Reklama

Reklama

​Donald Tusk wrócił. Robert Walenciak: Polak chce wodza

Euforia, która zapanowała w Platformie po powrocie Donalda Tuska do polskiej polityki, więcej mówi o tej partii, jej działaczach i sympatykach niż o samym Tusku.

On - wrócił. Czy mówi coś szczególnego? Nie dosłyszałem. A oni - szaleją ze szczęścia.

Myślę, że z tych samych powodów mamy awanturę na lewicy. Tam posłowie, lokalni działacze, stawiają się Włodzimierzowi Czarzastemu, ewidentnie mają go dosyć. Dlaczego? Różne argumenty tu padają, ale chyba jeden jest decydujący - Lewica ma słabe notowania, poniżej 10 proc.  poparcia. Więc Czarzasty jest tak oceniany, jak Borys Budka, nie przymierzając. Jako lider, któremu nie idzie.

Gdyby mu szło, gdyby Lewica szybowała w sondażach do góry, to Czarzasty byłby oklaskiwany i nikt nie zwracałby uwagi na jego przypadłości. Ale nie idzie, więc ci sami ludzie wołają, by zwolnił miejsce młodszym.

Reklama

Te dwa przykłady są jednymi z wielu, które pokazują specyfikę polskiego życia publicznego - jest tu oczekiwanie na lidera, na "dzika", który nie bałby się przeciwników, i ciągnąłby formację do zwycięskich bojów. Zaś w tym konkretnym przypadku, Tusk jest dzikiem, a Czarzasty - anty-dzikiem.

A w innych przypadkach?

Lewica miała w III RP na pewno dwóch takich absolutnych liderów, Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. 

Prawica? Jej pierwszym "dzikiem", młodym trudno będzie w to uwierzyć, był Lech Wałęsa. Potem wielkie nadzieje prawicowcy pokładali w Janie Olszewskim, potem w Marianie Krzaklewskim... Kto go dziś pamięta? A śpiewano o nim piosenki, że Wielki Maryjan. W końcu doczekali się (trochę przypadkowo) swojej szansy Kaczyńscy, i już jej nie oddali. I dziś o Jarosławie Kaczyńskim peany wyśpiewują nie tylko politycy i działacze, ale i biskupi.

A obóz liberalny? Oni też mieli swoich liderów. Takim był Tadeusz Mazowiecki, żółw - ale dzik, wielkie emocje lokowano w Andrzeju Olechowskim, a potem, przez lata, w Donaldzie Tusku.

Wiara w wodza, w mesjasza,  jak widać, jest nieodzowny elementem życia politycznego w Polsce. I wiara ta łączy nas wszystkich, ponad podziałami.

To jest zresztą symptomatyczne - bo z jednej strony Polska bije rekordy jeśli chodzi o poziom nieufności do instytucji, struktur. A z drugiej strony - mamy naiwną wiarę w geniusz i morale różnych wodzów.

To jest ta wiara, wykorzystywana przez PiS - że na przykład sędziowie to kasta, więc trzeba wodza, by nimi potrząsnął. Dobrego cara.

Z tym łączy się inna cecha mocno wbita w naszą mentalność - klientelizm.

Ambitnym polecam Trylogię Sienkiewicza, która opisuje ten stan w sposób sugestywny. Mamy więc rycerstwo absolutnie zakochane w Jeremim Wiśniowieckim, w Stefanie Czarneckim, ba, w Januszu Radziwille, a jednocześnie biesiadujące z nimi, czepiające się pańskiej klamki.

Mniej ambitnym polecam "Alternatywy 4", i scenę z odcinka pierwszego, w której Stanisław Anioł tłumaczy żonie, dlaczego jego kariera w aparacie PZPR upadła.

Jedni więc wierzą w mesjaszy, bo tak mają. Inni - bo tak kalkulują.

Odpryskiem tej mentalności jest niedawna uchwała PiS, przeciwko nepotyzmowi. Ona głosi, że "zakazuje się zatrudniania w spółkach Skarbu Państwa członków najbliższej rodziny posłów i senatorów Prawa i Sprawiedliwości". A jednocześnie wprowadza wyjątek, że powyższe nie obejmują osób, które "pracują w strukturach spółek Skarbu Państwa ze względu na swoje kompetencje, doświadczenie zawodowe i jednocześnie doszło do nadzwyczajnej sytuacji życiowej".

Innymi słowy - gdy państwo zatrudni pociotka niekompetentnego, to będzie nepotyzm, gdy kompetentnego - to OK. A o tej "kompetencji" będzie decydował zaufany Kaczyńskiego - minister Sasin.

Taka uchwała to perełka, ona pokazuje przecież podejście do państwa i do cywilizowanych zasad. Że zasady to jedno, ale i tak ważniejszy od nich jest wódz (czy też wodza zaufany) który decyduje. Oto instrukcja grabienia.

To się zresztą rozlewa na inne obszary - właśnie Jarosław Kaczyński ogłosił, że policja i służby niesłusznie przez wiele miesięcy węszyły wokół posła Czartoryskiego, i z tego się wycofują. A poseł tym wzruszony wrócił do PiS-u.    

Szast-prast - jednym ruchem Kaczyński zamknął wielomiesięczne śledztwo i człowieka uniewinnił. Wódz - więc może. A pisowskie towarzystwo klaszcze z podziwem i bezmyślnie.

Więc ta Polska... Niby państwo w Unii, z gospodarką splecioną z Zachodem. A z głowami wciąż na Wschodzie.

Dowiedz się więcej na temat: Donald Tusk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL