Reklama

Reklama

"Donald lubi składać propozycje nie do odrzucenia". Lewica jest na celowniku

"Mieszkanie prawem człowieka", aborcja do 12. tygodnia ciąży, pilotaż czterodniowego tygodnia pracy - kolejne składane przez Donalda Tuska progresywne deklaracje nie są dziełem przypadku. Ich celem jest Nowa Lewica i jej poparcie społeczne. - Pomysł jest taki, żeby konsekwentnie ją osłabiać i koniec końców sprowadzić do poziomu 4 proc. albo jak kiedyś Trzaskowski Biedronia - 2 proc. - przekonuje w rozmowie z Interią jeden z polityków Platformy Obywatelskiej.

Objazd kraju przez Donalda Tuska, w ramach którego były premier spotyka się z wyborcami oraz partyjnym aktywem, zaowocował mocnym prospołecznym i progresywnym zwrotem Koalicji Obywatelskiej. Nie brakuje głosów, że zwrot ten jest wręcz lewicowy, bo obok postulatów ekonomicznych i społecznych są również postulaty obyczajowe.

- To jest efekt lektury sondaży - mówi Interii wieloletni polityk Platformy, którego pytamy o rzucającą się w oczy zmianę kursu największej formacji opozycyjnej. - Jesteśmy najmocniejsi w grupie młodych wyborców, a miażdżąca większość naszego elektoratu popiera liberalizację aborcji, związki partnerskie czy rozdział państwa od Kościoła. Dobrze, że w końcu zaczynamy mówić do naszego elektoratu to, co on chciałby usłyszeć, a nie to, co nam wydaje się dla niego najlepsze - dodaje nasz rozmówca.

Reklama

W lewo zwrot

Powyższe słowa znajdują odzwierciedlenie w tym, co mogliśmy usłyszeć od przewodniczącego Tuska w ostatnich tygodniach. Szef Platformy złożył Polakom w ostatnim czasie całą gamę obietnic. Zapewnił, że po dojściu Koalicji Obywatelskiej do władzy nastąpi rozdział państwa od Kościoła, zalegalizowana zostanie aborcja do 12 tyg. ciąży oraz związki partnerskie

Były premier poruszył też kwestie ekonomiczne. Na spotkaniu z młodymi działaczami PO w Małopolsce oznajmił, że własne mieszkanie powinno być prawem człowieka, a nie towarem. Z kolei w zachodniopomorskim powiedział, że po zmianie władzy jego formacja rozpocznie pilotażowy program czterodniowego tygodnia pracy.

Zwłaszcza dwie ostatnie propozycje wywołały wyjątkowo ożywioną dyskusję. Między innymi dlatego, że znacznie wcześniej wychodziła z nimi Partia Razem, z którą gospodarczo Platformie raczej nigdy nie było po drodze. Zresztą w kilka chwil po ogłoszeniu każdej z tych dwóch propozycji przez Tuska jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych wpisy przypominające rozmaite wypowiedzi działaczy i polityków PO niezostawiających suchej nitki na haśle "mieszkanie prawem, nie towarem" czy propozycji skróconego tygodnia pracy.

"To miłe, że program Razem zyskuje popularność. Tylko co teraz zrobić z posłami PO, którzy twierdzili, że krótszy czas pracy to KOMUNIS!!!11? Oczywiście nie wątpię w ich przemianę duchową. Z ostrożności sugeruję jednak głos na ludzi, którzy ten program pisali, a nie zwalczali" (pisownia oryginalna) - ironizował na Twitterze jeden z liderów Lewicy Adrian Zandberg.

- Polski rynek pracy opiera się na kiepsko zorganizowanej harówce. Pracujemy niemal najdłużej w Europie - to już słowa Zandberga z niedawnego wywiadu dla Tygodnika Interii. - Badania jasno pokazują, że zmniejszenie godzin pracy poprawia efektywność. Uważam, że powinniśmy skrócić czas pracy i ograniczyć patologiczne nadużywanie nadgodzin. Żeby to było możliwe, trzeba budować przewagi w innych konkurencjach - podkreślił jeden z liderów Partii Razem.

Zmianę retoryki Tuska i Platformy za dobrą monetę bierze szef klubu parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski. - Donald Tusk przygotowuje Polaków i swój elektorat do współrządzenia z Lewicą. I to jest dobre, możemy się tylko cieszyć. Bo tak właśnie jest, bez Lewicy nie da się odebrać władzy PiS-owi i rządzić Polską - przekonuje w rozmowie z Interią. I dodaje: - Lewicowe postulaty wreszcie trafiły do mainstreamu i są dyskutowane jako najważniejsze kwestie dla Polski i Polaków.

Prof. Przemysław Sadura, socjolog polityki z Uniwersytetu Warszawskiego: - Myślę, że panuje konsensus nie tylko w opozycji, ale też wśród komentatorów, że inflacja, drożyzna i rosnące raty kredytów to są i będą główne tematy nadchodzącej kampanii. To, że Platforma podbiera hasła Lewicy, nie jest zaskoczeniem, bo miało to już miejsce w przeszłości. Niezależnie w jakiej konfiguracji opozycja pójdzie do wyborów, Platforma i tak musi mieć u siebie postulaty lewicowe. Komfort PO polega na tym, że jako partia typu "catch-all" może głosić postulaty zarówno lewicowe, jak i nielewicowe, może skręcać raz w lewo, raz w prawo. 

Wciąż pozostaje jednak pytanie, jak na kolejne prospołeczne propozycje Tuska zareaguje twardy elektorat Platformy oraz partyjny aktyw. I jedni, i drudzy dotychczas opowiadali się za podnoszeniem prestiżu i opłacalności pracy, zmniejszeniu obciążeń socjalnych państwa i poprawie losu przedsiębiorców. Najnowsze deklaracje Tuska mogą wywołać u nich pewien dysonans. Albo nawet bunt.

Propozycja nie do odrzucenia

- Donald chce iść szeroko, chce zbudować dwa mocne skrzydła jak za dawnych czasów, jednocześnie osadzając całą partię w centrum. Przecież z jednej strony mówi o mieszkaniach, które są prawem, nie towarem, ale z drugiej odwołuje się do ks. Tischnera, czyli dobrej twarzy polskiego Kościoła - zamysł przewodniczącego PO tłumaczy nam jeden z naszych informatorów w partii.

Priorytetem Tuska i władz Platformy jest doprowadzenie do powstania jednej, wspólnej listy opozycji, na której to Platforma byłaby głównym graczem, liderem spajającym całą antypisowską scenę polityczną. - Jedna, wspólna lista to dzisiaj nasza doktryna. Jeśli nie uda się jej utworzyć, to musimy myśleć o stworzeniu jak najszerszego własnego bloku kosztem konkurencji - mówi nam wprost polityk PO, znający kulisy partyjnych ustaleń.

Oczywiście w Platformie zdają sobie sprawę, łącznie z Tuskiem, że może nie udać się powołać jednego antypisowskiego bloku, który przeciwstawi się wyborach Zjednoczonej Prawicy. W końcu w szeregach opozycji wciąż żywe jest rozczarowanie wynikiem wspólnej listy w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku. Opozycja przegrała je wyraźnie, chociaż była to najłatwiejsza dla niej elekcja do pokonania obozu władzy.

Jeśli nie uda się wystartować w jednym bloku, Platforma nie będzie zainteresowana startem dwóch oddzielnych, opozycyjnych list - centrolewicowej z PO i Lewicą oraz centroprawicowej z PSL i Polską 2050. Nasi rozmówcy z Platformy przekonują, że w takiej sytuacji Tusk zechce wskrzesić koncepcję Platformy, czy też Koalicji Obywatelskiej, jako formacji typu "catch-all", a więc masowej, czerpiącej poparcie z różnych grup społecznych i zawodowych, przyciągającej zwolenników różnych światopoglądów. Dokładnie tak, jak miało to miejsce w latach 2007-15. Dzisiaj jest o to trudno, bo po lewej stronie Tusk ma wciąż dość silną Lewicę, z kolei po prawej PSL i Polskę 2050.

- Największym problemem Donalda jest dzisiaj Lewica. Dlatego pomysł jest taki, żeby konsekwentnie ją osłabiać i koniec końców sprowadzić do poziomu 4 proc. albo jak kiedyś Trzaskowski Biedronia - 2 proc. Wtedy będzie można otworzyć drzwi dla części polityków Lewicy i wpuścić ich na listy - twierdzi jedno z naszych źródeł w PO. - Jesteśmy najwięksi i to daje nam handicap względem Lewicy - dodaje nasz rozmówca.

Inny z naszych informatorów z wewnątrz PO zdradza powody zauważalnego prospołecznego zwrotu Platformy i samego Tuska. Ma to być swoisty pokaz siły na zasadzie: jesteśmy więksi i silniejsi, jeśli zechcemy, możemy przejąć wasz program i wasze hasła, a wy nic z tym nie zrobicie. - To dla Lewicy coś w rodzaju propozycji nie do odrzucenia. A, jak wiemy, Donald uwielbia składać propozycje nie do odrzucenia - słyszymy.

Prośbą lub groźbą

Zanim jednak ta propozycja zostanie złożona, mamy demonstrację siły i zamiarów, połączoną z próbą polubownego załatwienia sprawy. Pod koniec czerwca pisaliśmy w Interii, że relacje Tuska z Włodzimierzem Czarzastym uległy poprawie, politycy zaczęli rozmawiać o wspólnych planach, ale kością niezgody pozostaje forma startu w wyborach parlamentarnych. Jak napisaliśmy, priorytetem Platformy jest jedna, wspólna lista opozycji, podczas gdy Lewica ma do tej koncepcji znacznie większy dystans.

Tego dystansu nie zdołał zmniejszyć nawet Aleksander Kwaśniewski. Jak pisaliśmy na łamach Interii, to właśnie były prezydent miał przyczynić się do poprawy relacji pomiędzy Tuskiem i Czarzastym. - Pomagał Czarzastemu w przetarciu szlaków. Chodziło o spotkanie, rozmowę, spędzenie odrobiny czasu. W końcu padła nawet deklaracja, że panowie nie będą się nawzajem atakowali. Nie można tego oczywiście powiedzieć o działaczach z obydwu stron - twierdził jeden z informatorów Jakuba Szczepańskiego.

Sam Kwaśniewski swoją rolę mediatora pomiędzy Lewicą i Platformą opisał zaś tak: - Tłumaczyłem Tuskowi, że lewicy nie da się wyrugować. Można ją na tyle osłabić, że nie wejdzie do parlamentu, ale głosy przypadną PiS-owi. Powiedziałem mu też, że warto byłoby nawiązać kontakt z Nową Lewicą, Włodzimierzem Czarzastym, Robertem Biedroniem. Opowiedziałem mu, jakie to osoby, żeby obalić stereotypy, które panują, kiedy ludzie się nie znają. Potem sprawy potoczyły się swoją drogą.

Prof. Przemysław Sadura zauważa, że próba wchłonięcia czy zmarginalizowania Lewicy przez Platformę byłaby ryzykowna nie tylko z perspektywy samej PO, ale również interesów całej opozycji. - Platforma jest bliska przekroczenia linii, za którą Lewica będzie zmuszona skoncentrować się na walce z PO o własną tożsamość, a nie z PiS-em o lepszy pomysł na Polskę. To byłoby ze szkodą dla całej opozycji - tłumaczy Interii socjolog polityki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Co na to władze Platformy? Jak na razie robią pokerową minę i mówią, że nie ma tematu przejmowania elektoratu czy haseł Lewicy. - Odpowiadamy na to, co mówi i czego oczekuje nasz elektorat. Lewica to nie nasz problem, nie zamierzamy się z nimi na nic ścigać - zapewnia nas sekretarz generalny PO Marcin Kierwiński.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy