Granica z kontrolami. Czy życie na pograniczu się zmieniło?
- Czekam, aż granice znów będą takie, jakie były gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i strefy Schengen - mówi Interii lekarz pracujący po obu stronach Odry. Minęły dwa miesiące, od kiedy polskie służby wprowadziły kontrole na granicy z Niemcami. Sprawdzamy, jak dziś wygląda tam sytuacja.

- Mamy świadomość, jak ważne jest, aby te kontrole były przeprowadzone sprawnie i bezproblemowo. Chodzi nam nie tylko o skuteczność operacyjną, ale też o to, by nie utrudnić życia mieszkańcom i podróżnym - zapowiadał przy okazji wprowadzenia kontroli na granicy z zachodnim sąsiadem ówczesny minister spraw wewnętrznych i administracji, Tomasz Siemoniak. Udało się?
Granica i kontrole. "Przestój się skończył"
Przez kilkanaście lat - od czasu wejścia Polski do Strefy Schengen - takie miejsca jak dawne przejścia graniczne w Rosówku, Lubieszynie, Warniku czy Dobieszczynie w województwie zachodniopomorskim wyglądały na bardzo spokojne. Można było zobaczyć jedynie przez nikogo nie niepokojonych rowerzystów i kierowców mijających tabliczki z nazwami sąsiadujących państw. Dużo zaczęło się zmieniać jesienią 2023 roku, kiedy selektywne kontrole na granicy z Polską - w obawie przed niekontrolowaną migracją - wprowadzili Niemcy.
Wiosną 2025 roku nowy minister spraw wewnętrznych niemieckiego rządu zapowiedział "intensyfikację kontroli", a niedługo później - w lipcu - polski premier zapowiedział, że aby wjechać do Polski trzeba będzie zatrzymać się na dawnych przejściach granicznych, pokazać dokumenty i otworzyć bagażnik.
- Byliśmy obrońcami Schengen i pozostaniemy rzecznikami tego, aby ruch w Europie był bez granic i bez ograniczeń, ale musi być wola wszystkich sąsiadów taka sama, symetryczna. Dlatego czasowe przywrócenie kontroli na granicy polsko-niemieckiej uznajemy za konieczne - ogłaszał Donald Tusk.
Decyzję o polskich kontrolach na granicy z Niemcami wielu na Pomorzu Zachodnim przyjęło z niepokojem. Szczególnie ci, którzy pracują po obu stronach Odry.
- Byłem dość sceptyczny. Wydawało mi się, że jeżeli kontrole się rozpoczną po obu stronach granicy to będzie dość duży problem - przyznaje Radosław Popiela. To Polak mieszkający w niemieckiej miejscowości Rosow, oddalonej od przejścia granicznego o zaledwie cztery kilometry, i prowadzący biznes po obu stronach granicy. Od lat działa w branży nieruchomości. Sprzedaje, głównie Polakom, domy i mieszkania po drugiej stronie granicy. Mówi, że obawiał się, jak wzajemne sprawdzanie dokumentów wpłynie na jego codzienne funkcjonowanie, ale po dwóch miesiącach na pytanie, czy głosy o "końcu Strefy Schengen", które dało się na pograniczu usłyszeć w lipcu, były przedwczesne, odpowiada: "chyba tak".
Dwa miesiące kontroli to wystarczający czas, aby do nowej rzeczywistości się przyzwyczaić. - Rynek dalej jest pełny i dalej jest pełno przyjezdnych osób z Niemiec - mówi pani Alicja prowadząca sklep na targowisku w Lubieszynie. To zaledwie dwa kilometry od granicy z Niemcami. Można tu kupić owoce, warzywa i słodycze albo zjeść fast-foodowe danie.
Aut z niemieckimi tablicami rejestracyjnymi jest zdecydowanie więcej niż tych z polskimi. - Przez pierwsze dni po wprowadzeniu kontroli faktycznie było mniej klientów z Niemiec, ale jak zobaczyli, że kontrole idą dość gładko to przestój się skończył - wspomina sprzedawczyni.
Negatywne skutki kontroli. Czy przedsiębiorcy są zagrożeni?
O biznesie w szerszej skali niż jedynie na targowisku w Lubieszynie mówi w rozmowie z Interią Hanna Mojsiuk, prezeska Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. PIG zrzesza lokalne firmy - w tym te prowadzące biznes i po niemieckiej i po polskiej stronie.
- Kontrole są zauważalne dla przedsiębiorców, ale nie generują zatorów blokujących przedsiębiorczość. Są prowadzone w taki sposób, aby nie paraliżować tranzytu i możliwie mocno niwelować negatywne konsekwencje dla transportu, spedycji, logistyki, handlu, usług i turystyki. Do incydentalnych sytuacji należą chwile, gdy kontrole są uciążliwe. Tak było w ostatnich dniach wakacji i bywa w niedzielne popołudnia, gdy ruch na granicy jest większy - komentuje Mojsiuk.
Widzi jednak większe ryzyko niż konieczność stania w kolejce do sprawdzenia dokumentów. - Jest w nas obawa, że dla inwestorów tereny pogranicza przestaną być interesujące, gdy okaże się, że swobodny transport produktów i usług jest już mniej swobodny. Rozmawiamy o pewnej sytuacji psychologicznej, która dla inwestorów ma znaczenie. Kontrole na granicy mogą więc sprawiać, że wartość naszej zachodniopomorskiej "renty geograficznej" staje się mniejsza - mówi prezeska Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.
Polacy podzieleni. Jakie nastroje towarzyszą kontrolom?
We wschodnich Niemczech pracuje wielu polskich lekarzy. Wśród nich ginekolog, Marek Kaczmarczyk. Na co dzień mieszka i przyjmuje pacjentki w Szczecinie, ale ma także gabinet w Schwedt nad Odrą. To niespełna 30-tysięczne miasto w niemieckiej Brandenburgii. Dzieli je nieco ponad 50 kilometrów od stolicy województwa zachodniopomorskiego.
- Dla mnie zmienił się czas pracy. Do tego normalnego muszę doliczyć 20 minut dojazdu do pracy i z pracy, bo tyle mogą trwać kontrole na granicy. Dzisiaj to duży minus bycia pracownikiem transgranicznym. Czekam, aż granice znów będą takie, jakie były gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i strefy Schengen. Do takiej wspólnoty chciałem wejść, a nie do takiej, w której żołnierze z długą bronią czekają na mnie na granicy - mówi doktor Kaczmarczyk.
Radosław Popiela jest bardziej pobłażliwy. - Początkowy chaos doskwierał. Mieliśmy kontrole i po polskiej stronie i niemieckiej, a dodatkowo mieliśmy ten nieszczęsny ruch obrony granic. Było sporo nerwowości. Ale teraz? Polskie kontrole są, ale niemieckie zelżały. Mam wrażenie, że nasi sąsiedzi ucieszyli się, że Polska wprowadziła kontrole i teraz na większości mniejszych przejść granicznych niemieckich kontroli jest dużo mniej. To dla mnie duże zaskoczenie związane z tą całą sytuacją. A jeśli chodzi o polskie sprawdzanie aut: widzę, że funkcjonariusze starają się, aby to było jak najmniej dotkliwe: szybkie, konkretne, bez nadmiernej uciążliwości, a czasem nawet miłe. Mam tu na myśli małe przejścia graniczne, takie jak to w Rosówku. Na pewno na dużych, jak w Kołbaskowie, jest to o wiele bardziej wymagające dla kierowców i pasażerów - tłumaczy przedsiębiorca pracujący na polsko-niemieckim pograniczu.
Biznes po obu stronach granicy to także niemieckie wizyty w polskich supermarketach i polskie wizyty w niemieckich ogrodach zoologicznych. Do wyjazdu do jednego z nich pani Eweliny ze Szczecina i jej rodziny nie zniechęciły wprowadzone latem kontrole.
- Pojechaliśmy w sierpniu do zoo w Eberswalde. W Szczecinie takiego miejsca nie ma, a polskie ogrody zoologiczne są położone dalej od naszego domu niż te w Eberswalde czy Ueckermunde. Mamy dwoje małych dzieci i odległość miała dla nas znaczenie. Kontrole? Trwały może minutę w kierunku Niemiec. W drodze powrotnej w ogóle funkcjonariusze nas nie zatrzymali. Trzeba było tylko pamiętać, aby zabrać ze sobą dowody osobiste całej rodziny - relacjonuje szczecinianka.
Aktualne rozporządzenie MSWiA zakłada, że polskie kontrole na granicy z Niemcami będą trwały co najmniej do 4 października. - Nikt nie spodziewa się, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zdecyduje o ich zniesieniu. Bardziej spodziewana jest kontynuacja - przewiduje Hanna Mojsiuk.
Tobiasz Madejski










