Reklama

Reklama

Ze szkoły ukraińskiej do polskiej. Jak radzą sobie dzieci? Jedni się oswoili, inni "tworzą mur"

"U nas nie ma dzieci z Polski i z Ukrainy. Są po prostu 'dzieci nasze'. I każdemu należy się taka sama opieka i uwaga. Bez względu na to, jakiej jest narodowości" - usłyszała nauczycielka języka polskiego w szkole, do której dołączyła we wrześniu. Dyrektorzy szkół podstawowych i średnich mówią Interii, że uczniowie z Ukrainy, którzy wyjechali z ojczyzny, uciekając przed wojną, wciąż się aklimatyzują. - Są dzieci, które angażują się, są odważne. Ale mamy też takich uczniów, którzy zamykają się - mówi Marek Krukowski, dyrektor SP nr 51 w Lublinie. Ma w placówce 85 uczniów z Ukrainy. Czy szkoły znajdą miejsca dla kolejnych, jeśli będziemy się mierzyć z zimowym napływem ukraińskich uchodźców?

Przed wojną w Ukrainie mieliśmy w polskich szkołach 101 505 uczniów ukraińskich. Ta liczba niemal się podwoiła - 192 089 dzieci z Ukrainy uczęszcza do placówek edukacyjnych w całej Polsce. 15 019 uczy się w oddziałach przygotowawczych, do których tworzenia zachęcało dyrektorów ministerstwo edukacji. Ci jednak wskazywali, że potrzebne są do tego warunki lokalowe oraz dodatkowa kadra, a nauczycieli w szkołach brakuje od dawna. Większość młodych Ukraińców, bo aż 177 070, kontynuuje naukę w klasach z uczniami polskimi.

- Uważam, że oddziały przygotowawcze izolują dzieci ukraińskie od tych polskich. Tam, gdzie ich nie ma, dzieci zupełnie inaczej funkcjonują - ocenia Barbara Włodarczyk, nauczycielka języka polskiego. W ubiegłym roku szkolnym miała lekcje z uczniami z Ukrainy w ramach takich oddziałów, obecnie jest zatrudniona w innej placówce, w której wszystkie dzieci uczą się razem. Teraz prowadzi dodatkowe zajęcia z języka polskiego dla uczniów ukraińskich z klas IV i VIII.

Reklama

Od swoich kolegów i koleżanek usłyszała: "U nas nie ma dzieci z Polski i z Ukrainy. Są po prostu 'dzieci nasze'. I każdemu należy się taka sama opieka i uwaga. Bez względu na to, jakiej jest narodowości". - To widać. W czasie przerwy, kiedy idę korytarzem widzę, że wszystkie dzieci są bardzo zżyte. Łączy ich więź - stwierdza nauczycielka.

Nauka języka polskiego. "Czują, że te zajęcia są potrzebne"

- W mojej szkole z uczniami z Ukrainy pracuje dwóch asystentów. Gdyby czegoś nie rozumieli, to zawsze otrzymają od nich pomoc - opowiada Barbara Włodarczyk. Zauważa, że ci uczniowie wiele godzin spędzają na lekcjach prowadzonych w języku polskim, są z nim mocno osłuchani. - Dzięki temu na zajęciach, które prowadzę, bardzo dobrze sobie radzą. Pilnują się też nawzajem, aby na nie przychodzić. Czują, że to jest potrzebne.

Wspomina: - Kiedy przyszłam do tej szkoły we wrześniu, przygotowałam takie zupełne podstawy, alfabet, samogłoski, spółgłoski, dwuznaki. Popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, bo okazało się, że oni już to wszystko wiedzą. To pokazuje, że naprawdę te zajęcia wiele im dają.

- Oczywiście uczniowie z Ukrainy, tak jak uczniowie polscy, są na różnych poziomach - zaznacza. Z doświadczenia nauczycielki wynika, że mniejsze dzieci, jeśli nie mają dobrze opanowanego języka ojczystego, mają trudność w nauce języka obcego. - Szczególnie że to są zupełnie inne alfabety - przypomina. Największe problemy mają więc z pisaniem. - Są też jednak dzieci, które radzą sobie znakomicie - nie znały języka polskiego w ogóle, a teraz swobodnie się w nim komunikują.

Nowy dom, miejsce na przeczekanie, albo "przystanek"

- Czy te dzieci zostaną już w Polskiej szkole? Na pewno nie wszystkie - ocenia Barbara Włodarczyk. - Z tego, co mówią, niektórzy się zadomowili i ten powrót planują, ale po latach. I to nie na pewno. Są też dzieci, którym wymyka się między słowami, że Polska to jest przystanek i pojadą dalej, na zachód. Inni są zdecydowani, że wrócą - wymienia nauczycielka. I podkreśla, że w niektórych sytuacjach może to utrudniać naukę: - Mam taką dziewczynkę, której mama obiecuje cały czas, że już za moment wrócą do domu. To dziecko jest w strasznej sytuacji, bo nie widzi sensu nauki w polskiej szkole, skoro ma zaraz wrócić do Ukrainy.

Marek Krukowski, dyrektor SP nr 51 w Lublinie co tydzień ma inną liczbę uczniów z Ukrainy w swojej placówce. - To się zmienia, ale na pewno jest ich mniej, niż w poprzednim roku szkolnym tuż po wybuchu wojny. Ktoś rezygnuje, ale pojawiają się też nowe osoby. Na 1430 uczniów z Ukrainy mam obecnie 85 - mówi dyrektor Krukowski.

W tej placówce nie było i nie ma oddziałów przygotowawczych. Dyrektor zaznacza, że wiele się jednak zmieniło, od kiedy uczniowie uciekający z rodzinami przed wojną w Ukrainie zaczęli do szkoły dołączać. - Mamy trzy panie, które są pomocą nauczyciela. Ja je nazywam takimi "mamami", które robią wszystko, aby funkcjonowanie tych dzieciaków było jak najlepsze. Mam też dwie psycholożki na pół etatu, z przeznaczeniem dla tych dzieci ukraińskich. I od listopada dołączyła do nas tłumaczka. Pod tym względem uważam, że jest bardzo dobrze - ocenia.

Wiek robi różnicę

Jak tutaj radzą sobie uczniowie z Ukrainy? - Są dzieci, które angażują się, są odważne. Ale mamy też takich uczniów, którzy zamykają się, mówią, że coś jest dla nich za trudne i jednocześnie nie wykazują chęci zmiany tego stanu rzeczy - komentuje dyrektor Marek Krukowski. Zauważył, że w jego placówce małe dzieci mają dużo łatwiej, jeśli chodzi o oswojenie się z polską szkołą. - Starsze mają większą trudność, to też wynik jakiegoś buntu nastoletniego, ale i lepsze rozumienie tego, co się dzieje w ich ojczyźnie. Zostawili swój dom i nie do końca pogodzili się z tym wszystkim - ocenia.

Podobnie jest w SP nr 1 w Kartuzach, gdzie uczy się 70 dzieci z Ukrainy - 40 trafiło do placówki w pierwszych miesiącach po wybuchu wojny. Tu również wszyscy uczęszczają do ogólnych oddziałów. Jak przekazał nam dyrektor Dariusz Zelewski, ze względu na duże koszty gmina nie zdecydowała się na tworzenie oddziałów przygotowawczych.

- U nas młodsze dzieci bardzo dobrze mówią po polsku i świetnie się zaaklimatyzowały. Starsze mają, z tym większy problem. Niezwykłe efekty przyniosło zorganizowanie w naszej szkole ośmiu tygodniowych turnusów wakacyjnych dla dzieci uchodźców. Uczyli się oni tam intensywnie języka polskiego, ale też poznawali miasto, przełamywali bariery zakupów w sklepach, na poczcie i w restauracjach. To teraz procentuje - ocenia Zelewski. Również relacje rówieśnicze są bardzo dobre. - Gdyby zajrzeć do klasy lub obserwować dzieci na przerwach, to nie widać wyobcowania - mówi dyrektor.

Szkoła dwukulturowa. Z takimi samymi warunkami dla wszystkich

Marek Krukowski dodaje jeszcze: - My skupiamy się teraz na tym: chcemy sprawić, aby szkoła, która staje się dwukulturową, zadbała o integrację, ale żeby to nie polegało na narzucaniu polskości, tylko aby uczniowie z Ukrainy mogli zachować swoją tożsamość kulturową.

- To wyzwanie i dla dzieci, i dla nauczycieli - ocenia. 

Dariusz Zelewski podkreśla: - Trzeba to zaznaczyć, że rodzice uczniów z Ukrainy nie oczekują litości, wsparcia finansowego. Oczekują raczej stworzenia ich pociechom takich samych warunków do rozwoju, jak polskim dzieciom.

Szkoła średnia. "Wielu tworzy mur"

O tym, jak jest w przypadku ukraińskiej młodzieży w szkole ponadpodstawowej, opowiada nam Barbara Kochanek, dyrektor I LO w Lesznie. - U nas jest stosunkowo mało uczniów z Ukrainy, bo pięcioro dzieci uchodźczych i troje dzieci emigrantów ekonomicznych. Dołączyliśmy ich do istniejących już klas - mówi dyrektor.

Z uczniami starszymi jest trochę inaczej, niż z dziećmi w szkołach podstawowych. Dzieci mniejsze nie mają oporów. Nie zastanawiają się, czy mówią coś poprawnie, czy nie, próbują. Na etapie szkoły średniej to są dorastający, nastolatkowie. Jak w głowie sobie nie ułożą czegoś od a do z, to się nie odezwą. Ze strachu. W związku z tym sami tworzą taki mur, mają problem, żeby się przełamać i mówić nie tylko na lekcjach, ale i do innych uczniów. Niepotrzebnie, bo polscy uczniowie naprawdę ich nie oceniają. Próbują wychodzić im naprzeciw i otaczać ich opieką, jednak jest to niezwykle trudne - ocenia.

I zaznacza, że to jest niezwykle indywidualna sprawa, jakie postępy robią uczniowie z Ukrainy w nauce języka polskiego. - Są też tacy, którzy szybko się nauczyli języka. Trudno nawet wyłapać po akcencie, że są z Ukrainy - wskazuje.

Kolejny napływ uchodźców z Ukrainy. "Oświata nie jest na to gotowa"

Niewykluczone, że nadchodząca zima może zmusić wielu Ukraińców do wyjazdu z ojczyzny. We wtorek Rosja wystrzeliła 100 pocisków w kierunku tego kraju. Zniszczona została infrastruktura, wielu mieszkańców nie ma prądu. - Musimy się liczyć z kolejną falą uchodźców z Ukrainy - powiedział w środę premier Mateusz Morawiecki.

Czy polskie szkoły są na to przygotowane? Pytamy Marka Pleśniara, dyrektora Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. - W naszym państwie praktyka jest taka, że jak jakieś zjawisko ustaje, to nie wyciąga się wniosków, tylko zostawia temat. Tak też było w przypadku pandemii. Krótko mówiąc, jeżeli nastąpi kolejna fala uchodźców, to będziemy tak samo zaskoczeni, jak na przełomie lutego i marca - odpowiada.

- Warunki lokalowe się nie poprawiły, a kadrowe psują się z dnia na dzień. Odchodzą nauczyciele, a nowych, młodych, nie ma prawie wcale. Oświata zatem nie jest lepiej przygotowana, tylko gorzej. Mamy falę półtora rocznika w szkołach średnich, więc obiektywnie w tych placówkach będzie trudniej. Szkoły podstawowe łatwiej sobie z tym poradzą. Mimo to wszystkie będą przeciążone - wskazuje.

"Inne lokalizacje prowadzenia zajęć"

Sytuację zupełnie inaczej ocenia Ministerstwo Edukacji i Nauki. Adrianna Całus-Polak, rzeczniczka prasowa MEiN, przekazała nam: "Polski system edukacji jest gotowy na przyjęcie dodatkowej liczby uczniów. Zostały wprowadzone rozwiązania prawne umożliwiające tworzenie m.in. innych lokalizacji prowadzenia zajęć".

- Ministerstwo twierdzi, że przepisami rozwiązało problem. Niestety same przepisy niczego nie robią. Pojawia się problem pieniędzy w samorządach, dyrektorzy są przestrzegani przed wydatkami na cokolwiek. Wzrosły ceny energii, więc nawet przy wsparciu od państwa dyrektorom brakuje około 1/3 kwoty na opłacenie ogrzewania. Budżety samorządów są pozamykane, nowe będą od stycznia, ale pieniądze realnie ruszają dopiero od połowy lutego - komentuje Marek Pleśniar.

Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, przekazała Interii, że zapewnienie adekwatnych środków finansowych jest niezbędne w kontekście przyjęcia większej liczby uczniów z Ukrainy do stołecznych szkół. - Wydatki bieżące na edukację to od lat największa pozycja w budżecie m.st. Warszawy - w tym roku będzie to około 5,6 mld zł, natomiast środki z budżetu państwa na prowadzenie szkół i przedszkoli pokrywają niecałe 50 proc. tych kosztów (2,6 mld zł). W 2023 r. wydatki na miejską oświatę wzrosną do blisko 6 mld 200 mln zł. Środki przekazywane przez Ministerstwo Edukacji Nauki do stołecznego samorządu nie pokrywają również w pełni kosztów tworzenia oddziałów przygotowawczych dla uczniów z Ukrainy - wskazuje Renata Kazowska.

Potrzebne lokale i kadra

Obecnie w całej Warszawie do szkół przyjęto ponad 18 tys. uczniów z Ukrainy, z czego ponad 14,5 tys. uczęszcza do samorządowych placówek oświatowych. - Warszawa dysponuje jeszcze ograniczoną liczbą wolnych miejsc w przedszkolach, szkołach podstawowych i ponadpodstawowych - szacujemy, że w działających szkołach i przedszkolach możliwe jest przyjęcie jeszcze paręnaście tysięcy uczniów, zarówno w oddziałach ogólnodostępnych, jak i przygotowawczych - przekazała wiceprezydent Warszawy.

- Przyjęcie kolejnych chętnych do podjęcia nauki  - dodam, że nie wiemy, o jakiej liczbie dzieci i młodzieży ukraińskiej należy obecnie mówić - będzie wymagało pozyskania dodatkowych lokali, czy wręcz całych budynków, w skali dotychczas nigdy niespotykanej. Gdyby przyjąć, że wszyscy uczniowie będą chcieli podjąć naukę w polskim systemie oświatowym, potrzebne będzie niemal 300 tys. m kw.  dodatkowej powierzchni oświatowej. Drugą, ale równie ważną kwestią jest pozyskanie niezbędnej kadry nauczycielskiej - tak jak w całej Polsce, również warszawskie placówki oświatowe, od kilku lat mierzą się z problemem deficytu nauczycieli. W miejskich przedszkolach, szkołach i pozostałych placówkach oświatowych w roku szkolny 2022/2023 brakuje ponad 2,9 tys. nauczycieli. Liczba wakatów rośnie z roku na rok - zaznacza.

"Nie mamy miejsc", "Ani jednego dodatkowego ucznia"

A jak dyrektorzy podchodzą do kwestii przyjęcia kolejnych uczniów z Ukrainy?

Marek Kurkowski, SP nr 51 w Lublinie: - U nas będzie miejsce dla tych uczniów, jesteśmy dużą szkołą. Do klas I-III mógłbym maksymalnie 4 osoby do oddziału przyjąć. Klas VIII mam 12 i po dwóch uczniów do każdej mogłoby dołączyć. Czysto administracyjnie jest to więc do zrobienia. Jednak to byłoby wyzwanie dla wychowawców, aby tych wszystkich uczniów różnych prędkości zintegrować.

Dariusz Zelewski, SP nr 1 w Kartuzach: - Raczej w naszej szkole już nie mamy miejsc w oddziałach, a na tworzenie nowych nie ma szans. Jednak w szkołach gminy Kartuzy dysponujemy jeszcze sporą liczbą miejsc.

Barbara Kochanek, I LO w Lesznie: - Klasy pierwsze są przeładowane, już w nich są 33-34 osoby i ja nie mam możliwości przyjąć do nich ani jednego dodatkowego ucznia. My już teraz przekraczamy możliwości lokalowe i kadrowe. Nie byłoby tych uczniów nawet gdzie posadzić Co więcej, oni mają mieć sześć godzin języka polskiego tygodniowo. Trzeba byłoby utworzyć dla nich nową grupę, znaleźć nauczyciela, który mógłby wziąć dodatkowe sześć godzin pracy. Nie mamy takiej możliwości, u mnie cała kadra pracuje na 1,5 etatu.

- Dzieci oczywiście są w tym wszystkim najważniejsze i w ostateczności samorząd i szkoły zrobią wszystko, aby te dzieci mogły kontynuować naukę w Polsce. Jednak nieprawdą jest, że jesteśmy na taką sytuację przygotowani.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy