Reklama

Reklama

Rzeczniczka Straży Granicznej: Do Polski chce się dostać kilkanaście tysięcy ludzi

- Zakładamy, że do 5 proc. wszystkich nielegalnych migrantów przedostaje się do Polski. Cudzoziemcom, a zwłaszcza kobietom, nie uda się sforsować ogrodzenia z concertiny. Ale jeśli tych osób jest 100 czy 200 i ktoś im pomaga, daje narzędzia do rozcinania drutów czy pontony do przepływania Bugu, a dodatkowo obserwuje nasze patrole, to część z tych osób się przedziera - mówi w rozmowie z Interią rzeczniczka Straży Granicznej ppor. Anna Michalska.

Jakub Oworuszko, Interia: Ile osób koczuje za wschodnią granicą i planuje dostać się do Polski?

Ppor. Anna Michalska: - To może być nawet kilkanaście tysięcy ludzi. Część z nich jest dowożona i zgromadzona np. w dawnych placówkach białoruskich. Słyszeliśmy, że niektórzy z migrantów koczują także na lotniskach. Po stronie polskiej nie ma żadnych koczowisk.

Wciąż przylatują do Mińska?

- Tak. Z tym, że Białorusini wymagają nawet tego, by kupowali bilety w obie strony - również powrotny, mimo że oni nie planują wracać do swoich ojczyzn. To czysty zysk dla białoruskich linii.

Reklama

CZYTAJ TEŻ: "To nie migranci są wrogiem"

Niemal codziennie słyszymy o migrantach zatrzymywanych na terenie Polski, setki kilometrów od granicy z Białorusią. Jak udaje im się przedostać?

- Zakładamy, że do 5 proc. wszystkich nielegalnych migrantów przedostaje się do Polski. Cudzoziemcom, a zwłaszcza kobietom, nie uda się sforsować ogrodzenia z concertiny. Ale jeśli tych osób jest 100 czy 200 i ktoś im pomaga, daje narzędzia do rozcinania drutów czy pontony do przepływania Bugu, a dodatkowo obserwuje nasze patrole, to część z tych osób się przedziera. Następnie są odbierani w umówionym miejscu i jadą w kierunku niemieckiej granicy. Koszt takiego transportu to nawet kilka tysięcy euro.

To wszystko dzieje się w nocy?

- Zazwyczaj tak, ale siłowe próby mamy także w dzień. Wśród tych grup są ludzie, którzy zachęcają pozostałych do przekraczania granicy, "dopingują" ich, a sami pozostają po stronie białoruskiej.

Ogrodzenie wybudowane przez wojsko musi być w opłakanym stanie.

- Praktycznie codziennie jest niszczone, ale na bieżąco je naprawiamy.

Co ile są rozstawione polskie patrole?

- Co kilkaset metrów, czasem trochę bliżej. Funkcjonariusze i żołnierze przemieszczają się, ale pozostają w kontakcie wzrokowym z innymi patrolami.

Jak w praktyce wygląda forsowanie ogrodzenia? Ci ludzie po prostu wbiegają do lasu na oczach funkcjonariuszy?

- Tak, próbują uciekać, rozdzielają się na mniejsze grupy i biegną w różnych kierunkach. My nie będziemy do nich strzelać... W takiej sytuacji wzywane są pozostałe patrole, zatrzymywane są pojedyncze osoby, jeżeli nie wykonują poleceń to również przy użyciu środków bezpośredniego przymusu. Pozostali są poszukiwani.

Co w takich sytuacjach robią białoruscy pogranicznicy?

- Nie reagują albo wręcz zachęcają do przekraczania granicy.

Ilu polskich funkcjonariuszy i żołnierzy strzeże wschodniej granicy?

- W tej chwili na podlaskim odcinku to ponad 7 tys. osób.

To wystarczające siły?

- To się okaże, bo my cały czas ścigamy się ze stroną białoruską. Oni teraz próbują siłowo forsować granicę, bo wiedzą, że skutecznie udaremniamy pojedyncze próby. Od początku roku zapobiegliśmy 20 tys. takich prób. Te osoby wróciły na Białoruś. Od paru dni mamy więcej żołnierzy, patrole są zagęszczone. Dlatego białoruscy funkcjonariusze posuwają się coraz dalej - wypychają ludzi na bagna, a ostatnio wrzucili dwie osoby do Bugu, z czego jedna utonęła.

No właśnie, ilu migrantów zmarło do tej pory na terenie Polski?

