Reklama

Reklama

Daniel Fried: Po 11 września porzuciliśmy nasze wartości. To był błąd

- Tego dnia byłem w Białym Domu. Po pierwszym samolocie myśleliśmy, że to wypadek. Po drugim już wiedzieliśmy, że to zamach. Widziałem ewakuację wiceprezydenta. Myśleliśmy wtedy, że "wszystko się zmieniło", działaliśmy w emocjach. To był błąd, z którego wyciągamy wnioski w Ukrainie - mówi Interii były ambasador USA w Polsce Daniel Fried, który wspomina m.in. wydarzenia z 11 września 2001 roku, kiedy Amerykanie zostali zaatakowani przez terrorystów.

Marcin Makowski, Interia: Mija 21 lat od tamtego poranka. Chyba dla każdego Amerykanina pytanie: "gdzie wtedy byłeś", jest w pewnym sensie definiujące. Zacznijmy więc od początku - gdzie pan był 11 września 2001 roku, gdy pierwszy samolot uderzył w wieżę World Trade Center?

Daniel Fried, były ambasador USA w Polsce: - Byłem w Waszyngtonie, a dokładnie w kompleksie Białego Domu. Pracowałem wtedy jako doradca prezydenta George’a W. Busha, zasiadałem również w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (ang. National Security Council - red.). Zbieraliśmy się właśnie na naradę starszego personelu do pokoju dowodzenia (ang. Situation Room - red.), gdy dotarła informacja o samolocie, który roztrzaskał się o północną wieżę WTC. Myślałem, podobnie jak reszta, że to wypadek. Może jakiś pijany pilot stracił kontrolę nad awionetką startując z lotniska Teterboro w New Jersey. 

Reklama

Spotkanie rozpoczęło się mimo tego?

- Tak, nie było powodu, dla którego mielibyśmy je przerywać. Przewodnicząca Condoleezza Rice odczytała agendę dnia, żeby dosłownie chwilę później odroczyć posiedzenie. Gdy kolejny samolot uderzył w drugą wieżę, dla każdego było jasne, że to nie przypadek. Zostali jedynie ludzie odpowiedzialny za walkę z terroryzmem. Gdy opuszczałem pokój dowodzenia, widziałem jak agenci Secret Service w pośpiechu ewakuowali wiceprezydenta Dicka Cheneya. Następnie kilka godzin spędziłem w swoim biurze, żeby wrócić na spotkanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, które trwało do późnego wieczora. Cały ten dzień wyrył mi się w pamięci jak żaden inny. 

Coś szczególnego do tej pory do pana wraca? Jakieś słowa? Gesty?

- Tak. Już wtedy wielokrotnie słyszałem, że 11 września "zmienia wszystko". Patrząc z perspektywy czasu wiem, że to był błąd. Założenie, że weszliśmy w nową epokę doprowadziło nas do błędnych decyzji. Przyznaję, że na początku też tak myślałem. Stany Zjednoczone nie spotkały się porównywalną skalą ataku na własnym terytorium od czasu Pearl Harbor. To był wielki szok, świat odczuł jego wstrząsy wtórne, ale to nie zmienia faktu, że myliliśmy się co do ogólnego założenia, że w "nowym świecie nie działają stare zasady". 

Do jakich skutków doprowadziło to założenie?

- Na przykład do robienia rzeczy, które są po prostu złe. Znęcania się nad więźniami, zakładania placówek poza amerykańskim systemem prawnym, takich jak Guantanamo. To nie tylko nie pomogło, ale na dłuższą metę zaszkodziło sprawie, o którą walczyliśmy.

Dlaczego Amerykanie tak szybko uznali, że po zamachach na WTC wszystko zaczęło się "na nowo"? Przecież USA doświadczyło już wcześniej zarówno nieudanego zamachu w Nowym Jorku w 1993 r., jak i spektakularnych porażek w zakresie bezpieczeństwa narodowego. Można wymienić np. przejęcie ambasady amerykańskiej w Teheranie w 1979 r. 

- Oczywiście to nie był pierwszy atak na USA, ale pierwszy o tak dużym ładunku emocjonalnym oraz symbolicznym. Uderzono w samo serce naszego państwa, zginęły tysiące osób, wszystko śledziły kamery i widzowie na całym świecie. Sądziliśmy, że odpowiedź musi być adekwatna i bezlitosna. Weszliśmy do Afganistanu, który ukrywał Al-Kaidę stojącą za atakiem, ale nie zadaliśmy sobie pytania - co dalej? To była długa i bolesna historia bez satysfakcjonującej puenty. 

Jeśli za puentę uznać młodych Afgańczyków spadających z amerykańskich samolotów transportowych w pośpiechu opuszczających Kabul w 2021 r. 

- To był epilog wydarzeń, które rozpoczęły się 11 września 20 lat wcześniej. Niemniej wiele osób i państw wyciągnęło z niego zbyt daleko idące wnioski, jak z amerykańskiej porażki w Wietnamie. Również wtedy Związek Sowiecki sądził, że USA tracą geopolityczną kontrolę na świecie, ale gdy ocenimy całą zimną wojnę - wygraną przez Zachód - Europa, Korea Północna, Tajwan czy Japonia były ważniejsze. Trzeba powiedzieć wprost, ponieśliśmy porażkę w wojnach prowadzonych po wrześniowych zamachach, ale nie tak kluczową, jak sądzili nasi wrogowie.

Być może obserwowanie nieskładnej ewakuacji z Kabulu skłoniło Władimira Putina do "odważniejszego" planu ataku na Ukrainę? Uznał, że Ameryka jest w defensywie. 

- To niewykluczone. Sowieci po Wietnamie działali tak samo. Uznali, że Stany Zjednoczone załamują się pod własnym ciężarem, co otwiera im pole do swobodnego działania w Afganistanie, który - o ironio - okazał się początkiem końca ZSRS. Historia powtarza się na Ukrainie. Jeśli Rosja poniesie tam porażkę, a wiele na to wskazuje, jej skala będzie nieporównywalna z naszą porażką na Bliskim Wschodzie. 

Czy tak wyraźne zaangażowanie Waszyngtonu we wsparcie Kijowa to lekcja wyciągnięta po strategicznych porażkach po 11 września? 

- Jeśli tak, to lekcją, którą odrobiliśmy jest konieczność trzymania się podstawowych wartości, które zbudowany nasz kraj. Działanie w stanie wyjątkowym lub stanie wojny nie powinno nas zwalniać z przestrzegania rządów prawa. Edmund Burke - ojciec współczesnego konserwatyzmu - nauczył nas, że rządy nie mogą odrzucać zasad tylko dlatego, że działają pod wpływem emocji i "wyższej konieczności". Owszem, zostaliśmy zaatakowani, mieliśmy pełne prawo do obrony i kontrataku, ale nie przy poświęceniu tego, co różni nas od ludzi, którzy nas zaatakowali. Myślę, że prezydent George W. Bush dobrze wie, o czym mówię. W przypadku Ukrainy Ameryka wróciła do swoich najlepszy lat z czasów Woodrow Wilsona, Franklina Roosevelta, Harry’ego Trumana i Ronalda Reagana. Obrony demokracji tam, gdzie są one zagrożone. 

A to przecież nie było oczywiste.

- Nie było. Pamiętam, jak Radek Sikorski ostrzegał mnie, że budując świat po zamachach na WTC nie możemy zapominać, że Rosja nadal stanowi poważne zagrożenie dla pokoju na świecie. Polacy mieli rację i dzisiaj są na froncie walki z Putinem. U boku Wielkiej Brytanii i USA. 

Wsparcie Ukrainy to jednak nie tylko kwestia wartości, ale również pieniędzy i sprzętu.

- Oczywiście. Ukraiński rząd potrzebuje ogromnych środków każdego dnia, inaczej nie będzie w stanie skutecznie walczyć z Rosjanami. Równocześnie grupa G7 posiada ponad 300 mld dolarów zamrożonych rosyjskich aktywów i rezerw wymiany zagranicznej, które mogłyby być wykorzystane w celu wsparcia Kijowa. To nie jest łatwe, ale musimy stanąć przed tą debatą, bo możliwości wsparcia Waszyngtonu nie są nieograniczone. Władimir Putin chce wrócić do starego układu sił, przedjałtańskiego. Wywrócić stolik i podobnie jak Stalin, podzielić strefy wpływów na nowo. Na szczęście tym razem Polska jest po dobrej stronie, od dekad udowadniając, że stanowi jednego z najbardziej zaufanych sojuszników Ameryki. Pod tym względem zamachy z 11 września bardzo nas zbliżyły, razem się na nich uczyliśmy i dzisiaj razem stajemy po stronie wolności.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy