Euroestabliszment nie lubi się dzielić. Zwłaszcza władzą

Rafał Woś

Rafał Woś

emptyLike
Lubię to
Lubię to
like
0
Super
relevant
0
Hahaha
haha
0
Szok
shock
0
Smutny
sad
0
Zły
angry
0
Lubię to
like
Super
relevant
1 tys.
Udostępnij

Manfred Weber wie lepiej - nawet od polskich wyborców - kto powinien sprawować demokratyczne rządy nad Wisłą. Ale czas tak myślących euroelit szybko się kończy.

Manfred Weber
Manfred WeberDamir SENCAR / AFPAFP

Oczywiście, że Bawarczyk nie jest jedyny. Jeden z portali nazwał ich - boleśnie uszczypliwie - "grupą Webera". Zaliczył do niej tych europejskich polityków (głównie europosłów), którzy w ciągu minionych ośmiu lat najgłośniej domagali się dania wreszcie nauczki krnąbrnej PiSowskiej Polsce. Wśród tych umownych "Weberowców" wymienić można takie postaci jak niemiecka socjaldemokratka Katarina Barley - to ta, która powiedziała kiedyś w niemieckim radio, że nieposłuszne kraje Unii trzeba "zagłodzić" finansowo. Także hiszpański europoseł Esteban Gonzalez Pons czy greczynka Eva Kalli mają na koncie wystąpienia łamiące ręce nad polskim "autorytaryzmem". No i jeszcze wieloletni wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Holender Frans Timmermans, który w poprzedniej kadencji KE zarzucał Warszawie "brak praworządności".

Dlaczego to robią? Powody są dwa. Jeden płytszy, a drugi głębszy. Ten pierwszy to chęć zdobycia łatwego poklasku. Oburzanie się jest dziś w modzie. I cóż łatwiejszego niż wygłosić płomienne wezwanie do przyłożenia w "prawicową" Polskę, która "depcze rządy prawa", "prześladuje mniejszości" i "dryfuje w stronę autorytaryzmu".

Poziom tych oburzeń bazuje jednak zazwyczaj na braku elementarnej wiedzy na temat omawianego zagadnienia oraz na ideologicznie motywowanych uproszczeniach. Coś tam usłyszeli, coś przeczytali, z kimś tam porozmawiali, dodali dwa do dwóch i wyszło im 15. Ale tego się trzymają. A na wszelka próbę reagują agresją i strzelistymi aktami o tym, że "z populistami się nie rozmawia".  Jednak do lansu na "ostatniego sprawiedliwego" i "obrońcę demokracji" w zupełności wystarczy.

Ale jest i drugi powód. Bardziej fundamentalny. Polega on na tym, że jakoś tak się dziwnie składa, ale wszyscy ci najwięksi europejscy "PiSożercy" pochodzą zazwyczaj z dwóch głównych ugrupowań starego euroestabliszmentu. To znaczy albo z Europejskiej Parti Ludowej (jak sam Manfred Weber), albo z sojuszu Socjalistów i Demokratów (jak Timmermans). Owszem - faktem jest, że oba te polityczne bloki to zawsze były największe europejskie ugrupowania. Taki faktyczny mainstream europejskiej polityki. Jednocześnie, trudno nie dostrzegać, że od lat ich udział w europejskim rynku politycznym stale się kurczy. 

Jeszcze w wyborach 1999 roku EPL zgarnęła prawie 40, a socjaliści 30 proc głosów. W ostatnich wyborach do europarlamentu (2019 rok) mieli już jednak - odpowiednio - 21 i 19 proc. głosów. Nadal pozostając głównymi siłami. Ale z dużo już mniejszą przewagą nad innymi. Jest to z resztą trend obserwowany we wszystkich zachodnich demokracjach. Czasy, gdy chadecka centroprawica i socjaldemokratyczna lewica na serio ze sobą rywalizowały to pieśń przeszłości. Od dekady-półtorej (zaczęło się na dobre po kryzysie 2008 roku) jest raczej tak, że coraz częściej obie te frakcje dawnego liberalnego establishmentu muszą jednoczyć siły i tworzyć wspólne rządy wielkich koalicji. Właśnie po to by nie dopuścić do władzy rosnącej w siłę konkurencji.

Utrata monopolu na władzę i konieczność dzielenia się wpływami nie jest - rzecz jasna - sytuacją komfortową. Nic więc dziwnego, że stare establiszmentowe partie robią wszystko, by do tego nie dopuścić. Nakręcają więc atmosferę histerii portretując swoich politycznych wrogów jako "faszystów" i "zamorydystów", których za wszelką cenę trzeba utrzymać - jak kiedyś barbarzyńców - poza murami naszych cywilizowanych miast. A jak już się ta populistyczna barbaria dostanie do ich Bundestagów i innych Zgromadzeń Narodowych to nuże ich otaczać kordonami sanitarnymi, izolować i zwalczać. Jednak na próżno. Z roku na rok i z kadencji na kadencję w kolejnych krajach tzw. populiści zyskują na znaczeniu. I coraz częściej i śmielej mówią dawnym elitom "a niby dlaczego ma być zawsze tylko tak, jak wy chcecie?" Albo "czy nasz demokratyczny mandat jest gorszy od waszego? A weźcie się trochę posuńcie..".

Akurat na polu unijnym Polska wyrosła w ostatnich ośmiu latach na takiego głównego konkurenta starego establiszmentu. PiSowcy są inni od EPP i S&D. I dlatego - jak każda inność - budzą u trzymającego dziś w garści unijne instytucje euroestabliszmentu taką furię. PiSowska Polska nie tylko budzi ich kulturowe obrzydzenie - gada coś o jakimś Bogu i nie chce płynąć z prądem najnowszych trendów na inkluzję. Ale jeszcze ośmielają się ci Polacy mieć swoje własne koncepcje.

Najpierw czepiali się oparcia energetycznej transformacji o gaz z Rosji. Potem nie chcieli takie tempa i sposobu wykonania prześwietnego i bezalternatywnego pakietu Fit For 55. Podważają system handlu emisjami CO2. A teraz nie godzą się na plan relokacji migrantów. Same kłopoty.

Jest to wszystko o tyle zabawniejsze, że te same euroelity mają na sztandarach wypisany program otwarty. W praktyce jednak o żadnym dialogu z innymi od siebie słyszeć nie chcą. Najchętniej wychodzi im zaś budowanie mentalnych zasieków i "zapór ogniowych" (TM Manfred Weber).

Problem chadecko-socjaldemokrtycznych euroelit polega na tym, że od dawna nie reprezentują one już większości mieszkańców Europy. Dlatego czasy ich monopolu na władzę prędzej czy później się skończą. Raczej prędzej niż później.

Video Player is loading.
Current Time 0:00
Duration -:-
Loaded: 0%
Stream Type LIVE
Remaining Time -:-
 
1x
    • Chapters
    • descriptions off, selected
    • subtitles off, selected
      reklama
      dzięki reklamie oglądasz za darmo
      Premier przed szczytem Rady Europejskiej: Nie zgodzimy się na przymusową relokację migrantów
      Premier przed szczytem Rady Europejskiej: Nie zgodzimy się na przymusową relokację migrantówPolsat NewsPolsat News
      Przejdź na