Reklama

Mniejsze dobro

Polityka polega z grubsza na tym, że gdy Donald Trump obraził żonę swego republikańskiego konkurenta Teda Cruza, ten przez jakiś czas trwał w oburzeniu, hamletyzował, ale w końcu schował prywatne przekonania i poparł w kampanii przyszłego prezydenta. Uznał, że idealizm mu się nie opłaca, bo ucierpi na tym partia i jego własna kariera. Tego typu wyboru - trwać przy idealizmie czy uprawiać politykę - musieli dokonać liderzy polskiej opozycji, gdy decydowali się na nieprzeszkadzanie PiS-owi w uchwaleniu niekonstytucyjnej ustawy o Sądzie Najwyższym, która podobno ma zielone światło ze strony Brukseli i ma pomóc w uruchomieniu europejskich funduszy. Wyszła z tego katastrofa, która może mieć dalekosiężne skutki, ale nie musi.

W jednej ze swych wspaniałych ballad słynny francuski pieśniarz Georges Brassens śpiewał o tym, że generalnie warto umierać za idee, ale może niekoniecznie natychmiast, a najlepiej w dalekiej przyszłości. Wiadomo, że jest to ballada o hipokryzji, która cechuje wielu zapalonych rewolucjonistów. Często przecież co innego mówią, a co innego robią. Oburza to zwykłych ludzi, a nawet wywołuje szok, na przykład gdy nakrywają wielkiego przeciwnika palenia na potajemnym uprawianiu nikotynizmu, piewcę bezpiecznej jazdy na przekraczaniu prędkości albo waleczną feministkę na praktykowaniu patriarchalnego modelu rodziny w życiu prywatnym. Woody Allen zrobił nawet o tego typu obłudzie zabawny film "Bananowy czubek", w którym przywódca walki o wolność tuż po wygranej zamienia się w szalonego satrapę.

Reklama

Wiele osób odczuwa mdłości, gdy przekonuje się naocznie, że w polityce obowiązuje zupełnie inna moralność i zupełnie inny system wartości, niż w powszechnym wyobrażeniu. W świecie polityki w okamgnieniu można przeistoczyć się z walecznego obrońcy konstytucji w gracza, dla którego umowa społeczna, trójpodział władzy czy rejestr symboliczny nie są przeszkodą w strategicznych kompromisach. Liderzy opozycyjni postanowili, że bardziej będzie im się opłacał gniew ich własnego elektoratu, który nie rozumie, że można nagle mieć nonszalancki stosunek do praworządności noszonej przez lata na sztandarach, niż wielomiesięczne oskarżenia ze strony PiS o blokowanie środków z Krajowego Planu Odbudowy. Wielu obserwatorów uważa jednak, że uczestnicy tej gry cnotę stracili, rubla nie zarobili, a Jarosław Kaczyński zaciera ręce, ponieważ bez względu na wszystko opozycja i tak będzie atakowana bez taryfy ulgowej.

Liderzy opozycyjni wybrali jednak taką politykę, licząc na to, że w ten sposób nie dadzą się rozegrać władzy. Wyszło inaczej, ponieważ w społecznym odbiorze Kaczyński - mimo sprzeciwu Zbigniewa Ziobry i braku większości w Sejmie - osiąga wszystkie cele, jakie sobie zakłada, a opozycja zostaje z ręką w nocniku. Skłócona, ograbiona z wartości, które budowały jej moralną siłę przez ostatnie lata, niepotrafiąca dobrze wytłumaczyć elektoratowi własnej strategii. Dziś Koalicja Obywatelska oskarża Szymona Hołownię o zdradę, bo jego posłowie byli przeciw pisowskiej ustawie i chwalą się trwaniem przy ideałach, choć podobno wszyscy byli umówieni na wstrzymanie się od głosu. Ale czyż nie jest to właśnie doskonały przykład na to, że skoro w polityce, zwłaszcza współczesnej, wszystkie chwyty są dozwolone, to pretensje zależą od punktu siedzenia?

Wybór mniejszego zła okazał się dla opozycji wyborem mniejszego dobra. Nie przygotowali się do tej rozgrywki - na przykład poprzez napisanie własnej ustawy, wielotygodniową kampanię informacyjną dla swojego elektoratu, nawiązanie osobistego dialogu z Brukselą, proponowanie zgodnego z konstytucją kompromisu itp. - a PiS osiągnął swoje cele niewielkim kosztem politycznym. Na jednym posiedzeniu Sejmu przeprowadził ustawę sądową z odrzuceniem poprawek opozycji, wprowadził do ordynacji korzystne dla siebie zmiany i uchwalił "lex pilot", dzięki czemu kanały rządowej telewizji będą na pierwszych miejscach w ofercie kablówek. Opozycja zaś została z niesmakiem i balladą na ustach, że środki z KPO są Polsce potrzebne, choć każdy wie, że PiS w pierwszej kolejności potrzebuje ich do propagandowego używania w kampanii wyborczej.

Czy to wszystko może się skończyć dla opozycji poważnymi kłopotami, na przykład jeśli w Sejmie przepadną jej senackie poprawki, prezydent złagodzi swój opór, Komisja Europejska puści przelew po uchwaleniu ustawy wiatrakowej, a Mateusz Morawiecki zatriumfuje i przy wtórze propagandy pochwali Ziobrę za konstruktywny sprzeciw, bo wszystko załatwił rękami przeciwników politycznych? Może. Ale może być też tak, że zatriumfuje zapomniana maksyma Platona: "Rzeczy się stają, idee istnieją". Niewykluczone jednak, że wszystko wszystkim ujdzie na sucho, ponieważ za kilka dni nikt już o niczym nie będzie pamiętał. Taki jest bowiem dyskretny urok naszych czasów. Panta rhei.

Przemysław Szubartowicz

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Szubartowicz | felieton

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy