Reklama

Reklama

Stoch: Nie żegnam się na pokaz

Nie żegnam się na pokaz, ale dla samego siebie, to mnie uspokaja i dodaje mi siły - mówi Kamil Stoch w wywiadzie będącym częścią książki Zbigniewa Kaliszuka "Yes, we can! Powołani, by świadczyć". Najlepszy polski skoczek narciarski był Ambasadorem Światowych Dni Młodzieży, które odbyły się w lipcu w Krakowie. Poniżej prezentujemy fragment publikacji.

Po swoich największych sukcesach wielokrotnie dziękowałeś Bogu i podkreślałeś, że to Jemu wszystko zawdzięczasz. Na ile działa Bóg, a na ile człowiek?

Reklama

Gdyby nie Bóg, wiele pięknych rzeczy w moim życiu na pewno by się nie wydarzyło, zawsze jednak musiałem tę Bożą pomoc poprzeć własną ciężką pracą. Myślę, że dobrze jest znaleźć równowagę. Wiadomo że Bóg jest, że czuwa nad nami i daje nam wszystko, czego potrzebujemy. Ale nie podstawia nam tego przed nos, musimy o to trochę powalczyć. Inaczej trudno byłoby docenić sukces i szczęście.

Wierzę choćby w to, że to Bóg zesłał mi moją żonę, czyli najbardziej odpowiednią kobietę, jaką mógłbym w życiu poznać. Ale to ja musiałem się jej oświadczyć, Bóg nie mógł tego zrobić za mnie (śmiech). Tak samo jest z różnymi innymi sytuacjami.

Zawsze byłeś wierzący? Czy stałeś się taki pod wpływem jakichś konkretnych wydarzeń?

Zawsze. Wiarę wyniosłem z domu rodzinnego i cały czas jest ona dla mnie ważna. Nigdy się nie zawiodłem na Bogu i nie miałem powodu, żeby odwrócić się od Niego i od Kościoła.

W jednej z gazet przeczytałem kiedyś wywiad z księdzem Edwardem Pleniem, kapelanem sportowców, który mówił o Tobie: "Na początku kariery nie odnosił sukcesów. Ale to właśnie wtedy jakby wsłuchał się bardziej, jakby przylgnął do Pana Boga. Zaufał mu bezgranicznie, zawierzył mu i zrozumiał, że cokolwiek się dzieje zawdzięcza to Panu Bogu". Czy to rzeczywiście tak było?

Bóg wielokrotnie pomagał mi przejść przez trudne sytuacje. Chyba każdy pewne rzeczy jest w stanie rozumieć dopiero po czasie. Tak też było ze mną. Dzisiaj rzeczywiście uważam, że wiele rzeczy pochodzi od Boga. Bóg stworzył świat, stworzył człowieka i stwarza mu możliwości, które człowiek może wykorzystywać lub nie. Bóg pomaga człowiekowi, dając mu wolę. Ale człowiek jest kowalem swojego losu i sam decyduje o tym, czy chce wykorzystywać szanse, które się przed nim pojawiają, rozwijać talenty, jakie dał mu Bóg, czy woli robić coś innego.

O swojej wierze mówiłeś w licznych wywiadach m.in. dla Telewizji Polskiej i Tygodnika "W Sieci". Dziękowałeś Bogu na oczach milionów telewidzów podczas Balu Mistrzów Sportu. Masz świadomość, że poniekąd stałeś się ambasadorem wiary?

Tego właśnie chciałem uniknąć. Uważam, że każdy wierzący chrześcijanin sam dla siebie powinien być ambasadorem wiary. Albo wierzymy w Boga i otwarcie potrafimy o tym powiedzieć oraz dawać świadectwo swoim życiem, albo nie wierzymy.

Opowiadając o swojej wierze, nie chciałem robić z siebie nie wiadomo kogo, mówić: patrzcie, jakim wspaniałym jestem człowiekiem, bo wierzę w Boga i potrafię o tym mówić. Nie uważam się za kogoś wyjątkowego. Nie jestem święty i tak jak wszyscy ludzie na ziemi popełniam błędy. Nie chcę też nikogo na siłę ewangelizować. Staram się jedynie być sobą. Przyznawanie się do wiary jest dla mnie po prostu naturalnym odruchem.

Wydaje mi się, że jest bardzo ważne, żeby nie wstydzić się tego, w co wierzymy. Skoro wyznawcy innych religii potrafią się otwarcie przyznać do swojej wiary, to dlaczego chrześcijanie mają tego nie robić?

Jak możemy być ambasadorami wiary w własnym życiu?

Na pewno nie chodzi o to, żeby chodzić ulicą i krzyczeć wniebogłosy, że jesteśmy katolikami, wierzymy w Boga i jesteśmy przez to szczęśliwi. Warto pokazywać to przede wszystkim swoją postawą w życiu codziennym. Poprzez gesty dobroci, serdeczność wobec innych osób, odpowiadanie w miły sposób na różne pytania.

A żegnanie się przed oddaniem skoku to dobry sposób na dawanie świadectwa? (śmiech)

Rzeczywiście, zawsze przed wejściem na belkę startową wykonuję znak krzyża. Ale poprzez ten gest bardziej staram się powierzyć Bogu to, co się ma za chwilę stać, niż dawać świadectwo wiary. To jest coś, co wyniosłem z domu. Rodzice nauczyli mnie, że przed trudnym, ważnym momentem w życiu warto wykonać znak krzyża. Nie żegnam się na pokaz, ale dla samego siebie, to mnie uspokaja i dodaje mi siły. Uświadamiam sobie, że nie jestem sam, że Bóg jest przy mnie i na pewno będzie nade mną czuwał.

Zastanawiam się, czy nie jesteś już zmęczony pytaniami na temat wiary. Pamiętam jak jedna ze sportsmenek po osiągnięciu znaczącego sukcesu, w chwili uniesienia, podziękowała na antenie telewizji Bogu za wsparcie. Ale kiedy później została zasypana różnymi pytaniami na ten temat, to po pewnym czasie nie chciała o tym mówić.

Uważam, że sytuacja, w której po tym, jak jakiś świecki człowiek przyzna się do wiary, zaraz wszyscy się na niego rzucają i robią z niego ambasadora wiary (śmiech), nie jest do końca dobra. Może to zadziałać w odwrotny od zamierzonego sposób.

To jest trochę tak, że ludzie dzisiaj są strasznie spragnieni słów, które by im dodały otuchy i pokrzepienia. Media cały czas usilnie promują postawy sprzeczne z tym, w co oni wierzą, wydaje się im, że cały świat idzie w złym kierunku. Kiedy widzą kogoś znanego, który się przyznaje do wiary, to jest to dla nich bezcenne.

Jak najbardziej zgadzam się z tym, co powiedziałeś. W dzisiejszym świecie trudno znaleźć dobre wartości, którymi człowiek mógłby się kierować. Jesteśmy zasypani wieloma propozycjami, które nie są dobre dla ludzi, zachęca się nas do postaw, poprzez które sami sobie możemy wyrządzić krzywdę. Jest czymś naturalnym, że ludzie poszukują dobrych wzorców. Potrzebne są osoby, które poprzez swój przykład czy słowa będą przekazywały innym dobre wartości.

Tyle że warto dać nam trochę wolności i nie kreować nas na nie wiadomo jak ważne osoby w świecie religii. *


* Fragment książki "Yes, we can! Powołani, by świadczyć" autorstwa Zbigniewa Kaliszuka.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje