Reklama

Reklama

​JOW-y w Wielkiej Brytanii, czyli czego nie mówi Paweł Kukiz

Paweł Kukiz po raz kolejny przywołał Wielką Brytanię jako przykład sytemu optymalnego, obywatelskiego, odpartyjnionego. Czy tak jest w istocie? Ani trochę.

6 września w ogólnopolskim referendum obywatele zdecydują, czy są za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych. Największym orędownikiem takiego rozwiązania był i jest Paweł Kukiz.

Reklama

- To obywatele powinni bezpośrednio weryfikować danego kandydata, tak jak to się dzieje w systemach anglosaskich. Tak jak to się dzieje w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych. To obywatele decydują, czy dany kandydat się nadaje czy nie nadaje. Wystarczy w Wielkiej Brytanii zebrać 10 podpisów i możesz kandydować - perorował na poniedziałkowym wiecu Paweł Kukiz.
Muzyk nie mówi jednak całej prawdy o funkcjonowaniu JOW-ów w Wielkiej Brytanii.

JOW-y, czyli odpartyjnienie? Bzdura

Warto przypomnieć, że przecież w tym roku w Wielkiej Brytanii odbyły się wybory. W 650 jednomandatowych okręgach wyborczych obywatele wybierali 650 członków Izby Gmin. Z jakim skutkiem? 

Na 650 wybranych parlamentarzystów tylko jeden okazał się bezpartyjny. To Sylvia Hermon z Irlandii Północnej, która poróżniła się z macierzystą Ulster Unionist Party ze względu na sojusz z konserwatystami.

Kukiz przedstawia ordynację większościową (JOW-y) jako system, w którym każdy obywatel może zostać parlamentarzystą. Że wystarczy być np. uczciwym lokalnym autorytetem, by rywalizować na równi z kandydatami największych partii. Praktyka pokazuje, że to nieprawda.

- Wiara, że znikną tożsamości partyjne jest absolutnie sprzeczna z tym, co wiemy o krajach stosujących JOW-y - powiedział Interii socjolog dr Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

- Owszem zdarza się, że wygrywa ktoś niezwiązany z dominującymi partiami, ale to jedynie ułamek procenta. W kanadyjskim parlamencie jest jeden taki poseł, w Stanach także jeden, w Australii trzech - dodał Flis. W Wielkiej Brytanii, jak już wspomnieliśmy - tylko pani Hermon, a i ona nie do końca spoza sytemu.

Na Wyspach pewne obszary są tradycyjnie konserwatywne, a inne tradycjnie wspierają laburzystów. I żadna siła nie jest tego w stanie zmienić. Przenosząc tę logikę na polski krajobraz - jeżeli ktoś łudzi się, że w Gdańsku czy w Warszawie "zwycięskiego" mandatu nie zdobędzie kandydat PO, a na Podkarpaciu kandydat PiS, to jest po prostu skrajnie naiwny.

Wracamy za granicę:

- Są obszary, na których dane partie wyraźnie dominują od wielu lat. Jest takie przysłowie w USA, że w Alabamie Demokrata nie jest w stanie wygrać wyborów na hycla. Z kolei w systemie brytyjskim, jak pokazują badania, rola tożsamości partyjnej jest jeszcze większa niż u obecnie u nas - opowiada Jarosław Flis.

JOW-y sprawiają, że wynik wyborów zależny jest tylko od kilku "wahających się" okręgów, w Stanach nazywa się takie miejsca "swing states". Kandydaci Republikanów nie walczą o zachodnie wybrzeże, bo nie mają po co. Z kolei Demokraci nigdy przenigdy nie wygrają w Teksasie czy Oklahomie. 

Myli się Paweł Kukiz twierdząc, że w JOW-ach polityk jest silniej związany z okręgiem i wyborcami, że jest przez nich rozliczany. Jeżeli okręg jest tradycyjnie konserwatywny, to wygrywa kandydat Partii Konserwatywnej i już. Jeśli ktoś się doszczętnie skompromitował, to partia wystawia kogoś innego.

Kaczyński: JOW-y to absolutnie podporządkowanie partii

Oddajmy głos... Jarosławowi Kaczyńskiemu, który być może jesienią będzie zawierał koalicję z Kukizem.

"JOW-y sprzyjają całkowitej dyscyplinie partyjnej i absolutnemu podporządkowaniu posłów kierownictwu partii. Tam gdzie są JOW-y, walka toczy się mniej więcej w jednej trzeciej okręgów. W pozostałych wiadomo, kto wygra" - mówił były premier w klubie Ronina.

"Cała ta mitologia o tym, jak to ludzie zanurzeni w miejscowych sprawach będą posłami i będą te sprawy załatwiali, w realiach nie ma żadnego związku z rzeczywistością" - dodał Kaczyński.

Jak wykładał Kaczyński, w JOW-ach politycy są jeszcze bardziej podporządkowani liderom partii niż w "wodzowskim" - jak mówi Kukiz - systemie proporcjonalnym. Na czym polega to podporządkowanie? Otóż polityk, który zdobęcie wstępne uznanie "wodza" zostanie wysłany do z góry przegranego okręgu, by się wykazał, by dowiódł lojalności i pokazał, że potrafi ciężko pracować w kampanii. Gdy przejdzie ten test pomyślnie i jednocześnie będzie wystarczająco czołobitny wobec "wodza", wtedy zostanie łaskawie oddelegowany do okręgu, w którym weźmie mandat. I tak działa ten rzekomo nie-wodzowski system.

Małe okręgi wszystko zmienią - kolejna bzdura

Warto przypominać, że jednomandatowe okręgi wyborcze w Polsce już mamy. Od 2011 roku obowiązują one w wyborach samorządowych - z wyłączeniem miast na prawach powiatu - oraz w wyborach do Senatu. W efekcie tej zmiany, w 2011 roku Senat niemal w całości przejęli kandydaci Platformy Obywatelskiej (63 mandaty) i Prawa i Sprawiedliwości (31 miejsc). Pozostali zdobyli łącznie sześć mandatów.

Paweł Kukiz zawsze argumentował, że zupełnie inaczej będzie wyglądała sytuacja, gdy okręgi będą mniejsze. Wtedy obywatel będzie rzekomo znał kandydatów i żaden "spadochroniarz" do Sejmu nie wejdzie. Praktyka Wielkiej Brytanii znów pokazuje, że Kukiz się myli. Wszak mamy tam aż 650 okręgów, a i tak wygrywają największe partie, nie zaś bezpartyjni społecznicy.

Zresztą wystarczy trochę matematematyki. Liczba uprawnionych do głosowania w Polsce to 30,7 mln obywateli. Liczba okręgów po wprowadzeniu JOW-ów - 460, bo tyle mamy miejsc w Sejmie. Wykonujemy proste działanie i wychodzi na to, że na jeden okręg będzie przypadało mniej więcej 67 tys. wyborców. Czy to rzeczywiście tak małe okręgi, że wszyscy się znają? Oceńcie sami.

JOW-y są niesprawiedliwe

JOW-y to ordynacja, w której zwycięzca bierze wszystko. Na jeden okręg przypada jeden mandat i zdobywa go wyłącznie pierwszy na mecie.

Zilustrujmy to tak: wyobraźcie sobie, że mamy okręg, w którym głosuje 100 wyborców. Kandydują: socjaldemokrata, konserwatysta, ekolog, liberał, lokalny autorytet i narodowiec. Konserwatysta otrzymuje 30 głosów, lokalny autorytet 28 głosów, socjaldemokrata 25, liberał 10, narodowiec 5, a ekolog 2. Mandat otrzymuje konserwatysta, lokalny autorytet, który przegrał minimalnie, zostaje z niczym, a 70 proc. głosujących nie ma swojej reprezentacji w parlamencie.

Ordynacja większościowa sprawia, że skład parlamentu nie oddaje przekroju poglądów społeczeństwa. Doskonałym przykładem jest tu "ukochana" przez Pawła Kukiza Wielka Brytania.

Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (partia Nigela Farage'a) otrzymała 3,9 mln głosów, a zdobyła tylko jeden mandat. Z kolei na Szkocką Parię Narodową głosowało 1,5 mln obywateli, co przełożyło się na aż 56 mandatów. Podobnie we Francji: Front Narodowy miał w 2013 roku ponad 13 proc. poparcia, ale otrzymał raptem dwa mandaty. Wszystko zależy od układu sił w poszczególnych okręgach, ich wielkości, granic, a nie od realnych proporcji poparcia w społeczeństwie.

Kukiz mówi: w JOW-ach to obywatele decydują. No właśnie nie decydują, bo w poszczególnych okręgach głos większości z nich się w ogóle nie liczy!

Nieraz zresztą zdarzało się w państwach z JOW-ami, że partia z większą liczbą głosów dostawała mniej mandatów. Łatwo sobie to wyobrazić w Polsce: jeżeli w okręgach PiS-owskich partia Jarosława Kaczyńskiego wygra w stosunku 80-20 (to oczywiście założenie hipotetyczne), a w okręgach PO-wskich aktualnie rządząca partia zwycięży w proporcji 55-45, ale np. łącznie w trzech okręgach więcej, to rządzić nadal będzie PO, mimo że więcej głosów oddano na PiS.

I dalej - jeżeli ruch Pawła Kukiza będzie popierać 10 proc. narodu, ale w każdym okręgu przedstawiciel ruchu znajdzie się na trzecim miejscu, to Kukiz nie będzie miał reprezentacji w parlamencie w realiach JOW-ów. Kukiz cały czas pyta, czy system proporcjonalny, "wodzowski", to w ogóle jest demokracja (z sugestią, że nie) - warto zapytać, na ile demokratyczne są JOW-y. Ale w praktyce, nie w teorii.

Kukiz... ma rację

Tak, rację ma Paweł Kukiz, mówiąc, że nie każdy obywatel może sobie ot, tak wystartować w wyborach w Polsce. Ma rację, kiedy przekonuje, że partyjni wodzowie pociągają za sznurki, że miejsce na liście zależy od tego, czy ktoś znajdzie się w ich łaskach, czy też nie. Ma wreszcie słuszność, kiedy twierdzi, że w JOW-ach łatwiej skorzystać z biernego prawa wyborczego. Nie okłamujmy jednak obywateli, że JOW-y są ordynacją bez wad i powinniśmy je bezwarunkowo przyjąć.

Według pracowni badawczej ORB 61 proc. Brytyjczyków uważa JOW-y za system niesprawiedliwy i chce jego zmiany.

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Kukiz | JOW | Wielka Brytania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy