Reklama

Reklama

Polityka dwóch wrogów

Wojna na Ukrainie potrwa długo. Jest to bowiem w rzeczywistości trzecia wojna światowa, wojna o panowanie nad globalizacją. Militarny front tej wojny jest na razie jeden i bardzo konkretny (choć i tak przebiega niebezpiecznie blisko naszych granic). Jednak wojna gospodarcza, informacyjna i dezinformacyjna, wojna mająca na celu ekonomiczną, polityczną i społeczną destabilizację przeciwnika - toczy się od Waszyngtonu po Moskwę, od Berlina, Paryża i Rzymu po Teheran i Pekin. Polska już jest krajem frontowym tej wojny, tak jak wciąż jesteśmy jeszcze "zaledwie" krajem przyfrontowym wojny czysto militarnej.

Ostatnie tygodnie w polskiej polityce upłynęły na wzajemnym oskarżaniu się o bycie agenturą i zdradę. Nie jestem "symetrystą" (czyli hipokrytą udającym bezstronność). Nie jestem entuzjastą Kaczyńskiego, Ziobry, Morawieckiego, Sasina... Ale nie znaczy to, że uważam ich za agentów czy zdrajców. Uważam ich za ludzi prowadzących błędną politykę. Błędną, czyli - bez względu na ich suwerennościowe intencje - zwiększającą zagrożenia dla polskiej suwerenności i dla samego przetrwania polskiego państwa.

Zachęcałbym zwolenników PiS, aby podobnie myśleli o Tusku, Trzaskowskim, Hołowni czy Kosiniaku-Kamyszu. Zarzucanie politycznym oponentom raczej błędów niż zdrady nie wygasi konfliktu, ale może uczynić go bardziej cywilizowanym. Może go uczynić konfliktem właśnie politycznym, a nie zimną wojną domową, która jest największym zagrożeniem dla narodu i państwa w momencie, kiedy blisko naszych granic trwa wojna gorąca.

Reklama

Dlaczego jednak uważam politykę Kaczyńskiego, Ziobry, Morawieckiego, Sasina... za błędną? Przede wszystkim dlatego, że jest to powtórzenie znanej z polskiej historii "polityki dwóch wrogów". W 1939 była to polityka antyniemiecka i antyrosyjska zarazem, której towarzyszyła mocarstwowa propaganda "absolutnej suwerenności" ukrywająca narastającą geopolityczną samotność Drugiej Rzeczypospolitej. 

"Dwaj wrogowie" formacji rządzącej Polską dzisiaj, to z jednej strony Rosja Putina, z drugiej strony Unia Europejska (czyli w języku wewnętrznym tego obozu "Pax Germanica" albo po prostu "dyktat Berlina").

W 1939 roku "polityka dwóch wrogów" i narastającej samotności, opakowana w pseudomocarstwową propagandą na użytek wewnętrzny, skończyła się tym, że po siedmiu dniach wojny żołnierze Hitlera stali pod Warszawą, a sam Fuehrer patrzył na polską stolicę przez wojskową lornetkę, wskazując cele do bombardowań i artyleryjskiego ostrzału. Po następnych dziesięciu dniach Stalin wkroczył od wschodu, władze opuściły kraj i Polski już praktycznie nie było. 

Państwo, które potrafi przetrwać tylko dni realnej wojny nie jest oczywiście mocarstwem. Nawet jeśli ma na swoim koncie heroiczną budowę Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, a nie jedynie "symboliczny" (to słowo pana prezydenta) przekop dla żaglówek, i tak może przeżyć wyłącznie budując i umacniając sojusze. Nie tylko militarne, także polityczne i ekonomiczne. Ostatni minister spraw zagranicznych II RP Józef Beck świetnie o tym wiedział, wygłaszając swoje tragiczne, choć wciąż pokryte propagandowym lukrem "mocarstwowości" przemówienie w Sejmie. Na usprawiedliwienie tamtych przywódców Rzeczpospolitej trzeba jednak powiedzieć, że "polityka dwóch wrogów" była wówczas fatalizmem, a nie wyborem Polski. Z jednej strony mieliśmy bowiem Stalina, a z drugiej Hitlera. Nie my ich wybraliśmy. Jako kraj średniej wielkości, leżący w najgorszym możliwym miejscu geostrategicznym i geopolitycznym, byliśmy zakładnikami wyborów dokonywanych przez dwa sąsiadujące z nami i przez większą część naszej historii silniejsze od nas narody.

Dziś nie ma fatalizmu, dzisiaj mamy wybór. Bruksela może mieć mądrzejszych lub głupszych urzędników, mądrzejsi lub głupsi politycy mogą rządzić w Berlinie. Żaden z nich nie jest jednak Hitlerem, żaden nawet nie zbliża się do standardów Putina pokazanych w Buczy. W tej sytuacji twierdzenie Zdzisława Krasnodębskiego (jednego z najbliższych doradców Jarosława Kaczyńskiego w kwestiach europejskich), że Unia i Niemcy to dzisiaj większe zagrożenie dla polskiej suwerenności niż putinowska Rosja (przed jej atomówkami obronimy się zadatkowanymi przez ministra Błaszczaka Abramsami, podczas gdy Bruksela rozkłada nas od środka), powtarzane w twardszych i miększych wersjach przez innych liderów i polityków obozu rządzącego dziś Polską, jest co najmniej niemądre. 

Dziś mamy bowiem wybór. I moim zdaniem obóz rządzący Polską, bez względu na swoje intencje, wybiera źle. 

W dodatku "polityka dwóch wrogów" w wersji Kaczyńskiego i Ziobry, to nie jest obrona polskiej suwerenności. Polacy stali się zakładnikami tej polityki, mają np. zrezygnować z unijnych pieniędzy, mają dryfować na margines Unii, tracąc po drodze kolejne gwarancje dostępu do wspólnego europejskiego rynku towarów i usług, wyłącznie po to, aby Kaczyński i Ziobro mogli dalej niszczyć polskie sądy, łamać polskie prawo i polską konstytucję. Po blisko siedmiu latach takiego niszczenia, sędziów mamy gorszych nie lepszych, na wyroki i orzeczenia czeka się dłużej nie krócej. Prawo i jego wykładnia są bardziej, a nie mniej chaotyczne, co utrudnia prowadzenie biznesu czy życie po prostu.

Ale powtarzam, to wszystko jest różnica polityczna, a nie podział na patriotów i agentów czy zdrajców. Język "patriotów" i "zdrajców" niszczy resztki wspólnoty narodowej, politycznej, społecznej, o ile taka wspólnota w ogóle w Polsce zdążyła zaistnieć.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy