszenką narasta. Polacy nie chcą być w nim osamotnieni

Białoruskie służby podprowadzają tysiące osób pod granicę z Polską. Część z naszych rządzących w duchu maksymalnego suwerenizmu chętnie podkreśla, że sobie sami ze wszystkim poradzimy. Jednak Polacy wcale nie chcą być osamotnieni w konflikcie, którego końca nie widać. Przytłaczająca większość rodaków uważa, że powinniśmy zwrócić się po pomoc w rozwiązaniu eskalującego konfliktu w szczególności do instytucji Unii Europejskiej - skądinąd tych samych, na których premier Mateusz Morawiecki ostatnio nie zostawił suchej nitki.

Wydawało się, że historia nam odpuściła. Po wycofaniu się wojsk rosyjskich z terytorium Polski w 1993 roku wielkie napięcia polityki międzynarodowej, co do zasady, obserwowaliśmy z geograficznego dystansu. Eksperci przepowiadali, że nowy wielki konflikt może wybuchnąć na przykład na Bliskim Wschodzie czy, hen, na Tajwanie, w każdym razie gdzieś daleko od naszych granic.

To była sytuacja wyjątkowa na tle naszej własnej historii ostatniego stulecia. W końcu przez nasz region przetaczały się fronty pierwszej i drugiej wojny światowej. W PRL-u w wydarzeniach tzw. polskich miesięcy - aż po wprowadzenie stanu wojennego, a nawet później po 1989 rok, gdy rezultat przemian jeszcze nie był jasny, zawsze upatrywano iskry, od której mogłoby się zacząć "coś większego".

Reklama

Około ćwierć wieku wypoczynku od napięć geopolitycznych, które pozwoliło Polakom na zajęcie się innymi sprawami, na przykład na osiągnięcie statusu materialnego w zasadzie wcześniej nieznanego, nawet w XVI wieku. Choćbyśmy nie wiadomo, jak psioczyli na polskie realia, wedle danych, to było wyjście z ekonomicznych peryferii do pozycji europejskiego lidera wzrostu gospodarczego, o czym przekonująco pisał profesor Marcin Piątkowski.

Powrót tragizmu

Oto sytuacja na naszych oczach zaczyna się zmieniać. Znów robi się gorąco na naszych granicach państwowych. I dzieje się tak w sposób ultra-nowoczesny, co oddawać ma bezradne określenie "wojna hybrydowa". Niby konflikt, ale nie-konflikt. Trochę wojny, wciąż jednak w granicach pokoju. 

Na razie widzimy, jak grupy migrantów pod nadzorem funkcjonariuszy zmierzają do polskich granic. Proceder sprowadzania nieszczęsnych ludzi opisano już dość dobrze.

Mniej zwraca się uwagi na to, że Alaksandr Łukaszenka stosuje strategię "brania w zakład" ludzkich odruchów serca. Od upowszechnienia się idei praw człowieka, w szczególności w latach 70. XX wieku hasło solidarności ponad granicami - w punkcie wyjścia - służyło pomocy ludziom znajdującym się w oczywistej potrzebie. Nie trzeba tu szukać cynizmu na siłę. Dość wspomnieć akcję pomagania Polakom po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy zza granicy docierały paczki z darami. Ludzie, którzy osiągnęli pewien status materialny, sami uznawali, że gotowi są podzielić się z innymi czy zająć stanowisko w sprawie pokrzywdzonych, choćby mieszkali w innym państwie.

Tymczasem obecnie szlachetne odruchy serca (także chrześcijańskie) próbuje się ośmieszyć, skompromitować, odwrócić ich znaczenie. Poza osiągnięciem doraźnego celu politycznego, jakim jest uznanie jego reżymu po sfałszowanych wyborach, przy okazji chciałby skompromitować pewien system wartości. W pewnym uproszczeniu Łukaszenka wydaje się mówić: "Wspieraliście opozycję na Białorusi, no, to teraz zobaczymy, jacy jesteście humanitarni!". Dyktator chciałby wszystkich wciągnąć do politycznego i moralnego błota.

Ośmieszyć pomoc humanitarną

Właśnie dlatego sytuacja w 2021 powinna być nazywana konfliktem tragicznym. Zderzenie racji takich, jak prawa człowieka, uznanie reżymu dyktatora oraz geopolityczne bezpieczeństwo regionu, w tej rozgrywce zostało chytrze wymieszane. Stosuje się przy tym nowe technologie zarówno do podprowadzania tysięcy migrantów pod granice, jak i do antagonizowania społeczeństw w państwach Unii Europejskiej, w tym naszego.

W tej sprawie długi cień Moskwy znów wydaje się sięgać naszych granic. I tu właśnie przypominamy sobie o tym, jak względnie spokojnie było nam przez ćwierć wieku. Nie do porównania z burzliwymi czasami II RP. Właśnie dlatego należy dobierać środki adekwatne do okoliczności, demaskować przekręcanie znaczeń podstawowych pojęć, nie rezygnować z naszego systemu wartości, wreszcie wzmacniać współpracę międzynarodową dla rozwiązania konfliktu (Frontex!).

Co ciekawe, Polacy wydają się zachowywać w tym galimatiasie niezwykłą wprost przytomność umysłów. Nie wierzą opiniom polityków, wedle których w tej rozgrywce - ewidentnie z powrotem Wielkiej Geopolityki w tle - jakoby poradzimy sobie sami.

Oto wedle właśnie opublikowanego sondażu IBRIS, aż 82 proc. (sic!) z nas uważa, że Polska powinna zwrócić się o pomoc do Unii Europejskiej w sprawie rozwiązania kryzysu na granicy polsko-białoruskiej. Jednocześnie Kwatera Główna NATO skrytykowała stosowane przez Łukaszenkę metody wywierania presji na sąsiadów. Podobnie Komisja Europejska, choć dopiero co nasz premier Mateusz Morawiecki werbalnie atakował instytucje unijne i opowiadał o wojnach światowych z Brukselą. Jak widać, w tej sprawie Polacy polegają na własnych ocenach - wbrew rządzącym. 

Reklama

Reklama

Reklama