Reklama

Reklama

Ekspert: Rosja może dokonać sabotażu europejskich sieci energetycznych

Putin zmienia zdanie, po presji ze strony Ukrainy /Sergei BOBYLYOV / SPUTNIK /AFP

- Niestety Rosja jest zdolna do uderzenia w unijną infrastrukturę. Już raz to przecież zrobiła w Czechach, gdzie komórka GRU dokonała ataku na składy amunicji. Co ją powstrzyma przed analogicznymi krokami w przypadku energetyki? Gdyby Kreml zdecydował się na ten wariant, zapewne zacząłby od infrastruktury przesyłowej, bo ją najłatwiej uszkodzić. Skala potencjalnych miejsc sabotażu jest na tyle duża, że trudno pokryć ją jakimś zorganizowanym systemem prewencji - mówi w rozmowie z Interią Jakub Wiech. Ekspert ostrzega również przed możliwością blackoutu w Polsce.

Marcin Makowski, Interia: Zacznijmy od czarnych scenariuszy. Piszesz, że Rosja może w najbliższych miesiącach postawić wszystko na kartę energetycznego szantażu - łącznie z próbą destabilizacji unijnej infrastruktury energetycznej. Szykuje nam się powtórka z powieści Marca Elsberga "Blackout"?

Jakub Wiech, zastępca redaktora naczelnego Energetyka24.com: - Zacznijmy od tego, że Rosja znajduje się w sytuacji, na którą nie była przygotowana. Putin popełnił błąd Mikołaja II z 1904 r., spodziewając się szybkiej wojenki, która umożliwi dalszy rozwój imperium. Tymczasem - tak jak wtedy od Japonii - dzisiaj dostają srogi łomot od Ukrainy. Dodatkowo Rosja jest coraz bardziej marginalizowana na arenie międzynarodowej. Ponieważ nie wie, jak się w tej rzeczywistości odnaleźć, sięga po sprawdzone metody z przeszłości, czyli szantaż energetyczny wobec Europy. Celem jest oczywiście zmuszenie do uruchomienia gazociągu Nord Stream 2 oraz zniesienia sankcji na rosyjską ropę. Jeśli to się nie uda...

Reklama

Zaczyna się robić poważnie.

- Niestety Rosja jest zdolna do uderzenia w unijną infrastrukturę. Już raz to przecież zrobiła w Czechach w 2014 r., gdzie komórka GRU dokonała ataku na składy amunicji. Co ją powstrzyma przed analogicznymi krokami w przypadku energetyki? Gdyby Kreml zdecydował się na ten wariant, zapewne zacząłby od infrastruktury przesyłowej, bo ją najłatwiej uszkodzić. W drugiej kolejności jest infrastruktura odbiorcza - terminale, gazociągi. Wszystko po to, aby uszczuplić możliwości odbioru surowców spora Rosji, zmuszając Europę do negocjacji.

Czy możemy się przed tym bronić? Zwiększyć ochronę kluczowych punktów przesyłowych?

- Skala potencjalnych miejsc sabotażu jest na tyle duża, że trudno pokryć ją jakimś zorganizowanym systemem prewencji. To wyzwanie dla służb unijnych oraz amerykańskich, które mogą nam służyć pewnym wsparciem, ale także odpowiedzialność po stronie obywateli. Musimy być w nadchodzących miesiącach czujni, bo duża część krytycznej infrastruktury energetycznej to obiekty, które mijamy codziennie - często nie zdając sobie sprawy z jej znaczenia. Powinniśmy zacząć uważnie obserwować, czy wokół np. stacji rozdzielczych albo linii przesyłowych nie dzieje się coś podejrzanego. Czy ktoś nie próbuje wokół nich manipulować. W ten sposób możemy być pierwszym cywilnym bezpiecznikiem na wypadek ewentualnego wrogiego działania.

To przypomina plakaty z II wojny światowej i nawoływania z zimnej wojny do "czujności wobec dywersantów".

- Słusznie, bo de facto jesteśmy w stanie wojny z Rosją. Jeśli chodzi o Unię - wojny gospodarczej - ale jednak. Jeśli to sobie uświadomimy, musimy zareagować adekwatnie, a jedną z tych reakcji jest nadzwyczajny nadzór obywatelski. Nie namawiam do wpadania w panikę, tego po prostu wymaga od nas zmieniająca się rzeczywistość.

Wymaga również wysyłania przez MSWiA do magazynów Straży Pożarnej tabletek z jodkiem potasu na wypadek skażenia radioaktywnego?

- Oczywiście. To normalne przygotowywania na mało prawdopodobną, ale jednak realną sytuację, w której może dojść do skarżenia radioaktywnego na terytorium Polski. Warto jeszcze raz podkreślić, prawdopodobieństwo, że te tabletki trzeba będzie wykorzystać jest bardzo niskie, dobrze jednak, że mamy takie zabezpieczenie.

Rozumiem, że to zabezpieczenie dotyczy ewentualnej destabilizacji elektrowni jądrowej w Zaporożu?

- To jeden z wariantów. Oczywiście nie mówimy o eksplozji jądrowej po ostrzale elektrowni - fizyka tak nie działa, ale w skrajnej sytuacji mogłoby dojść do czegoś zbliżonego do Fukushimy. W Japonii po silnym tsunami awarii uległ system chłodzenia, który pociągnął za sobą zaburzenia w pracy reaktorów. Nawet gdyby Rosjanie uszkodzili część elektrowni zaporoskiej, ewentualne skażenie byłoby najprawdopodobniej lokalne - od kilku do kilkunastu km wokół reaktorów. Tak też było w Fukushimie, gdzie z przyczyn radiologicznych zmarła tylko jedna osoba. Jeśli chodzi o życie ludzkie, była to katastrofa o małej skali, natomiast utrzymujące się do tej pory skażenie dotyczy jedynie 5 proc. terytorium, które początkowo objęte było kwarantanną. Naprawdę nie wiem co musiałoby się stać, abyśmy ponownie obserwowali czarnobylską chmurę radioaktywną nad Europą. Dzieje się tak dlatego, że technologicznie - również na Ukrainie - wyciągnięto wnioski z tych katastrof.

Jak w ogóle wygląda praca tak skomplikowanego organizmu w realiach wojennych, a nawet frontowych?

- To dla całego świata nowa rzeczywistość, w której strategiczny obiekt energetyczny staje się elementem działań zbrojnych. Najpierw przejmuje się elektrownie, wysyła wojska do stacjonowania na jej terytorium, później próbuje się przełączyć jej system przesyłania energii na Krym, ale sieci zostają uszkodzone. W międzyczasie Ukraina włącza ją do swojego systemu, ale przeciąganie liny trwa. Można powiedzieć, że to wojna postindustrialna, w której moce wytwórcze przechodzą z rąk do rąk, od systemu do systemu - będąc objęte poważnymi działaniami zbrojnymi. Paradoksalnie jest to dowód na bezpieczeństwo energetyki jądrowej. Nawet w tak trudnych warunkach działa i nie stwarza bezpośredniego zagrożenia życia czy zdrowia.

Z atomu ukraińskiego przejdźmy do naszych możliwości w tym zakresie. W poniedziałek amerykańska firma Westinghouse Electric podpisała z 22 polskimi firmami dodatkowe porozumienia zmierzające do budowy pierwszego komercyjnego reaktora jądrowego nad Wisłą. Klamka zapadła, czy Francuzi i Koreańczycy są nadal w grze?

- Polska otrzymała już komplet ofert, jeżeli chodzi o krajowy projekt jądrowy, teraz przystępuje do ich oceny i wyboru najlepszego dostawcy technologii. Tak jak zauważyłeś, na stole są trzy kierunki - USA, Francja i Korea Południowa. Amerykanie swoją ofertę złożyli jako ostatni, dając 30 dni na podjęcie decyzji. To jest zbieżne z terminarzem polskiego rządu - minister Anna Moskwa zapowiedziała, że w październiku już wszystko powinno być wiadome. Pewnym atutem propozycji Waszyngtonu jest kontekst geopolityczny inwestycji, zaangażowanie polskich podmiotów do budowy elektrowni oraz utworzenie centrum inżynieryjno-eksportowego, obsługujące projekty Westinghouse w regionie.

Guru rynków radzi: Tuńczyk w puszce pewną inwestycją, bo zabraknie nam żywności

Czym w takim razie próbują się wyróżnić konkurenci?

- Zarówno Francja jak i Korea to państwa, które posiadają nie tylko know-how, ale również prężnie działający przemysł jądrowy. Amerykanie swoje zakłady jądrowe w dużej mierze zwinęli, Korea dostarcza do projektów USA komponenty, np. obudowy reaktorów. Na korzyść Korei przemawia również doświadczenie przeprowadzonej z sukcesem inwestycji w kraju, który nie miał wcześniej własnej elektrowni. Mowa o Zjednoczonych Emiratach arabskich. Zrobiono to w zasadzie na czas i w założonym wcześniej budżecie, a to duży sukces. Seul gwarantuje również przeprowadzenie offsetu w postaci transferu technologii 4.0 - półprzewodników, elektromobilności, etc.

- Oczywiście tutaj również pojawiają się wątki geopolityczne. Francuzi kuszą, że dzięki naszej współpracy będą w stanie załatwić pewne sprawy na gruncie Unii Europejskiej. Przyspieszyć realizację projektu, poprawić pozycję negocjacyjną Polski. Z drugiej strony, jeśli wybierzemy USA, Paryż może nam sypać piach w tryby, zwłaszcza te finansowe, które muszą zostać zaakceptowane przez Komisję Europejską. Wracając jeszcze do Korei Południowej - warto przy tej okazji zastanowić się, czy chcemy budować elektrownie z państwem, które współpracuje z Rosjanami przy budowie reaktorów w Egipcie. Co prawda to Bliski Wschód, ale zawsze.

Zakładając, że do października wybieramy dostawcę technologii, jak wygląda realistyczny horyzont czasowy uruchomienia pierwszego bloku jądrowego nad Wisłą?

- Wszyscy oferenci mówią, że podawany w mediach rok 2033 jest napięty, ale realny. Patrząc, na faktyczne możliwości konstrukcyjne, umyka nam jednak wiele czynników, które mogą wszystko opóźnić.

Jakich?

- Dostępność rąk do prac budowalnych. Mam wrażenie, że wielu polityków nie zdaje sobie sprawy, jak wielkim przedsięwzięciem budowlanym jest taka elektrownia. Jeżeli założymy, że w podobnym okresie dojdzie do odbudowy Ukrainy, realizacji projektów jądrowych w Czechach i na Słowacji - możemy natrafić na poważny problem z mocami przerobowymi. To wszystko skłania mnie do stwierdzenia, że nie zdążymy wcześniej niż do roku 2035.

A może nie zdążymy w ogóle? Ostatnio pojawiło się sporo spekulacji na temat niejasnej postawy Berlina wobec energetyki jądrowej w Polsce. Czy Niemcy są w stanie zatrzymać nasz projekt i w ogóle dlaczego mieliby to robić?

- Myślę, że to nie jest już realne zagrożenie. Niemcy mają własne problemy energetyczne, a ich wizja budowy Europy na tanich surowcach z Rosji skompromitowała się na naszych oczach. Dlaczego wcześniej próbowali blokować rozwój atomu w Europie Środkowo-Wschodniej? Właśnie z tego powodu, że oparli swój model rozwoju energetycznego na eksporcie gazu ziemnego i nie chcieli wobec niego konkurencji. Widać, gdzie to nas wszystkich zaprowadziło.

Zanim zobaczymy polski atom, czymś trzeba będzie ogrzać domy i mieszkania w nadchodzącą zimę. Czy twoim zdaniem zabraknie ciepła w domach, a może projektujemy ten strach nad wyrost?

- Nie obawiam się zanadto o zaopatrzenie w gaz czy węgiel - na tych odcinkach zaopatrzenie jest stosunkowo dobre. To, co faktycznie może być ogromnym problemem to awaria polskiego systemu elektroenergetycznego, który jest stary i w ciągu ostatnich dwóch lat miał poważne potknięcia. W roku 2020 w ciągu jednego dnia wypadły nam z systemu cztery gigawaty mocy. Wiązało się to z zalaniem przez ulewne deszcze elektrowni Bełchatów oraz awarii kilku innych bloków węglowych. W 2021 wypadła nam na chwilę prawie cała elektrownia Bełchatów. Wszystko dlatego, że popsuła się jedna stacja rozdzielcza wyprowadzająca moc na zewnątrz. Tydzień później zaczął się palić taśmociąg - również w Bełchatowie. W konsekwencji największy blok elektrowni wypadł z systemu. Przecież 3 grudnia 2021 nasz operator musiał prosić operatorów z innych państw o pomoc mocową, bo nie byliśmy w stanie samodzielnie skompletować rezerwy. Polski system elektroenergetyczny jest stary, awaryjny i brakuje mu mocy skompletowanej - to będzie się tylko pogłębiać. Jeśli tej zimy powtórzą się wypadki seryjnych awarii oraz nastąpią spadki mocy z energii odnawialnych, obawiam się, że pomoc ze strony innych operatorów może nie nadejść. A wtedy - w krytycznej sytuacji - będziemy mieć do czynienia z blackoutem.

Zimne kaloryfery, świeczki w domach, szpitale na agregatach?

- Rozległa awaria całego systemu przesyłu energii lub jego istotnej części może wywołać właśnie taki efekt. Istnieje realne ryzyko, że wtedy duża część Polski zostanie bez prądu. 

Rozmawiał Marcin Makowski.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy