Reklama

Reklama

"Kpina i katastrofa". Pracownicy uczelni pokazują nam paski z wypłat

- Kpina, katastrofa i brak szacunku - tak o zarobkach w sektorze nauki mówią nam pracownicy uczelni. Młody wykładowca zarabia dziś niewiele więcej niż minimalna krajowa. - Nawet jeśli ta praca jest wielką pasją, to nie wystarczy. Tym się nie najemy - komentuje Błażej Mądrzycki, rzecznik Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP. Związkowcy z "Solidarności" na Uniwersytecie Jagiellońskim piszą wprost: "Jesteśmy zbulwersowani poczynaniami rządu wobec środowiska akademickiego". Pracownicy uczelni wyższych pokazali nam, ile zarabiają.

Zarobki nauczycieli akademickich reguluje Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, znowelizowane w 2018 roku za czasów Jarosława Gowina. Zgodnie z ustawą wysokość miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego w uczelni publicznej dla nauczyciela akademickiego nie może być niższa niż 50 proc. wynagrodzenia profesora, z tym, że dla profesora uczelni wynosi nie mniej niż 83 proc., dla adiunkta - nie mniej niż 73 proc.

Wysokość wynagrodzenia profesora określa minister w rozporządzeniu. Dziś to 6 410 zł brutto.

Co to oznacza? 3205 zł brutto dla nauczyciela akademickiego. Na rękę niewiele ponad 2,5 tys. zł. Do tego można mieć dodatek funkcyjny, stażowy czy zadaniowy. Uczelnia może też po prostu dać więcej niż 50 proc. wynagrodzenia profesora. Znajdą się na uczelniach osoby, które zarabiają znacznie powyżej średniej krajowej. Ale przykładów wypłat nauczycieli akademickich poniżej 3 tys. zł na rękę szukać daleko nie trzeba.

Reklama

- Czasem mam wrażenie, że to jest jakiś smutny żart. Ostatni przelew, jaki dostałam z uczelni, to 2 700 zł z małym hakiem - mówi Interii Katarzyna, zatrudniona na jednej z małopolskich placówek. Ma tytuł magistra, pracuje nad doktoratem, prowadzi ćwiczenia ze studentami. Gorzko dodaje: Niewiele mniej zarabiałam dziesięć lat temu, kiedy na studiach dorabiałam jako kelnerka. Inna wykładowczyni pokazuje nam przelew z banku: 2 681,55 zł. - Proszę do tego doliczyć potrącenie za abonament w prywatnej opiece zdrowotnej i multisporta, ale to nie więcej niż 100 zł - słyszymy.

Nauczyciel akademicki poniżej minimalnej

W styczniu i lipcu wzrosnąć ma minimalna płaca krajowa. Od 1 stycznia sięgnie ona 3490 zł, a od 1 od lipca 3600 zł brutto.

Wynagrodzenie profesora, od którego uzależnione są pensje innych wykładowców uczelnianych, nie zmieniło się od 2018 roku. Jeśli nadal się nie zmieni, nauczyciel akademicki będzie zarabiał mniej niż minimalna krajowa.

Nadzieje środowiska rozbudził minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek, gdy we wrześniowym wywiadzie dla Radia Zet zapowiedział zmiany w rozporządzeniu o wynagrodzeniu minimalnym profesora".

O konkretach jednak ani widu, ani słychu. Pytamy o to resort edukacji. "MEiN jeszcze analizuje skutki finansowe zmiany rozporządzenia i jednocześnie trwają rozmowy z Ministrem Finansów. Zaproponowana nowa kwota minimalnego miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego dla profesora w uczelni publicznej będzie wynikiem analiz i ustaleń z MF w zakresie możliwości budżetowych" - odpowiada nam Adrianna Całus-Polak, rzecznik pasowa MEiN.

Nie tylko wykładowcy

Tymczasem o dramatycznie niskich pensjach alarmują nie tylko wykładowcy akademiccy, ale też inni pracownicy uczelniani.

- To duża grupa: pracownicy administracyjni, osoby pracujące w laboratoriach, bibliotece, czy specjalizujące się w przygotowywaniu wniosków grantowych - wylicza w rozmowie z Interią rzecznik Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki ZNP dr Błażej Mądrzycki. - Oni też pracują na wspólny sukces uczelni, która przecież ma być kuźnią inteligencji - dodaje. Zarobków tej grupy ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym nie reguluje, są wynagradzani w oparciu o powszechne prawo pracy. 

Podwyżki już były ogłaszane. Zapowiedź była szumna, ale - jak podkreślają związkowcy z UJ - nie została spełniona. 

"Jesteśmy zbulwersowani poczynaniami Rządu wobec środowiska akademickiego w związku z niedotrzymaniem deklaracji ogłoszonej publicznie wobec przedstawicieli publicznych uczelni wyższych, w tym także organizacji związkowych, w sprawie trzyetapowej podwyżki płac przewidzianej na lata 2019-2021" - piszą w uchwale członkowie KZ NSZZ "Solidarność" Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

"W 2018 roku zadeklarowano, że w latach 2019-2021 w ramach regulacji płac, pracownicy publicznych szkół wyższych otrzymają łącznie ok. 30 proc. podwyżki, a ostatecznie zatrzymało się to na wzroście zaledwie 13 proc. w ciągu 2 lat (tj. odpowiednio 7 proc. w 2019 i 6 proc. w 2020 roku)" - wyliczają autorzy uchwały.

Rozczarowania nie kryją: "Z przykrością stwierdzamy, że przedstawiciele Rządu, łącznie z Ministerstwem Edukacji i Nauki nie są w żaden sposób zainteresowani wywiązaniem się ze swoich deklaracji, a nawet dialogiem ze Związkami Zawodowymi. Jest to szczególnie bulwersujące w kontekście szalejącej inflacji i szybkiej pauperyzacji pracowników uczelni publicznych" - czytamy w dokumencie.

27 września MEiN opublikowało komunikat o zwiększeniu subwencji dla uczelni z przeznaczeniem na "utrzymanie i rozwój potencjału dydaktycznego oraz badawczego przyznanych na rok 2022". W sumie ponad 150 mln zł na 98 podmiotów. Kwoty są różne w zależności od uczelni, od kilkudziesięciu tysięcy po kilka milionów złotych.

Jak jednak słyszymy w kręgach akademików, w czasie, gdy uczelnie mierzą się z rosnącymi w szaleńczym tempie kosztami utrzymania placówek, to nie wystarczy na godne podwyżki.

Ile zarabia się na uczelniach wyższych?

Tymczasem pracownicy uczelni biednieją. Zwraca na to uwagę prof. Stanisław Mazur, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie (UEK). "Dramatycznie niskie" - tak określa zarobki w sektorze nauki.

- Na polskich uniwersytetach pensja asystenta jest o 180 zł wyższa od płacy minimalnej, a wynagrodzenie profesora jest dwukrotnością płacy minimalnej. Jeszcze kilka lat temu była to 3,5-krotność. Śmieszne pieniądze? To naprawdę najbardziej eufemistyczne określenie na tę sytuację - komentuje w rozmowie z Interią. 

Jak wskazuje, jeśli płaca minimalna zostanie podniesiona do 3600 zł, to przynajmniej kilkuset pracowników UEK-u znajdzie się poniżej tego progu.

Informację o swoich wynagrodzeniach przekazało nam też kilkoro pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego. I tak starszy wykładowca z doktoratem i 25-letnim stażem pracy ma 5 479 zł wynagrodzenia zasadniczego (czyli tzw. podstawy, to kwota brutto bez premii, dodatków, wynagrodzenia za nadgodziny itd.). Bibliotekarz po 35 latach pracy ma 3 470 zł wynagrodzenia zasadniczego, jego młodszy stażem kolega (14 lat w zawodzie) 3 350 zł, kustosz z 19-letnim stażem - 4 220 zł.

Jak z kolei można wyliczyć z danych przedstawionych w porozumieniu w sprawie wynagrodzenia pracowników UJ z grudnia 2021 roku, średnie wynagrodzenie zasadnicze na stanowiskach asystenta, starszego wykładowcy i wykładowcy z tytułem doktora to 4 tys. zł. To samo dotyczy lektorów i instruktorów. Adiunkt z tytułem doktora habilitowanego zarabia średnio 6 tys. zł. Profesor zaś - 8 tys. zł. 

Pracownicy administracyjni (samodzielny referent, starszy referent, referent) zarabiają średnio 4 tys. zł, taka sama średnia wypada dla pracowników naukowo-technicznych i inżynieryjno- technicznych. Pracownicy biblioteczni, dokumentacji i informacji naukowej (w tym kustosz i starszy kustosz biblioteczny, dokumentalista i starszy dokumentalista, bibliotekarz) - 4,3 tys. zł. 

Podwyżki? "W rzeczywistości to obniżka uposażeń"

- Sytuacja płacowa pracowników uczelni jest fatalna. Siła nabywcza pensji osób zatrudnionych w Uniwersytecie Jagiellońskim w ciągu ostatnich kilku lat spadła znacząco. To wynik m.in. niewywiązania się rządu PiS ze zobowiązań dotyczących podwyżek - mówi Interii jeden z pracowników UJ, członek Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" UJ.

Jak wskazuje, ostatnia regulacja z grudnia 2021 r. wyniosła zaledwie 3 proc. i została zrealizowana środkami własnymi UJ, a nie dotacją celową z ministerstwa. Nasz rozmówca zwraca też uwagę na obietnicę ministra Czarnka. - W październiku 2022 roku wedle słów pana ministra mają być przekazane środki na "podwyżki" na poziomie średnio 4,4 proc. Tymczasem wskaźnik inflacji rok do roku wynosi na ten moment już 17,2 proc. To pokazuje, jaka nastąpiła rzeczywista obniżka uposażeń pracowniczych - mówi.

Inny związkowiec z "Solidarności" UJ dodaje: - Problemem jest też, kuriozalnie, gwałtowny wzrost płacy minimalnej, który nie jest wynikiem sytuacji rynkowej, a decyzji politycznej. Gdyby rząd PiS dbał rzeczywiście o wszystkich pracowników w Polsce jak deklaruje, to wzrost minimalnej krajowej byłyby powiązany z równoległym wzrostem każdej pensji w budżetówce o coroczny wskaźnik inflacji - a tak nie jest.

Zwraca uwagę na radykalne spłaszczenie siatki płac. - W konsekwencji pojawiają się napięcia w środowisku akademickim. Dam przykład. W przyszłym roku po planowanej podwyżce płacy minimalnej - z całym szacunkiem dla wykonywanej pracy - pani sprzątająca będzie zarabiała niemal tyle, co młody wykładowca, którego nominalna pensja stoi praktycznie w miejscu - obrazuje. I pyta: "Dokąd my zmierzamy? Czyżbyśmy wracali do hierarchii płacowej rodem z PRL-u?".

Biedny jak naukowiec w Polsce

Konsekwencje - jak słyszymy - są szerokie.

- Po pierwsze, to pracownicy sektora nauki mają poczucie utraty pewnego społecznego statutu. Nieraz zarabiają mniej niż studenci, których uczą. Po drugie, chodzi o codzienne funkcjonowanie: za co opłacić przedszkole, skąd wziąć na rachunki, ratę kredytu. To są dzisiejsze pytania naukowców w Polsce - mówi Mazur.  

Efekt jest taki, że wiele osób - tak jak w przypadku nauczycieli szkolnych - po prostu zmienia pracę.

- Minister Jarosław Gowin mówił, że szkolnictwo wyższe to polska racja stanu, że nauka ma niezwykle ważne znaczenie. Dziś okazuje się, że większość rządząca wcale tak nie myśli - komentuje Błażej Mądrzycki. I mówi: - Państwo nie jest dobrym pracodawcą.

- Dochodzą do nas informacje, że jest coraz mniej chętnych, by jako doktorant zostać i pracować na uczelni. Szkoły wyższe proponują dziś pensje głodowe. Nawet jeśli ta praca jest wielką pasją, to nie wystarczy. Tym się nie najemy - dodaje.

O "znaczącym" odpływie pracowników z uczelni mówi też rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

- Najczęściej to dramatyczne wybory, kiedy kogoś po prostu nie stać na kolejną ratę kredytu. Cześć osób już zapowiada, że odejdzie, jeśli w kolejnych miesiącach nic się nie zmieni. Kiedy ogłaszamy konkursy na nowych pracowników naukowych, to bardzo często kiedy ci wybrani przez nas świetnie zapowiadający się młodzi ludzie, którym oferujemy pracę, widzą proponowane wynagrodzenie, mówią jasno: pasja to jedno, ale ja nie utrzymam ani siebie, ani rodziny - wskazuje prof. Mazur.

Justyna Kaczmarczyk

Chcesz porozmawiać? Napisz: justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl

Czytaj też: Złożyli wniosek, pieniędzy nie zobaczą. Dodatek węglowy i elektryczny nie dla wszystkich

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy