Reklama

Reklama

Łukaszewicz: Wściekłości gaz jest we mnie

Olgierd Łukaszewicz /Grzegorz Banaszak/REPORTER /Reporter

Jako starszy pan, który pamięta czasy Solidarności, byłem rozczarowany swoimi rodakami. Pamiętam, gdy mówiliśmy jednym głosem: "idziemy na zachód". Dziś żartuję, posługując się tekstem z "Seksmisji": "idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja" - mówi Interii Olgierd Łukaszewicz, z którym rozmawiamy o krajowej polityce, Unii Europejskiej, reakcji środowiska aktorskiego na inicjatywy społeczne i roli Kościoła. Aktor znany, m.in. z "Seksmisji", "Wiernej rzeki", "Perły w koronie" i "Generała Nila", w wyborach do Parlamentu Europejskiego startuje z list Wiosny w okręgu bydgoskim.

Łukasz Szpyrka, Interia: Po co to panu?

Reklama

Olgierd Łukaszewicz: - Kiedy ma się tyle lat co ja, a Polska jest w stanie, w którym trzeba ją budzić, gdzie tylko się da, do obrony podstawowej racji stanu, jaką jest przynależność do UE, trzeba było ruszyć do przodu. Mam wnuki w wieku 15 i 13 lat, więc powstaje pytanie, co zostanie po nas? Skłamałbym, gdybym powiedział, że to tylko dla nich, bo oczywiście wściekłości gaz jest we mnie. Uważam, że zrobiłem dobrze, chociażby dla własnej psychoterapii. Kiedyś wracając z Zakopanego, a przed podróżą do Suwałk, żona zapytała tak jak pan: "po co ci to, usiądź, odpocznij". "Gdzie, przed telewizorem?" - zapytałem. "A jedź!" - usłyszałem. W tym roku skończę 73 lata. Przed chwilą, wysiadając z metra, widziałem portret mojego rówieśnika, Andrzeja Seweryna, który gra Borysa Godunowa. Widocznie generacja trzyma się nieźle.

Jeśli żona mówi, że czas na odpoczynek, to może warto jej posłuchać?

- Nie, żona rozumie moją frustrację. Nie zawsze w życiu we wszystkim się zgadzaliśmy, ale rozumie moją determinację. Wyraziła to np. w akcji zbierania prześcieradeł na inscenizację "Konstytucji dla Europy 1831" w Bydgoszczy. Na schodach rozmieściliśmy tam zakrwawione całuny, które symbolizowały krwawe pole Olszynki Grochowskiej, gdzie zginęło w ciągu doby 20 tys. żołnierzy. Na tym polu Bogumił Wojciech Jastrzębowski wymyślił "Konstytucję dla Europy".

Założył pan fundację jego imienia.

- W ciągu 15 miesięcy odbyłem 66 spotkań w całej Polsce, by propagować integrację europejską. Moim celem, a właściwie marzeniem, jest założenie instytucji Dom Jastrzębowskiego, na wzór Domu Moneta. Miałby za zadanie krzewić świadomość obywatelstwa unijnego i odpowiedzialności za UE. Mam żal do wszystkich eurodeputowanych, którzy już trzy razy byli wybierani do PE, że nie przyczynili się do wzrostu świadomości europejskiej w Polsce. Uznali widocznie, że jest to praca dla kogoś innego. Moje marzenie dotyczące Domu Jastrzębowskiego związane jest z nadzieją, że mógłby on być finansowany przez UE. Łatwiej jednak o takie starania z Brukseli.

I dlatego chce pan wyjechać?

- Dziwny jest naród polski, któremu można przed nosem podrzeć flagę europejską, powiedzieć, że to szmata lub spalić ją na Marszu Niepodległości. I już wtedy Polacy są przestraszeni, choć oczywiście nie ci, którzy mnie zapraszali. Doświadczyłem tego lęku wielokrotnie. Ciekaw jestem, jak się czuje dzisiaj Antoni Libera, z którym polemizowałem w Belwederze 20 września 2017 w dyskusji o teatrze, który mówił, że Unii udało się to, co nie udało się Hitlerowi, że Niemcy dla siebie wybudowali autostrady, a Polska jest wyzyskiwana i skolonizowana. Taki był sens tej wypowiedzi. Dziś natomiast mamy entuzjazm strony rządzącej.

Wierzy pan w tę przemianę?

- Nie wierzę. Manipulacja jest możliwa w każdej chwili, a wcześniej Polacy byli testowani, czy dadzą się uwieść antyunijnej propagandzie. Na bazie tego powstała inicjatywa polexitu, palenie flag w Marszu Niepodległości i generalny paraliż. Jako starszy pan, który pamięta czasy Solidarności, byłem rozczarowany swoimi rodakami. Pamiętam czasy, gdy mówiliśmy jednym głosem: "idziemy na zachód", dziś żartuję: "idziemy na wschód, tam musi być jakaś cywilizacja", posługując się tekstem z "Seksmisji".

Prezydent Andrzej Duda chce wpisania członkostwa w Unii Europejskiej do konstytucji. To dobry pomysł?

- Pytanie, co on rozumie pod pojęciem "Unia Europejska". W wywiadzie dla "Sieci" mówi wyraźnie, że idzie mu o wspólnotę narodów, w której jedno państwo nie wtyka się w prawodawstwo drugiego. To samo zdanie znajdujemy w książce "Utopia Europejska" Krzysztofa Szczerskiego, czyli bliskiego współpracownika prezydenta. Pisze on, że rekonstytucja Unii powinna polegać na "zniesieniu prawa KE i PE do ingerowania w prawodawstwo wewnętrzne krajów członkowskich". To oddaje wyobrażenie, że idzie o Europę niezależnych od siebie państw, tzw. Europę ojczyzn. Szalona koncepcja.

A jaka jest pana wizja Europy?

- Moja wizja to sfederalizowana Europa. Poniekąd już jesteśmy sfederalizowani przez wspólnotę prawa. Kiedy przystępowaliśmy do UE było wyraźnie powiedziane, że kompetencją UE jest czuwanie nad konkurencyjnością wolnego rynku. Pan prezydent, który był eurodeputowanym, powinien jeszcze raz przeczytać traktaty. Z drugiej strony jest pan Jarosław Kaczyński, który ani razu nie odciął się od demonstracji antyunijnych, ale też ani razu nie powiedział, co mu doskwiera w UE.

Dlaczego?

- Bo stale manipuluje. Moja wielka podróż po Polsce była polemiką z propagandą PiS, do której pan Kaczyński wyraziście się nie dołożył. Zrobili to za to ci, którzy są bardziej papiescy niż sam papież - panowie Morawiecki i Duda.

Powiedział pan, że "żona podziela pana frustracje". Długo to trwa?

- Od kiedy zaczęła działać tzw. dobra zmiana. Moja decyzja o głębszym zaangażowaniu się zapadła jednak 20 września 2017 roku, czyli wtedy, gdy polemizowałem z panem Liberą. Olśniło mnie. Zaczął ze mną dyskutować, skądinąd miły i kulturalny, prof. Piotr Gliński. Mówił: panie Olgierdzie, pan nie ma racji. Dziś zastanawiam się, jak on się teraz czuje? Konsumpcja rozleniwia, usypia. Moje pokolenie miało mniej, więc może było bardziej zdeterminowane do wyrażania swoich postaw politycznych. Mam żal do części dzisiejszych 40-latków, że dali się uśpić konsumpcji.

Dlaczego kandyduje pan z list Wiosny?

- Dostałem propozycję z Nowoczesnej, ale na moje kandydowanie z list Koalicji Europejskiej nie zgodził się Grzegorz Schetyna, który ma do tego prawo. Zupełnie niezależnie, dzień później, pojawiła się oferta z Wiosny. Nie musiałem wchodzić do partii, więc zasady mi się podobały. Wymarzony Dom Jastrzębowskiego mógłby powstać dlatego, że miałbym bliżej do Brukseli. Wiele osób przekonuje mnie, że z krajowej perspektywy to mi się nie uda.

Pana cele wydają się więc jasne - chce pan stworzyć Dom Jastrzębowskiego i wciąż propagować ideę integracji europejskiej. Wybór komitetu nie miał tu większego znaczenia.

- To prawda. Przekonałem się o tym kilka dni temu, kiedy to miała miejsce debata z panem Michałem Korolką z KE i ze mną. Tak naprawdę nie różniliśmy się w naszych poglądach.

Był pan ministrantem, harcerzem, grał pan patriotyczne role, m.in. generała Fieldorfa "Nila", a dziś startuje z list Wiosny. Trochę się to gryzie, szczególnie jeśli spojrzeć na antyklerykalne postulaty tej partii.

- Pytał mnie wnuk, co to jest religia. Mówię mu: "ludzie mają nadzieję, że po śmierci jest jakaś kontynuacja. Żeby jednak zasłużyć na szczęśliwe bytowanie w wieczności, trzeba odpowiednio dostosować do tego zasady swojego życia i według nich postępować. W chrześcijaństwie najważniejsza zasada to kochaj bliźniego swego jak siebie samego". I ta zasada towarzyszy mi w życiu. Religia nie może jednak tworzyć wspólnot politycznych. Nie może wchodzić w życie codzienne, organizować go.

Mówi pan o Kościele?

- Zdecydowanie o Kościele. Wyznanie to rzecz intymna. Nie chcę jej widzieć w życiu publicznym organizowanym przez polityków i księży. Mimo że nie należę do partii, startuję z list Wiosny i popieram jej postulat świeckiego państwa. Co jest sprzeczne ze słowami Szczerskiego, który zaproponował w książce "Utopia Europejska" wprowadzenie "paszportów katolickich". Zabrnęliśmy tak daleko, że religia się dewaluuje. Kiedyś była fundamentem i skarbcem, z którym trzeba było mieć żywy związek, a dziś już tak nie jest.

Jak środowisko aktorskie zareagowało na pana inicjatywę?

- Założyłem fundację jeszcze jak byłem prezesem ZASP. Kiedy przestałem, nowy prezes wiąże duże nadzieje z prezydentem Dudą, zapraszając go do Skolimowa. Większość kolegów, jak Robert Więckiewicz, Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Jerzy Trela, Krystyna Janda, Wojciech Pszoniak, Maciej i Jerzy Stuhr mówią: Olo, jesteśmy z tobą. Życzą mi jak najlepiej, choć oczywiście na co dzień zajmują się swoimi sprawami.

Dlaczego tak mało artystów angażuje się w działalność polityczną?

- Głównym pracodawcą aktorów jest narodowa telewizja, gdzie produkuje się najwięcej seriali. A łatwo stracić rolę w serialu.

I tylko dlatego?

- Myślę, że to główny powód. Nie będę jednak nikogo osądzał z tego, jak chce finansować swoje życie. To nie jest środowisko, które zarabia kokosy. Gdy w Sopocie odbierałem nagrodę za całokształt twórczości, wygłosiłem mowę o kłamliwej propagandzie telewizji. Kiedyś ogłosiliśmy jej bojkot. Nie było Teatru Telewizji, choć pojawili się łamistrajkowie. Potem Teatr TV przestał być potrzebny. Gorąco proszę władze telewizji, by korzystały z talentu aktorów niezależnie od wygłaszanych przez nich poglądów: politycznych, społecznych czy religijnych. Gustaw Holoubek i Andrzej Łapicki mówili, że jesteśmy coś winni generacji, która nie miała szans zabłysnąć.

Chce pan być wzorem dla innych artystów, by weszli w politykę?

- Chodziło mi jedno po głowie. Gdybym zdobył środki na etat dla sekretarki i jakąś siedzibę, to wtedy, kiedy jeździłem po Polsce byłbym w stanie zmobilizować choćby tych wymienionych wcześniej aktorów. Żeby chociaż raz ktoś znany pojawił się w Tczewie, Suchowoli, Szczecinie, czy gdziekolwiek indziej. Żadnych środków nie mam, więc we dwóch z prezesem fundacji, który jest moim zięciem, ciągniemy ten wózek. Zresztą na 15-lecie wstąpienia Polski do UE wyobrażałem sobie, że będę jeździł po wschodniej Polsce z programem "Słodka moja europejska ojczyzna". Nie udało się, bo wielu burmistrzów, wójtów nie chciało Łukaszewicza. Do dalekich podróży udało się zaprosić prof. Romana Kuźniara, prof. Jerzego Wilkina z PAN, prof. Romana Wieruszewskiego, a także szefa przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce Marka Prawdę.

Czy dziś pana "europejska ojczyzna" jest słodka?

- To linijka z wiersza Czesława Miłosza. W tym tekście dotyczy ona ruin Europy po II wojnie światowej. Została więc użyta w cierpkim kontekście. I moja też nigdy nie była słodka. I nie chciałbym, żeby Polska była klerykalno-nacjonalistyczna.

A jakiej pan by chciał?

- Wolnej, liberalnej, otwartej dla każdego, a w sprawach wspólnych solidarnej. Dziś Polska jest głęboko podzielona. Niestety, ostatnie demonstracje miłości do UE pokazują, że potrafi być obłudna.

Co w razie porażki?

- Sukcesem jest to, że zauważono moją działalność, czyli Don Kichota jeżdżącego po Polsce. Znalazłem się na liście kandydatów, więc już jestem wygrany. Inaczej się patrzy na to, co robiłem do tej pory. Wspieram Wandę Nowicką, jedynkę na mojej liście. Nie stać mnie na żadne billboardy. Przyglądam się, jak wygląda kampania. Tam, gdzie wzywa Robert Biedroń, jestem obecny.

Jeśli nie dostałby się pan do PE, myślał pan, by jesienią wystartować w wyborach parlamentarnych?

- Nie mam takich planów. Musiałaby zaistnieć jakaś specjalna, wyrazista sytuacja i jasna misja.

Myślał pan wcześniej, by zaangażować się mocniej w politykę? Założyć coś swojego?

- Już na to za późno. Zresztą nie da się tego zrobić bez pieniędzy. Biznes umywa ręce. Jest raport w sprawie stanu obywatelskich organizacji. Jest bardzo smutny - liderzy po jakimś czasie rezygnują. Dzięki nam powstały książki, które powinien przeczytać każdy Polak: "Jestem obywatelem UE" i "Azymut Wspólna Europa - Jastrzębowski". Bez pomocy nie wprowadzimy ich do obiegu. A przecież... gdyby zebrać cały elektorat proeuropejski byłaby z tego niezła siła.

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy