Reklama

Reklama

Covid wraca. Co na to politycy?

Jesienią kolejna fala covidu stanie się kolejnym tematem kampanii politycznej opozycji. Doczekamy się gromkich oskarżeń. Nie doczekamy się jednego: sensownych recept.

Ponad tysiąc zakażeń dziennie stał się powodem medialnego alarmu, że już podczas wakacji powraca fala covidu (choć powinna, jak przed rokiem, dopiero jesienią). Dziennikarze i powracający na ich zaproszenie do mediów wirusolodzy przypominają, że zakażeń jest zapewne dużo więcej, tyle że państwo zdemontowało system łatwego testowania się. Więc skoro stłuczono termometr, nie wiemy, czy mamy gorączkę.

Pojawia się atmosfera napięcia, a tak zwani medyczni eksperci, którzy nie znikali z ekranów naszych telewizorów przez długie miesiące, znów zaczynają się na nich pojawiać. Padają pytania o stan przygotowań do sytuacji, kiedy zachorowania zaczną stanowić problem dla służby zdrowia. Bo na razie najwięksi alarmiści przyznają, że problem nie jest poważny. W czwartek w szpitalach było 449 pacjentów z covidem. Nowe warianty są podobno coraz bardziej zakaźne, ale też przebieg choroby jest na ogół lekki. Wiele osób przechodzi więc zapewne covid, ale o tym nie wie.

Reklama

Tusk uderzy w covid

I tyle. Minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że rozmaite procedury, z systemem regularnego testowania na czele, zostaną przywrócone, kiedy zakażeń dziennych będzie 10 razy więcej niż teraz. Jesienią ma też powrócić system szczepień, z czwartą dawką zwłaszcza dla ludzi starszych. Wygląda na to, że pandemia staje się częścią naszego życia. Nie wiemy jednak, na ile. Bo na razie nie wspomina się o restrykcjach, choćby o maseczkach w niektórych miejscach publicznych. Spory o nie pewnie też powrócą (tak jak o skuteczność szczepień, a w związku z tym o to, czy należy do nich zmuszać). Nie wiemy tylko w jakim natężeniu.

Jednego jestem jednak pewien. Widzimy podczas wakacji regularną kampanię wyborczą na ponad rok przed wyborami. Jeździ z własnym przesłaniem Jarosław Kaczyński i jeździ z kontrprzesłaniem Donald Tusk. Tematem może być i jest wszystko. Zdaniem Tuska nie ma zjawisk, na które jesteśmy obiektywnie skazani. Są wyłącznie winy rządzących.

Inflację mamy na przykład dlatego, bo prezesem NBP jest Adam Glapiński, a spółki skarbu państwa kierowane przez ludzi obecnej władzy chcą zarobić na wyższych cenach. Ta oczywistość zwalnia opozycję od obowiązku formułowania jakiegokolwiek programu walki z inflacją, poza personalnym. Trzeba ludzi obecnej władzy zwolnić i zastąpić innymi. Jeśli liczba zachorowań się zwiększy, zostaną Polakom podsunięte podobne diagnozy. To wina rządzących!

Tusk formułował taką myśl już podczas poprzedniej fali covida. To PiS miał być winien tak zwanym ponadwymiarowym zgonom w Polsce, istotnie liczniejszym niż w większości pozostałych krajów Europy. Podobna myśl padała ze strony niektórych komentatorów, choćby autorów think tanku Nowa Konfederacja. Dawny europoseł Marek Migalski był w stanie twierdzić, że Kaczyński zabił więcej Polaków niż Stalin w Katyniu. Nie dowiadywaliśmy się tylko jednego: co trzeba było zrobić, a czego nie zrobiono. Albo co zrobiono źle, nie tak.

Przecież w pewnych sferach Polska była bardziej rygorystyczna niż inni. To w dużej mierze na skutek protestów opozycji zafundowano nam, przykładowo od wiosny 2020 roku, jeden z najdłuższych okresów przerw w normalnej działalności szkół, czego skutki w postaci chronicznego niedouczenia polskiej młodzieży widzimy do dziś. Państwa zachodnie starały się jak mogły, żeby szkoły działały, choćby w trybie hybrydowym. Ten radykalizm Polsce najwyraźniej nie pomagał.

Sama opozycja nie mogła się zresztą zdecydować, czego się domagać. Jeśli rząd w porę nie zarządził jakiejś restrykcji, wytykała to. Ale jeśli zarządzał, to z kolei narzekała. Wiosną roku 2021 ujmowała się nad biznesmenami zagrożonymi kolejnym lockdownem. Jej agenda była mglista i reaktywna. Stanowczość powiązana z pewną dozą konsekwencji pojawiła się dopiero pod koniec ostatniej fali, kiedy w praktyce wszystkie partie opozycyjne poza Konfederacją stanęły na gruncie mniej lub bardziej przymusowych szczepień. Wytykając PiS-owi, że nie chce się na to zdecydować, bo część jego tradycyjnego elektoratu to antyszczepionkowcy skłonni do dawania posłuchu najdzikszym spiskowym teoriom.

Jednego możemy być pewni: jeśli covid uderzy, Tusk uderzy także. Ale nie mam pewności z jakim skutkiem. Mamy w Polsce grupę wyborców skłonnych do wyboru bezpieczeństwa ponad wszelkie inne wartości. Godzących się na permanentny albo systematycznie powracający paraliż życia społecznego. Wydaje się jednak, że po dwóch latach nieustannego wracania do lockdownu dużo liczniejsza była grupa oczekująca od państwa iluzji, że nie dzieje się nic na tyle poważnego, co by skłaniało do uprzykrzania Polakom życia. Co więcej: ta grupa rosła. Czymś co zaś ostatecznie zdjęło temat pandemii z porządku dziennego były okropności wojny w Ukrainie i związana z nimi konieczność przyjęcia w szybkim czasie wielkiej masy ludzi niezaszczepionych.

Zachowajcie zimną krew

Możliwe więc, że ewentualny covidowy alarm opozycji bardziej jej zaszkodzi niż pomoże w zbieraniu nowych zwolenników. Tyle że ona jest na niego po prostu skazana, na każde "a" musi odpowiadać gromkim "b". Tak wygląda życie polityczne w Polsce i ono się w najbliższych latach nie zmieni, a na rok przed wyborami nie zmieni się w szczególności.

Rządowi wypadałoby w tej sytuacji życzyć zimnej krwi. Róbcie, ile naprawdę musicie, ale nie ulegajcie panice. Jestem za skłanianiem do szczepień, może nawet za przymusem w tym względzie. Ale na pewno nie jestem za systematycznym paraliżowaniem życia społecznego. Polski, i zresztą żadnego kraju w Europie już na to nie stać.

Możliwe zresztą, że opozycja to jednak również zauważy. Wówczas należy się spodziewać hałaśliwych napomnień, jednak ogólnikowych i pozbawionych realnej treści. Od Donalda Tuska dowiedziałem się ostatnio, że decyzje Glapińskiego i Rady Polityki Pieniężnej wobec inflacji były "spóźnione i chaotyczne". Co to jednak oznacza? Bóg raczy wiedzieć. Podejrzewam, że nie wie tego także wypowiadający taką krytykę. Możliwe, że dowiemy się, że zapobieganie pandemii też jest "spóźnione i chaotyczne". Bo trzeba było coś zrobić już w czasie wakacji. Co? A, to nasza słodka tajemnica.

Oczywiście możliwe, że ta szczególnie duża liczba ponadwymiarowych zgonów była jednak skutkiem czegoś konkretnego, a nie tylko splotu przypadków. Ujawniła się słabość całego systemu ochrony zdrowia w Polsce. Tyle że i w takim przypadku wsłuchuję się w głosy opozycji i nie poznaję zbyt wielu sensownych kontrpropozycji wobec obecnego stanu rzeczy. Może kiedyś się ich doczekam. Na razie króluje retoryka ogólników i radykalnych epitetów. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy