Reklama

Reklama

Piechociński: Liczba osób żyjących w skrajnej biedzie może się nawet potroić

- Władza stworzyła gigantyczne podłoże do poszerzania strefy biedy. W którymś momencie po wejściu 500 plus w skrajnej biedzie żyło poniżej 5 proc. Polaków. W tej chwili mamy odbicie w drugą stronę - mówi Interii były minister gospodarki Janusz Piechociński. Prezes Izby Przemysłowo-Handlowej Polska-Azja podkreśla również, że Polacy muszą być gotowi na to, że inflacja zbliży się do 20 proc. - Co najmniej do końca roku będziemy mieli bardzo wysoką inflację, porównywalną lub dużo wyższą niż obecnie - dodaje były wicepremier.

Magdalena Pernet, Interia: Inflacja za maj wyniosła 13,9 proc. Jakich danych spodziewa się pan za czerwiec?

Janusz Piechociński: - Tylko gorszych. I to dotyczy wszystkich wskaźników gospodarczych. Chodzi między innymi o eksport, którego znaczną część stanowi żywność. Jeśli u naszych głównych partnerów handlowych na czele z Niemcami, dokąd eksportujemy 28-29 proc. produktów, pojawi się spowolnienie gospodarcze, a tam też występuje historycznie wysoka inflacja, to łatwo przewidzieć, że druga połowa tego roku, a zwłaszcza przyszły rok może przynieść istotne tąpnięcie w podstawowych sektorach polskiego przemysłu w zakresie produkcji. 

Reklama

- Poza tym na eksport wpływa wzrost kosztów transportu wynikający z drożejących paliw czy wzrost płac, czyli obciążeń firm transportowych. Można powiedzieć, że cieszymy się z tego, że w sposób istotny w porównaniu z poprzednimi latami rośnie pensja minimalna. To jest bardzo wygodne dla rządu, ale dla mikroprzedsiębiorstw stanowi potężne wyzwanie. To też sprawia, że narasta problem spirali inflacyjnej. A polityka Narodowego Banku Polskiego tego nie hamuje. W ostatnich tygodniach z gołębiego wzorca przeszliśmy do jastrzębiej siły. Ponadto absolutnie nie ma koordynacji między tym, co robi NBP, Rada Polityki Pieniężnej, a tym co robi rząd. To sprawia, że ta polityka staje się nieskuteczna. Ale to nie jest przypadek.

To znaczy?

- Przez ostatnie kilkanaście miesięcy z powodu kalendarzy wyborczych, notowań rządu czy prezydenta, NBP pomagał władzy, jak tylko mógł. Eksperci - łącznie z tymi z zaplecza rządowego, czyli Polskiego Instytutu Ekonomicznego - mówią, że szczyt inflacji się przesuwa, a także, że wydłuża się okres, w którym będziemy mieli do czynienia ze wzrostem cen. Wiemy już, że co najmniej do końca roku będziemy mieli bardzo wysoką inflację, porównywalną lub dużo wyższą niż obecnie. To dlatego rząd nie cofnął tarcz antyinflacyjnych w postaci obniżenia VAT-u i akcyzy, bo wtedy mielibyśmy dwudziestoparo procentowy wzrost cen. To pokazuje, że musimy być gotowi na to, że inflacja zbliży się do 20 proc. Na to pracują paliwa, energia, żywność, a oprócz tego bardzo intensywnie pracuje na to rząd, który nie powstrzymuje się przed znaczącym zwiększaniem obciążeń przedsiębiorczości, bo na tym zarabia. 

- Nie tak dawno ci sami politycy, którzy dzisiaj mówią, że nie stać Polski na podwyżki dla ponad 700 tysięcy nauczycieli czy pracowników oświaty podnieśli pensje sobie. Prezydentowi, premierowi, parlamentarzystom. Nie tak dawno funkcjonariusze CBA dostali waloryzację 17 proc., a budżetówka 4,4 proc. Dla władzy jest waloryzacja na poziomie kilkudziesięciu procent, a dla licznej grupy polskiej oświaty 4,4 proc. Pytanie też jak długo uda się utrzymać dobrą koniunkturę na rynku pracy oraz jak długo mali i średni przedsiębiorcy będą za wszelką cenę walczyć o kontynuowanie działalności. To rząd jest głównym beneficjentem inflacji i nie ma woli politycznej, żeby zredukować tę wielką manipulację na której zarabia władza.

Jakich działań rządu możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

- Może pojawić się zalecenie ze strony rządu, by któraś ze spółek energetycznych w inny sposób naliczała marże, a może się nagle okazać, że ze względu na przygotowania do przyszłorocznych wyborów władza ogłosi jesienią tego roku zamrożenie cen albo stawki rządowe, tak jak w przypadku węgla ogłoszono sztywną cenę 966 złotych za tonę. Teraz wypadałoby zaostrzyć politykę wydatkową państwa, ale to doprowadziłoby do potężnych napięć społecznych.

Czym będzie groziło ewentualne zaproponowanie przez rząd kolejnych programów socjalnych przed wyborami?

- Po pierwsze to już nam grozi. Wystarczy zwrócić uwagę na skalę zadłużenia. Mamy półtora biliona złotych długu. Sytuacja jest poważna, dlatego, że rząd poprzez transfery socjalne, irracjonalne niekoordynowanie polityki pieniężnej doprowadził do poważnych zakłóceń. Jeszcze w lutym ubiegłego roku gigantycznym wyzwaniem dla NBP miała być deflacja. Jacek Sasin, wicepremier odpowiedzialny za gospodarkę, stojący na czele Ministerstwa Aktywów Państwowych twierdził, że na przełomie roku spadniemy znacząco z inflacją. Obiecywana była inflacja na poziomie 6 proc. jest prawie 14 proc., a w sklepach dużo więcej. Ceny żywności w dyskontach skoczyły o 22 proc. To pokazuje pod jaką presją są gospodarstwa domowe, szczególnie te najsłabsze. 

- I za chwilę z tej części polskiego społeczeństwa popłynie powszechny sygnał: "chrońcie, wspierajcie i wprowadzajcie rozwiązania". A przy tej nieopanowanie rosnącej inflacji władza stworzyła gigantyczne podłoże do poszerzania strefy biedy. W którymś momencie po wejściu 500 plus w skrajnej biedzie żyło poniżej 5 proc. Polaków. W tej chwili mamy odbicie w drugą stronę. Za chwilę będziemy mówili o podwojeniu albo potrojeniu liczby osób, którzy żyją w strefie niedostatku.

Jak to uporządkować?

- Problem polega na tym, że nie wiemy, czy otrzymujemy od rządu prawdziwe informacje o polskiej gospodarce. Czy rząd jest gotowy, by powiedzieć, co naprawdę się dzieje, co dzieje się od kuchni. Dlaczego nie podejmuje racjonalnych działań. Dlaczego drukowane są pieniądze, skoro w ostatnich latach istotnie podnieśliśmy obrót bezgotówkowy? Pieniądz w gospodarce nie bierze się z drukarki NBP tylko z ciężkiej pracy, konkurencyjności na rynku, produkcji, eksportu, mądrego zarządzania i włączania hamulców w porę, gdy zaczyna się dziać coś złego. Często dziennikarze zadajecie nam pytania, jak to szybko naprawić. Otóż nie. Żeby naprawić to, co PiS robi przez siedem lat i wrócić do jakiejkolwiek równowagi, trzeba teraz ciężko pracować, podejmować często niepopularne decyzje. Zauważmy też, jak dużo czasu zostało zmarnowanego.

Co w najbliższych miesiącach będzie najdotkliwiej drożało?

- Żywność, ze względu na gwałtowne wzrosty kosztów procesu produkcji na każdym etapie od pola do stołu: koszty transportu, nawozów, środków ochrony roślin - to się wszystko nakłada. Kolejnym powodem jest to, że zeszliśmy do historycznie niskiej, porównywalnej z czasami II wojny światowej, liczby świń. W Polsce jest tylko 9,5 miliona świń. W ciągu roku liczba ta spadła o ponad milion. Na ceny wpłynie też kwestia upraw zbóż. W poprzednim sezonie zbożowym Polska weszła na trzecie miejsce eksporterów zboża z UE, sprzedaliśmy 7,6 miliona ton zbóż. Pierwszym eksporterem w UE była Francja, drugim Niemcy, trzecim my. Teraz we wszystkich tych trzech krajach mamy problemy z wodą, była sucha i zimna wiosna, a teraz pojawił się niesamowity skwar. To przełoży się na ceny właściwie wszystkich produktów.

Co z benzyną?

- Nigdzie nie dowiemy się dzisiaj, ile rzeczywiście na litrze benzyny zarabia Orlen. W odpowiedzi na takie pytanie w jednym z uzasadnień wysokości cen usłyszałem, że dzisiaj w Polsce benzyna nie może być tańsza niż mogłaby być, dlatego, że Ukraińcy by wszystko wykupili. Tyle, że Ukraińcy kupują benzynę hurtowo. Czyli Orlen nie wie, po ile sprzedaje benzynę hurtowo na Ukrainę, do Niemiec i do Czech? Doszliśmy tu już do jakichś absurdów. Kto decyduje o tej cenie? Kto się temu przygląda? Gdzie jest prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który sprawdziłby, czy przypadkiem w tych nadzwyczajnych czasach Orlen albo Lotos nie stosują zbyt wysokiej marży? Diabeł tkwi w szczegółach. Trzeba wejść na ten poziom, a nie opowiadać, że w Polsce mamy najtańszą benzynę w oderwaniu od naszych dochodów. Można też porównywać ceny mieszkań w Warszawie z cenami mieszkań w Berlinie czy Frankfurcie i też powiedzieć, że polska cena jest niższa.

Jak na całość gospodarki wpływa wojna w Ukrainie?

- Polska jest pierwsza w szeregu, gdy chodzi o nakładanie na Rosję sankcji. A w marcu zajęliśmy "zaszczytne", wysokie miejsce w imporcie rosyjskich zasobów. Okazało się, że polskie firmy kapitału państwowego w marcu podkręciły import z kierunku rosyjskiego i byliśmy na czwartym czy piątym miejscu. W ramach sankcji to Polska była organizatorem pomysłu, by wprowadzić sankcje transportowe. A w czasach covidu udział polskich firm spośród wszystkich krajów Unii, jeżeli chodzi o transport drogowy, wzrósł z 25 proc. do 32 proc. W roku 2019 i 2020 dochody budżetowe z transportu wyniosły między 110 a 120 miliardów złotych. Teraz wyobraźmy sobie, że w związku z sankcjami będzie o 30 miliardów mniej. To są rzeczy zależne nie tylko od władzy, ale problem polega na tym, że o tym się w ogóle nie dyskutuje, rząd o tym nie informuje, nie przygotowuje ludzi do czarnych scenariuszy.

- Kolejna sprawa to to, że Polska coraz częściej jest postrzegana przy przedłużającym się konflikcie jako kraj frontowy. W związku z tym trzeba zdawać sobie sprawę z tego, o ilu mniej inwestorów przybędzie do Polski. W tej sytuacji pytanie też ilu polskich przedsiębiorców będzie chciało inwestować. Co więcej i na Ukrainie i na Białorusi i w Rosji zainwestowało kilkuset dużych polskich inwestorów, nie mówiąc o jeszcze większej liczbie mniejszych. Ponadto te kraje stanowiły 5 proc. naszego eksportu. Kto zapewni, że produkty, które nie zostaną tam sprzedane znajdą alternatywnego odbiorcę? Można mówić, że przecież to tylko 5 proc., a mamy jeszcze 95 proc. Tak, ale dla małych i średnich firm, które tam coś eksportowały nie ma takich prostych rozwiązań.

- Okładamy się kijem w kategoriach ideologii, gramy na emocjach wojennych, jesteśmy najbardziej prowojennym w relacjach z Rosja narodem w Europie od razu po Ukraińcach. Z łatwością mówimy, walczyć, nie rozmawiać, nie próbować negocjować itd. Ale nie tylko Putina i Kreml bolą sankcje. Ograniczenia są też bolesne dla polskiej przedsiębiorczości i będą bolesne dla polskiego budżetu. W tym obszarze nie widać merytorycznej dyskusji. Jest pieklenie się na poziomie tego, czy kanclerz Niemiec Olaf Scholz może jechać z nami do prezydenta Wołodymyra Zełenskiego czy nie i dlaczego robi to tak późno. To jest bardzo jednostronne uprawianie polityki, brakuje głębszej refleksji. Należałoby mniej obsmarowywać tych, którzy są z nami w NATO, a zająć się przygotowywaniem na poziomie roboczym skutecznych mechanizmów oddziaływania na to, co dzieje się na wschód od Polski.

A co dzieje się w gospodarce rosyjskiej?

- Po pierwsze od wybuchu wojny z Ukrainą Rosja uzyskała rekordowe dochody z handlu surowcami - 93 miliardy. Zmienia się geografia. Istotnie zaczyna się tam ograniczać dostawy do Europy, ale to jest proces. Już widać wyraźnie, że ten proces nie będzie tak szybki, jak niektórzy politycy czy eksperci przekazują. To będzie dłuższa droga, wyniszczająca dla obydwu stron. Kolejna kwestia to to, że na skalę niespotykaną rozpoczęła się rywalizacja o nowe kierunki dostaw. Wystarczy popatrzeć na relacje Algieria-Hiszpania, gdzie zanosi się na to, że Algieria nie będzie sprzedawać gazu do Hiszpanii, mimo, że Hiszpanie bardzo na to liczyli. Stąd uspokajanie emocji i dialog krajów Zachodu z krajami takimi jak Wenezuela, Iran, Irak, Nigeria. Ale sprowadzanie surowców ze znacznie dalszych kierunków będzie powodowało wzrost emisji spalin. Ludzkości przyjdzie zapłacić za wojnę Putina także w wymiarze eskalacji problemów klimatycznych.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy