Reklama

Lekarz zrobił sobie zdjęcie na tle kolejki ambulansów. "To przestroga"

Sześć karetek oczekujących na przyjęcie do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Zielonej Górze. Na ich tle rozkładający ręce lekarz pogotowia Robert Górski. Takie zdjęcie wrzucił do sieci. Napisał: "Życzę wszystkim dużo zdrowia i trzeźwości w okresie świąteczno-noworocznym". W rozmowie z Interią tłumaczy: - To przestroga. W najbliższych dniach będzie trudno dostać pomoc lekarską, kiedy faktycznie jej potrzebujemy.

Robert Górski jest lekarzem pogotowia ratunkowego w Zielonej Górze. Pytamy o dzień, w którym zrobił opublikowane w sieci zdjęcie.

- Miałem wtedy osiem wyjazdów. Gdyby oczekiwania przed szpitalem nie było, tych interwencji zrealizowalibyśmy na pewno więcej. A zapotrzebowanie było duże: jak tylko przekazywaliśmy pacjenta i na tablecie klikaliśmy "powrót do bazy", od razu dostawaliśmy kolejne wezwania - opowiada nam lekarz.

Czy musiałeś skorzystać z pomocy lekarza w okresie świąteczno-noworocznym? Skomentuj artykuł na Facebooku!

Reklama

I podkreśla, że problem tkwi w nasilonym sezonie infekcyjnym. - Głównym winowajcą jest grypa, do tego dochodzi RSV i COVID-19. Takie kolejki, jak na zdjęciu, w tej chwili są wszędzie. Nie tylko do szpitalnych oddziałów ratunkowych, ale i do lekarzy rodzinnych czy nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej - dodaje.

Lekarz wyjaśnia: - Nocna i świąteczna opieka zdrowotna to miejsce, do którego powinniśmy się zgłaszać po zamknięciu gabinetów lekarzy rodzinnych. W Zielonej Górze znajduje się ona przy pogotowiu, a w innych miastach głównie przy szpitalach. Rozmawiałem z osobami, które tam pracują. Usłyszałem, że tylko w pierwszy dzień świąt lekarz pediatra przyjął 160 dzieci. Teraz wcale nie jest lepiej. Co ciekawe, tylko czworo z nich dostało skierowanie do szpitala na izbę przyjęć, a na oddział trafiło dwoje. Reszta wróciła do domu, w większości przypadków rodzice dostali zalecenie podania leków dostępnych bez recepty.

Lekarz: Pacjenci nadużywają konsultacji lekarskich

Zdaniem Roberta Górskiego Polacy nadużywają konsultacji lekarskich. - I to jest przerażające. Nie wiedzą, co mają zrobić, jak boli gardło, kaszlą i mają gorączkę. To, że dziecko ma infekcję, jest normalne, każdy młody człowiek złapie ich kilka, a może nawet kilkadziesiąt - wyjaśnia.

Jak w takich sytuacjach powinniśmy reagować? - Zwykły kaszel, ból gardła nie są wskazaniem do wizyty w przychodni. Można udać się do apteki i poprosić o poradę farmaceutę w doborze leku dostępnego bez recepty. Jeżeli pojawia się gorączka, to mamy do dyspozycji ibuprofen, paracetamol, które dla dzieci dostępne są również w zawiesinie łatwej do podania za pomocą aplikatora z podziałką. To również leki dostępne bez recepty i każdy odpowiedzialny rodzic powinien mieć je w zapasie w domowej apteczce. Każdy jest w stanie sobie z tym poradzić, bo na opakowaniach jest tabelka pokazująca, jaką ilość leku podać w zależności od wagi dziecka. Po kilku dniach objawy powinny ustąpić - tłumaczy lekarz. 

Podkreśla: - Przyłożenie stetoskopu przez lekarza nie leczy. Tworzenie kolejek przez pacjentów z banalnymi infekcjami wydłuża udzielanie pomocy naprawdę chorym ludziom.

Kolejki do lekarza. "W Austrii pacjenci są mniej roszczeniowi"

- Tego nie ma w innych europejskich krajach - wskazuje Robert Górski. Opowiada o tym, jak to wygląda w Austrii, Szwecji i Czechach.

- Kiedyś byłem na nartach w Austrii i potrzebowałem recepty na antybiotyk, bo w tym kraju nie uznawano recept wystawionych przez polskich lekarzy. Konsultant z infolinii ubezpieczalni skierował mnie do pobliskiego szpitala, z którym firma miała podpisaną umowę. Uderzyło mnie to, że w ich szpitalnym oddziale ratunkowym nie było kolejek. Zamieniłem kilka słów z lekarzem dyżurnym i pytałem, jak oni to robią. Odpowiedział, że w Austrii większość ludzi potrafi sobie samemu poradzić, wiedzą jakie leki dostępne bez recepty mogą kupić i są po prostu mniej roszczeniowi - relacjonuje lekarz. 

Dodaje też, że w tym kraju jest duży udział pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy mają pierwszy kontakt z pacjentem. - Chorzy uzyskują od nich poradę i są oceniani, czy kwalifikują się do konsultacji lekarskiej - wyjaśnia.

- W Szwecji też to inaczej wygląda. Pamiętam słowa polskiego lekarza, który w tym kraju jest lekarzem rodzinnym i jednego dnia ma zapisanych maksymalnie ośmiu chorych. Wcześniej w Polsce przyjmował ich 50. Teraz do jego gabinetu trafiają osoby naprawdę chore - mówi Robert Górski. 

Pozostali pacjenci radzą sobie sami za pomocą leków dostępnych bez recepty. - Jeżeli te nie pomagają, są najpierw konsultowani przez pielęgniarki i pielęgniarzy, którzy mają jasno określone procedury, dzięki którym udzielają porad i ewentualnie umawiają chorych na konsultację lekarską, za którą mimo ubezpieczenia trzeba zapłacić kilkadziesiąt złotych - dodaje.

- Szwedzi wychodzą z założenia, że jak coś jest za darmo, to się to mniej szanuje. Ludzie to rozumieją i się przeciwko temu nie buntują. Opłata jest również pobierana za nieprzyjście na umówioną wizytę. W naszym systemie, szczególnie w poradniach specjalistycznych, nieprzychodzenie na umówione wizyty jest plagą i niepotrzebnie wydłuża kolejki - wskazuje lekarz.

- Podobne rozwiązanie problemu niepotrzebnych wizyt wprowadzili też Czesi. Tam obowiązuje symboliczna opłata za konsultację lekarską odpowiadająca kilkunastu polskim złotym. To jest kwota, na którą każdego stać i która skutecznie ogranicza niepotrzebne wizyty w przychodniach - mówi.

Apel o trzeźwość. "Połowa wyjazdów do tych, którzy nadużywają alkoholu"

- Napisałem o zdrowiu, ale i o trzeźwości, bo Polacy nadużywają alkoholu przez cały rok, a w okresie świątecznym, sylwestrowym, jeszcze bardziej to widać - mówi Robert Górski. Cały czas ma takie dyżury, podczas których połowa, a nawet trzy czwarte zgłoszeń jest spowodowana nadużywaniem alkoholu

- Zbieramy ludzi, którzy pod wpływem przewrócą się, dostaną jakiegoś urazu. Albo po prostu piją tak długo, że wysiadają im wątroba czy trzustka i wymagają hospitalizacji. Jeździmy też niestety do takich osób, które upiły się i śpią na ławce w parku. One w większości nie potrzebują żadnej pomocy medycznej, a wymagają jedynie umieszczenia w radiowozie, którym policjanci lub strażnicy miejscy wykonają przewóz do izby wytrzeźwień - wymienia lekarz.

- W mojej Zielonej Górze są cztery karetki podstawowe oznaczone literą P, w których jeździ dwóch ratowników medycznych i jedna karetka specjalistyczna oznaczona literą S, na pokładzie której znajdują się lekarz i dwóch ratowników medycznych. Jesteśmy jedną z nielicznych stacji w kraju, w której 100 proc. lekarzy to specjaliści medycyny ratunkowej. Z założenia mój zespół powinien wyjeżdżać do poważnych stanów: zatrzymania krążenia, urazów wielonarządowych, poparzonych dzieci, czyli wszędzie tam, gdzie są potrzebne umiejętności i uprawnienia, których nie posiadają ratownicy medyczni. Niestety w praktyce często wysyłani jesteśmy też do spraw błahych, bo jesteśmy ostatnim wolnym ambulansem na placu, a polskie prawo zabrania dyspozytorom medycznym "trzymać nas w zapasie", gdy są inne wezwania - wyjaśnia lekarz. 

- Wychodzi na to, że Polska szkoliła mnie przez 12 lat na specjalistę medycyny ratunkowej, żeby na końcu marnować mój potencjał i wysyłać do skręconych kostek czy przeziębienia - ocenia. I dodaje, że w tym czasie jego zespół może być potrzebny w innym miejscu. - A w stanach nagłych każda minuta ma znaczenie dla zdrowia i życia człowieka - podkreśla.

- Od lat nasze środowisko apeluje do rządu o wprowadzenie systemu "rendez vous", który sprawdził się na Zachodzie. Rozwiązanie polega na tym, że lekarz jeździ z kierowcą ratownikiem medycznym samochodem osobowym na wezwanie zespołów podstawowych i w razie potrzeby przesiada się do ambulansu, aby przetransportować pacjenta do szpitala. W tym układzie nie ma możliwości wysłania lekarza "z kolejki" na wizytę, na której jego obecność jest zbędna - opowiada.

Pacjenci znają słowa klucze. Karetka jak taksówka

Robert Górski mówi, że ludzie znają słowa klucze, których używają w rozmowie z dyspozytorem, aby karetka na pewno do nich przyjechała. Choć wcale danych objawów nie mają. - Ja w takich chwilach nie mam litości, wzywam patrol policji, a on nakłada na takiego pacjenta mandat. Jak jesteśmy na takiej wizycie, ktoś inny może umrzeć - tłumaczy.

- Ci ludzie kiedyś sami mogą znaleźć się w takiej sytuacji. Ktoś ich potrąci i będą na mrozie leżeć na pasach nie pięć minut, a 30 - dodaje.

Opowiada o jednym zdarzeniu: - Miałem wezwanie do 24-latka, do bólu brzucha, który trwał od tygodnia. Na miejscu okazało się, że trzy godziny wcześniej była u niego inna karetka, dostał leki i zalecenie, że jak się będzie dalej źle czuł, to może udać się do lekarza rodzinnego lub nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej. Na pytanie, dlaczego tak nie zrobił, odpowiedział, że taksówka wiozłaby go po dziurach na asfalcie i brzuch by go bardziej bolał. A karetka po tych dziurach nie jeździ? Był spakowany, gotowy, próbował zrobić sobie z nas bezpłatną taksówkę. W tym czasie, w innej części Zielonej Góry, doszło do zatrzymania krążenia, w ciasnym warsztacie, gdzie trudno było pacjenta wydobyć, uciskać klatkę piersiową i zaintubować. Myślę, że gdyby pojechał tam nasz zespół, z jedną dodatkową osobą i lekarzem, który ma większe doświadczenie i uprawnienia, ten pacjent miałby większe szanse przeżycia. Niestety zmarł.

Przestroga. "Dbajmy o siebie"

- Moje zdjęcie jest więc taką przestrogą. W najbliższych dniach będzie trudno dostać pomoc lekarską, kiedy faktycznie jej potrzebujemy. Stąd te życzenia zdrowia i trzeźwości - mówi na koniec Robert Górski.

I dodaje: - W trakcie pandemii koronawirusa też apelowałem do ludzi, aby dbali o swoje zdrowie i unikali ryzykownych zachowań, szczególnie pod wpływem alkoholu. W tamtym czasie dojazd pogotowia był z góry opóźniony. Teraz nie jest tak krytycznie, występują poważne utrudnienia w szybkim dojeździe zespołów ratownictwa medycznego. Dbajmy o siebie. 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Grypa | pogotowie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy