Reklama

Reklama

Krzysztof Brejza: Otworzyliśmy wielką szafę, a trupy dopiero zaczęły wypadać

- Tak naprawdę to polskie służby zrobiły ze mnie szpiega obcego wywiadu. Dane z mojego telefonu trafiały na izraelski serwer - mówi Interii senator Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza, który miał być inwigilowany za pomocą oprogramowania Pegasus. - Przecież nie toczyło się i nie toczy żadne postępowanie przeciw mnie, nie byłem nigdy przesłuchany, nawet w charakterze świadka, nie mam żadnych zarzutów - podkreśla Brejza.

Jak informują eksperci z kanadyjskiego Citizen Lab, w szczycie kampanii wyborczej, szef sztabu PO senator Krzysztof Brejza miał być inwigilowany systemem Pegasus. W Interii polityk zdradza m.in., w jaki sposób podsłuchujący zaliczyli wpadkę, jak afera wpłynęła na jego relacje z żoną i co dalej z nielegalnymi podsłuchami. - Trwa sprawdzanie różnych telefonów - ujawnia Brejza.

Jakub Szczepański, Interia: Jesteśmy w Senacie, obaj w maseczkach. A i tak wszyscy na pana patrzą, bo pański telefon zainfekowano Pegasusem. Nie męczy pana ta popularność?

Reklama

Krzysztof Brejza, senator PO: - W polityce zawsze robiłem swoje. Do swojej roli podchodziłem i podchodzę z pokorą. Z cierpliwością realizuję mandat. Zagłosowało na mnie 80 tys. osób. Ci wyborcy mają prawo mieć senatora, który podejmuje interwencje. Przecież tego oczekują od swojego przedstawiciela, który opłacany jest z budżetu i powinien być aktywny. Niezależnie od tego czy to się podoba Jarosławowi Kaczyńskiemu, czy nie.    

Wyborcy płacą panu, ale też pańskim kolegom z partii, którzy podczas komisji finansów z 2017 r. nie dopytali, na co konkretnie mają zostać wydane dodatkowe środki przeznaczone na Fundusz Sprawiedliwości. Później okazało się, że na narzędzie operacyjne CBA służące inwigilacji.

- To efekt automatyzacji posiedzeń Sejmu, skracania trwania komisji, przekazywania informacji posłom w ostatnim momencie. Izba niższa zamieniła się w ekspres do ustaw, który można porównać do ekspresu przygotowującego kawę: Jarosław Kaczyński wciska guzik, a chwilę później oczekuje gotowego produktu.

Faktem jest, że na wspomnianej komisji wiceminister sprawiedliwości Michał Woś nie mówił ani o CBA, ani o Pegasusie. Oszukał posłów?

- Oczywiście, parlamentarzyści z komisji finansów zostali wprowadzeni w błąd. Możemy mówić o kamuflażu, bo w nielegalny sposób (zgodnie z ustawą CBA może być finansowane jedynie z budżetu państwa - red.) dokonano zakupu nielegalnego oprogramowania do szpiegowania opozycji.

Na pewno nie ma mowy o kamuflażu w przypadku wiceminister rozwoju Olgi Semeniuk, która powiedziała publiczne, że jej nie przeszkadzałaby inwigilacja telefonu. Co pan pomyślał, kiedy padły te słowa?

- Pani minister chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Nie ma pojęcia o tym, czym jest kontrola operacyjna.

Dotyczy nie tylko pracy, ale i spraw prywatnych.

- Czułem się średnio, kiedy się o tym wszystkim dowiedziałem. Tak naprawdę to polskie służby zrobiły ze mnie szpiega obcego wywiadu. Dane z mojego telefonu trafiały na izraelski serwer, do NSO, czyli spółki założonej przez pracowników izraelskiego wywiadu wojskowego Aman.

Czego mogli się dowiedzieć?

- Przez pół roku rozmawiałem z rozmaitymi osobami, między innymi z panem. Także z polskimi politykami różnych opcji politycznych, również PiS. Obce służby miały więc dostęp do informacji z serca polskiej demokracji, jakim jest parlament. Doszło tu zatem do kolejnego przestępstwa, narażenia na szwank interesów Polski. Ponadto przecież nie toczyło się i nie toczy żadne postępowanie przeciw mnie, nie byłem nigdy przesłuchany, nawet w charakterze świadka, nie mam żadnych zarzutów. Była to inwigilacja na wielu poziomach nielegalna.

A co panu powiedziała żona, kiedy dowiedziała się, że był pan inwigilowany?

- Od czasu kiedy zobaczyła w rządowej telewizji spreparowane SMS-y z mojego telefonu, miała swoje przeczucia. To przecież były częściowo moje wiadomości sprzed lat. Dorota jest prawnikiem i prowadzi moją sprawę przeciwko TVP. Dlatego, paradoksalnie, poczuła pewną ulgę. Wiedziała, że w sądzie łatwo będzie udowodnić użycie Pegasusa.

Małżonka pojawia się w programach telewizyjnych nagrywanych w Warszawie, pracuje przy pańskich sprawach sądowych. To nie jest trochę tak, że macie dla siebie teraz więcej czasu?

- Jestem jej bardzo wdzięczny, bo walczy o prawdę w tej sprawie. Rzeczywiście, nawet zawodowo, jesteśmy ze sobą częściej.

Co pana skłoniło do tego, żeby oddać do sprawdzenia swój telefon kanadyjskim ekspertom z Citizen Lab?

- Na pewno nagłośnienie sprawy publikacji spreparowanych SMS-ów, oczerniania mnie w telewizji rządowej podczas kampanii wyborczej. Kiedy pojawiły się doniesienia o zainfekowaniu Pegasusem telefonów prokurator Ewy Wrzosek oraz Romana Giertycha zrozumiałem, że to okazja, żeby poznać prawdę w sprawie wycieku moich wiadomości.

Co, poza wykonywaną przez pana pracą, różni pański przypadek od przypadków byłego szefa LPR i niepokornej prokurator?

- U mnie Pegasus zaatakował dwa telefony. Na jednym z nich mam oryginalne SMS-y sprzed siedmiu lat. Fizyczny dowód na to, że nie tylko byłem inwigilowany, ale dla celów propagandowych korzystano z zasobów mojego telefonu. To właśnie te wiadomości były później preparowane przez służby specjalne.

Jeśli pan wie, że ma SMS-y zapisane w telefonie to osoba, która kradnie dane Pegasusem, też o tym wie. Po co coś preparować, skoro prawda i tak wyjdzie na jaw?

- SMS-y z 2014 r. były na moim pierwszym aparacie. W lipcu 2019 r., z początkiem kampanii, na tym numerze skończyła mi się umowa. To był właśnie ten telefon, na którym były zapisane wiadomości tekstowe. Odebrałem wtedy nowe urządzenie. Przeniosłem dane, ale bez SMS-ów. Stare urządzenie i wiadomości zostały w biurze.

I to wystarczyło, żeby podsłuchiwacze zaliczyli wpadkę?

- Ci ludzie musieli być pewni, że nie mam już tych wiadomości. Może myśleli, że sprzedałem albo zutylizowałem stary telefon? W praktyce przecież nie działał, przestał istnieć w sieci. Kiedy po miesiącu zhakowano mój nowy aparat, starych SMS-ów już na nim nie było. Wtedy w TVP zaczęła się akcja oczerniania mnie przy użyciu spreparowanych starych SMS-ów. To było w sierpniu.   

Jak dotąd nikt z PiS nie przyznał, że był pan inwigilowany. Ekspertyza kanadyjskich specjalistów to jedno. Jesteśmy w Europie, a do pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności daleka droga.

- Ekspertyza Citizen Lab przy Uniwersytecie w Toronto ma walor dowodowy. Gdyby istniała niezależna prokuratura, już godzinę po publikacji doniesień o inwigilacji prokurator wystąpiłby z wnioskiem o przekazanie dokumentów. Wszcząłby śledztwo, domagał się informacji o kontroli operacyjnej i poprowadził śledztwo. Obecnie moje zawiadomienie w tej sprawie leżakuje od jakichś stu dni. Postępowanie stało się gorącym kamieniem, którego nikt nie chce się podjąć.

Zjednoczona Prawica broni się przed oskarżeniami o bezprawne użycie Pegasusa. Cały czas słychać o zgodzie, którą miał wydać sąd.

- Sąd nie może się zgodzić na taką kontrolę operacyjną. W obecnym systemie prawnym, z założenia, system Pegasus jest nielegalny. Dlaczego go zakupiono, należy pytać Jarosława Kaczyńskiego czy Zbigniewa Ziobrę. Odpowiedzią mogą być intensywne włamania do mojego telefonu, których dokonano podczas kampanii wyborczej. Skończyły się wraz z wyborami.

Każdy działacz PiS-u panu powie, że sprawa ruszy, kiedy działaniom prokuratury podda się marszałek Tomasz Grodzki oskarżany o korupcję. Nie sądzi pan?

- Nie patrzmy na to tak symetrycznie. Prokuratura skierowała błędny wniosek i przez wiele miesięcy nie chciała go uzupełnić. Dokument cały czas jest procedowany w Senacie. Pamiętajmy też o tym, ile wysiłku PiS włożył w to, aby skruszyć nieliczną, ale pancerną większość senacką.

O ile pamiętam, prokuratura wysłała drugi wniosek. Wicemarszałek Bogdan Borusewicz uznał, że kolejny też jest niewłaściwy i sprawa utkwiła w martwym punkcie.

- Na pewno będzie rozpatrywany przez odpowiednią komisję senacką i prawników izby wyższej. Zdajemy sobie sprawę ze skrajnego upolitycznienia prokuratury, która stała się organem partii politycznej.

Podobno nawet Donald Tusk uważa, że Tomasz Grodzki zasłaniający się immunitetem to obciążenie dla Platformy.

- Nie znam spojrzenia Donalda Tuska na sprawę.

Skoro Pegasusem sprawdzano pana, Romana Giertycha i Ewę Wrzosek, to czy takich osób jest więcej?

- Jestem o tym przekonany. Zarówno w świecie wolnych sędziów, resztek niezależnych prokuratorów, opozycji demokratycznej, ale również wewnątrz PiS. Na pewno hakowano też posłów partii rządzącej, żeby znaleźć na nich kompromitujące materiały. Nie wykluczam, że doniesienia medialne o ludziach, którzy odchodzili od Jarosława Gowina (pojawiły się informacje o szantażu ze względu na orientację seksualną - red.), są prawdziwe. Takie dane pozyskuje się przecież z telefonu komórkowego.

Proponował pan kolegom, żeby sprawdzili swoje aparaty pod kątem użycia szpiegowskiego oprogramowania?

- Namawiam do tego kolegów z opozycji, trwa sprawdzanie różnych telefonów. Wiem, że ujawnione przypadki inwigilacji Pegasusem to tylko urywek większej układanki, całego systemu kontrolowania opozycji przez ludzi Jarosława Kaczyńskiego.

Kto sprawdza swój telefon? Borys Budka, Grzegorz Schetyna?

- Nie chcę rzucać nazwiskami. Jestem pewien, że otworzyliśmy wielką szafę, a trupy dopiero zaczęły wypadać. Przecież dostawcy Pegasusa obiecywali niewykrywalność oprogramowania. PiS był przekonany, że nikt nigdy nie dowie się o podobnej inwigilacji. Nie przewidzieli tylko, że technika idzie do przodu.  

Podliczył pan, ile mogła kosztować inwigilacja pańskiego telefonu?

- Tzw. oko Pegasusa na mój numer z początkiem 505 kosztowało pół miliona złotych. Do tego ludzie na etatach w CBA, którzy zamiast łapać przestępców, poświęcili czas na walkę ze sztabem wyborczym opozycji. To dość smutne, bo inwigilowano mnie nielegalnie za pieniądze z funduszu dla ofiar przestępstw. A teraz, w postępowaniu sprawdzającym prokuratury w sprawie włamania do mojego telefonu sam mam status pokrzywdzonego.     

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne