Reklama

Dzieci chorują na potęgę. Największa fala zakażeń od lat. Brakuje miejsc

Córka Agnieszki obudziła się z objawami infekcji. Na wizytę u pediatry tego samego dnia nie mogła niestety liczyć. - Dzwoniłam do poradni 25 razy. Kiedy pani w rejestracji odebrała telefon, usłyszałam, że miejsc brak - opowiada kobieta. Lekarze w rozmowie z Interią potwierdzają: tegoroczny sezon infekcyjny jest intensywny, chorują dzieci, przez co kolejki do pediatrów i lekarzy rodzinnych są długie - na wizytę można oczekiwać nawet kilka dni. Zdesperowani rodzice, spotykając się z taką sytuacją, nie czekają. Jadą do szpitali na izbę przyjęć. - W święta był moment, w którym w kolejce czekało 80 dzieci. Czas oczekiwania wynosił nawet 10 godzin - mówi nam rzeczniczka Wielkopolskiego Centrum Pediatrii. Oddziały pediatryczne również są przepełnione.

Agnieszka poszukiwania lekarza rozpoczęła we wtorek, jeszcze przed świętami. - Zazwyczaj korzystamy z usług pobliskiej przychodni, na NFZ. Zasady panujące w niej są takie: trzeba zapisać się telefonicznie, dzwoniąc od godziny 7:30 do 12 i zawsze, ale to zawsze, mieliśmy wizytę tego samego dnia. Jeśli dodzwonisz się szybko, to masz wizytę u pediatry. Jeśli uda ci się później, przyjmuje cię lekarz rodzinny - wyjaśnia.

"Nie dam rady, mam komplet"

- Zazwyczaj przy ósmej, dziewiątej próbie udawało mi się zapisać do któregoś z powyższych. Tym razem dzwoniłam 25 razy. Kiedy się w końcu dodzwoniłam, pani powiedziała: miejsc brak. I do pediatry, i do rodzinnych. Jedyną szansą było przyjechać i próbować się dostać do gabinetu miedzy pacjentami, by zapytać lekarza, czy przyjmie na koniec dziecko. Z chorym dzieckiem nie chciałam ryzykować takiej ruletki, wiec obdzwoniłam wszystkich znanych mi pediatrów. Żaden nie miał wolnych miejsc - opowiada.

Reklama

Ostatecznie pojechała do przychodni, do której dzwoniła w pierwszej kolejności. - Zastałam tłum chorych dzieci i lekarza, który doradził mi "w biegu", żeby oczy przemywać rumiankiem, a na kaszel robić inhalacje. Powiedział: "Nie dam rady osłuchać małej, bo mam już komplet" - relacjonuje Agnieszka.

- Została nam wizyta w aptece i leki bez recepty - dodaje. Następnego dnia, o świcie, jej partner pojechał do przychodni, aby ustawić się w kolejce do rejestracji. O 7 rano był 12. w kolejce. 10 minut później kolejka liczyła już 50 osób.

300 tys. zachorowań na grypę. Kolejki do lekarza

Przed świętami, między 16 a 22 grudnia, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego - Państwowy Zakład Higieny odnotował 297 tys. przypadków zakażenia wirusem grypy. Połowa chorych to dzieci. Lekarze w rozmowie z Interią mówią o trudnym, intensywnym sezonie infekcyjnym. W ich ocenie nie było takiego od lat.

Joanna Zabielska-Cieciuch, lekarka rodzinna z Białegostoku i prezes Podlaskiego Związku Lekarzy Pracodawców Porozumienie Zielonogórskie, mówi Interii: - We wtorek przyjęliśmy 152 pacjentów. 70 proc. to młodzi ludzie i dzieci. Mali pacjenci niestety nie są szczepieni przeciwko grypie, na populację 1500 dzieci tylko czwórka została zaszczepiona. W Polsce problem grypy jest bagatelizowany.

- To prawda, że do lekarza może być trudno się dostać, bo pacjentów jest bardzo dużo. Rozumiem niepokój rodzica z dzieckiem z gorączką i kaszlem. Jednak zbadanie go trwa, a czas nie jest z gumy - wskazuje.

Nie mogą dostać się do POZ, wybierają szpital

Część rodziców, nie mogąc dostać się do podstawowej opieki zdrowotnej, udaje się z dzieckiem do szpitala. - Mamy ogromną liczbę zgłoszeń do naszej izby przyjęć - mówi Interii Urszula Łaszyńska, rzecznik prasowy Wielkopolskiego Centrum Pediatrii. Przyjmuje w niej jeden pediatra, a w czasie świąt był moment, w którym w kolejce czekało 80 dzieci. Czas oczekiwania wynosił nawet 10 godzin.

Łaszyńska podkreśla, że większość z tych pacjentów nie powinna w ogóle trafić do szpitala. - Z 25 na 26 grudnia, w ciągu doby, mieliśmy 195 zgłoszeń w trybie ostrym, z czego tylko 28 zostało zakończonych hospitalizacją. To jest szpital, powinni tu przychodzić wyłącznie pacjenci w stanach nagłych, pilnych, w stanach zagrożenia życia i zdrowia dziecka. Pozostali pacjenci, na przykład z infekcjami, z gorączką, muszą kierować się do gabinetów podstawowej opieki zdrowotnej lub "wieczorynek" - wyjaśnia. 

I podkreśla, że rodzice w ostatnich tygodniach w pierwszej kolejności wybierają szpital, bo w POZ nie ma terminów, ciężko się dostać do pediatry, albo nie wiedzą gdzie pójść, kiedy dziecko choruje w nocy czy w święto. - Nasza izba przyjęć stała się w dużej mierze ambulatorium - zaznacza.

- Nasz szpital jest tylko przykładem. To problem, który dotyczy szpitali w całej Polsce. Rodzice nie wiedzą, dokąd zgłosić się z chorującym dzieckiem. Personel jest przepracowany, jest go za mało - dodaje.

I wskazuje: - My nie dysponujemy większą liczbą personelu, nie możemy wzmocnić kadry w izbie przyjęć, bo lekarze nie mogą opuścić pacjentów na oddziałach.

W trzech województwach 90 proc. łóżek zajętych

Oddziały również są wypełnione po brzegi. Według danych Ministerstwa Zdrowia w całym kraju na oddziałach pediatrycznych zajętych jest niemal 67 proc. łóżek. W trzech województwach - lubelskim, podkarpackim i podlaskim - obłożenie przekracza 90 proc.

W całym woj. wielkopolskim 77 proc. łóżek pediatrycznych jest zajętych. Dr Ewelina Gowin, pediatra i specjalista chorób zakaźnych, zastępczyni kierownika Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego w Wielkopolskim Centrum Pediatrii, mówi nam, z czym tutaj mierzą się mali pacjenci. 

- W tej chwili mamy bardzo trudny sezon, w którym małych pacjentów atakują trzy wirusy: grypa, RSV i SARS-CoV-2. Dominuje RSV, przede wszystkim u dzieci do trzeciego roku życia. Najbardziej zaskakują hospitalizacje tych najmłodszych, noworodków i niemowląt do trzech miesięcy. W poprzednich sezonach czegoś takiego nie widzieliśmy - podkreśla.

- To jest skutek pandemii. Noworodki w pierwszych tygodniach życia bazują na odporności, którą matka przekazała im w czasie ciąży. Jeżeli nie chorowała, przez dwa lata nie miała kontaktu z powszechnymi wirusami powodującymi infekcje dróg oddechowych, to przeciwciał nie ma, albo ma ich za mało, aby dziecko ochronić. Do tej zwiększonej liczby hospitalizacji dokładają się też przybysze z Ukrainy, mamy w szpitalu również takie dzieci. Jest nas po prostu więcej i w szpitalach też to widać - wyjaśnia lekarka.

Chorują poważniej, pobyty się wydłużają

Dr Ewelina Gowin mówi też, że dzieci chorują poważniej, niż w poprzednich sezonach. - Wielu małych pacjentów wymaga wsparcia tlenowego, pobytu na oddziale intensywnej opieki medycznej, również podłączenia do respiratora. Pobyty wydłużają się i trwają zazwyczaj tydzień - dla pojedynczego pacjenta to nie jest dużo, ale już w skali szpitala zaczyna to być problem - dodaje. I podkreśla, że szpital pracuje cały czas. - Zawsze jakieś miejsce znajdziemy, ale zasadniczo jest to praca na pełnym obłożeniu - wskazuje.

Trudna sytuacja jest też w Małopolsce. Tu 82 proc. łóżek pediatrycznych jest zajętych. Dr Lidia Stopyra, ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu im. Stefana Żeromskiego w Krakowie mówi Interii, że pacjentów w oddziale wciąż przybywa.

- Zwiększyliśmy liczbę łóżek w salach, gdzie była taka możliwość. Mamy obecnie 30 miejsc i około 40 dzieci, a więc ponad stan. Jeszcze dwa tygodnie temu dominowały infekcje RSV, teraz to się wycisza i na pierwszy plan wchodzi grypa. Ponad połowa naszych małych pacjentów się z nią mierzy - dodaje.

Powód? "Nie szczepimy się"

- Powód jest znany: nie szczepimy się. Mówiliśmy o tym od września, kiedy pojawiła się szczepionka. My prowadzimy w oddziale bezpłatne szczepienia dla pacjentów pomiędzy szóstym miesiącem a piątym rokiem życia, zainteresowanie było i jest bardzo marne. Jeżeli już chorujemy, to jest za późno na szczepienie. Jeśli nie, możemy próbować, ale czy uda się dzięki temu uniknąć choroby, trudno powiedzieć. Bo mogliśmy już mieć kontakt z wirusem. Szczepienie na pewno jednak nie zaszkodzi - wyjaśnia dr Lidia Stopyra.

Lekarka podkreśla: - Grypa to bardzo poważna choroba.

- Kiedy w przedszkolu ktoś zachoruje, to chorować będą praktycznie wszystkie niezaszczepione dzieci. Nie każde trafi do szpitala na oddział, tu hospitalizujemy tylko te z ciężkim przebiegiem i powikłaniami, większość choruje w domu. Tych zakażeń jednak jest bardzo dużo. Można było tego uniknąć - uważa dr Stopyra.

Czytaj też: Od 3 stycznia można dostać 135 tys. zł. Tak duże pieniądze jednak nie dla wszystkich

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Grypa | RSV

Reklama

Reklama

Reklama