- Pierwsze trzy zgony mieliśmy we wrześniu, potem była nieudana akcja reanimacyjna mężczyzny, który prawdopodobnie miał zawał serca. Piąta ofiara to mężczyzna wyciągnięty z Bugu.

A ile osób zostało zatrzymanych w Polsce?

- Do tej pory 1962. Średnio połowa z nich zdecydowała się złożyć wnioski o azyl w Polsce. Ale wielu z nich to po prostu migranci socjalni, którzy chcą poprawić swój byt - przy czym, jak sami przyznają, wcześniej nie żyło im się źle. Często są zachęcani przez rodzinę do przybycia do Berlina, by mieć dobre świadczenia socjalne.

Jak się państwo z nimi porozumiewacie?

- W każdej grupie cudzoziemców jest ktoś, kto bardzo dobrze mówi po angielsku. Część osób zna rosyjski. Mamy dla nich informacje przygotowane w kilku językach. Korzystamy, a od ubiegłego roku, kiedy rozpoczęła się pandemia bardzo często, z tłumaczy on-line, możemy łączyć się za pomocą internetowych komunikatorów.

Pozostałe granice, np. z Niemcami, również zostały wzmocnione?

- Jesteśmy w stałym kontakcie ze służbą niemiecką, wymieniamy się informacjami i doświadczeniami. Mamy trzy wspólne placówki - w Świecku, Zgorzelcu i Kołbaskowie, prowadzimy wspólne patrole. Na pozostałych odcinkach sytuacja jest stabilna. Ale to, co dzieje się na odcinku białoruskim, nigdy wcześniej nie miało miejsca. W ubiegłym roku mieliśmy 30 prób nielegalnego przekroczenia granicy, a w tym już ponad 23 tys.

Jesteście państwo krytykowani przez część społeczeństwa.

- Zarzuca się nam, że jesteśmy bezduszni, ale my nie mamy wpływu na to, że rodziny nie chcą ochrony międzynarodowej w Polsce i tym samym muszą wracać na granicę. Nie rozumiemy, dlaczego dorośli zabierają dzieci w tak niebezpieczną podróż.

Czujecie się pokrzywdzeni?

- Jest nam przykro, bo tak naprawdę wykonujemy tylko przepisy. Jesteśmy empatyczni, zawsze pomagamy tym ludziom, funkcjonariusze sami narażają życie, wchodzą na bagna i wyciągają migrantów. Mamy dane z Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku, z których wynika, że od 1 sierpnia do początku października 230 razy wzywano karetkę do nielegalnych migrantów, z czego 90 proc. razy przez funkcjonariuszy SG. To także dowód na to, że pomagamy tym ludziom. Fundacje zawsze pytają, jak się czują cudzoziemcy, a nikt nie pyta, jak się czują funkcjonariusze, w których rzucano kamieniami czy popychano kłodami. Nikt nie zastanawia się, czy nic im nie jest.

A jak reagują mieszkańcy strefy objętej stanem wyjątkowym?

- Mamy od nich duże wsparcie, oni wyrażają wdzięczność.

Jak wygląda współpraca SG ze wspomnianymi fundacjami, które działają na granicy?

- Współpracujemy z nimi od dawna, teraz chcielibyśmy, żeby zostały utrzymane nasze dobre praktyki wypracowane wcześniej. Fundacje pomagały nam w przeszłości, np. dostarczały środki materialne czy oferowały bezpłatną pomoc prawną dla cudzoziemców. Wcześniej to było uregulowane, a teraz mamy trochę takie działania mało profesjonalne - aktywiści znajdują nielegalnych migrantów i dzwonią do wszystkich, tylko nie do nas. Potem nie wiadomo, gdzie ci ludzie się znajdują. Były dziesiątki przypadków, że jeździliśmy przez pół nocy, szukaliśmy migrantów, a aktywiści zawieźli ich w tym czasie w jakieś inne miejsca, np. do szpitala - bardzo dobrze zrobili, ale niech nas informują.

Może obawiają się, że SG odeśle migrantów na granicę.

- Jeżeli ktoś ubiega się o ochronę międzynarodową w Polsce, to zawsze otrzymuje pomoc.

Kiedy zakończy się ten kryzys?

- Nie wiem, mam nadzieję, że jak najszybciej. Zbliża się zima, ujemne temperatury - z jednej strony wiemy, że będą próby wypychania migrantów do Polski, z drugiej mamy sygnały, że Białorusini zawracają część osób do krajów pochodzenia, bo skończyły im się wizy turystyczne. Migracje są sztucznie wywołane, a Łukaszenka jest nieprzewidywalny. 

Rozmawiał Jakub Oworuszko

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL