Reklama

Reklama

Rosyjski polityk grozi USA odebraniem Alaski. "To ziemia naszych przodków"

- Zanim Amerykanie przejmą nasze własności za granicą, niech pamiętają, że my również mamy coś do wzięcia z powrotem - w ten sposób przewodniczący rosyjskiego parlamentu Wiaczesław Wołodin zagroził USA odebraniem Alaski. Zaapelował też do innego polityka z partii Władimira Putina, by "pilnował" tych terenów. Wołodin przypomniał również o idei przeprowadzenia referendum na Alasce, którego wyniki miałyby decydować w sprawie jej przyłączenia do Rosji.

Rosyjscy politycy regularnie przypominają o swoich imperialnych maniach. Przyzwyczaili nas, że państwa powstałe po rozpadzie Związku Radzieckiego - którego częścią były pod przymusem - traktują jako swoją "strefę wpływów".

Reżim Władimira Putina rości sobie rzekome prawa m.in. do Ukrainy. 24 lutego napadł więc na ten kraj, aby nie dopuścić, by zintegrował się z zachodem Europy i przeciął toksyczne więzy z Moskwą. Na razie skutki są odwrotne, bo Ukraina stała się państwem-kandydatem do Unii Europejskiej.

Wiceprzewodniczący Dumy grozi USA odebraniem Alaski. "Mamy coś do wzięcia"

Areną agresywnej polityki Rosji jest też jej parlament - Duma Państwowa. W czerwcu wpłynął do niej wniosek o cofnięcie decyzji Rady Państwa ZSRR, która we wrześniu 1991 roku uznała niepodległość Litwy. Teraz przewodniczący Dumy Wiaczesław Wołodin grozi nie jednemu z krajów bałtyckich, ale Stanom Zjednoczonym.

Reklama

Proputinowski polityk wygłosił tyradę, w której przestrzegł USA przed utratą Alaski. Jak uznał, tereny na północnym zachodzie Ameryki Północnej to "ziemia przodków Rosji".

- Ameryka powinna pamiętać o Alasce. Zanim przejmą nasze własności za granicą, muszą pamiętać, że my również mamy coś do wzięcia z powrotem - stwierdził, cytowany przez agencję TASS.

Wiaczesław Wołodin: Amerykanie od dziesięcioleci mówią, że Rosja ingeruje w ich sprawy

Jak przypomniał Wołodin, wiceszef parlamentu Piotr Tołstoj zaproponował przeprowadzenie referendum na Alasce dotyczące jej przynależności. Stwierdził też, że Rosja "nie ingeruje w sprawy wewnętrzne" USA, a mimo to tamtejsze władze "od dziesięcioleci mówią, iż wszystko, co się u nich dzieje, jest spowodowane ingerencją Rosji". 

Pod słowem "wszystko" Wołodin rozumie chociażby wybór prezydentów. - Nie szanują więc wyborów swoich obywateli. Cóż mogę powiedzieć? Ten jeden (prezydent) nie był dla nich dobry, teraz drugi spada z roweru - opisał Wołodin, nawiązując najpewniej do Donalda Trumpa, a później czerwcowego wypadku Joe Bidena na jednośladzie.

Wołodin zaapelował też do deputowanego Nikołaja Charitonowa, by podczas roboczych wyjazdów do swojego okręgu wyborczego na dalekim wschodzie Rosji "pilnował Alaski" razem z wiceprzewodniczącą Dumy Iriną Jarową.

Rosja sprzedała Alaskę za 7,2 mln dolarów. Niedługo później odnaleziono tam złoto

Alaska jest eksklawą USA - ten stan nie graniczy z żadnym innym. Rosja sprzedała te tereny Amerykanom w 1867 roku za około 7,2 mln dolarów, czyli równowartość dzisiejszych 125 mln w tej samej walucie. 

Transakcja objęła teren ponad 1,5 mln kilometrów kwadratowych. Stało się tak, bo Rosja - osłabiona po wojnie krymskiej - straciła zainteresowanie kolonizacją północnej Ameryki. 

Początkowo także USA nie przykładały większej wagi do tego, co dzieje się w niedostępnej i odległej Alasce. Przełom nastąpił pod koniec XIX wieku, gdy nad rzeką Klondike odkryto pokaźne pokłady złota.

Obecna przynależność Alaski sprawia, że Rosję i Stany Zjednoczone rozdziela "jedynie" cieśnina Beringa, fragment Oceanu Spokojnego łączący morze Czukockie z morzem Beringa. Szerokość tej cieśniny wynosi od 86 do 198 kilometrów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy