Reklama

Reklama

Kiedyś Ukraińcy urządzili nam rzeź, ale dziś walczą, byśmy jej nie mieli nad Wisłą

Sprawą zbrodni wołyńskiej nagle zaczęli obsesyjnie interesować, przypominać i pasjonować się ludzie, którzy do tej pory takiego zainteresowania nie przejawiali. Nagle uważają, że państwo nie wykazuje się dostateczną gorliwością w przypominaniu o niej, nagle staje się ona tematem numer jeden. Cóż się stało? Dlaczego akurat teraz? Kiedy nie wiadomo o co chodzi, warto sięgnąć po starą rzymską zasadę mówiącą by zbadać - kto korzysta.

Polityka historyczna jest jak młotek. Może być podstawowym, pożytecznym narzędziem, ale nieumiejętnie go używając, można sobie zrobić krzywdę. Mam wrażenie, że po latach dominacji tych, którzy przekonywali, iż powinniśmy się nieustannie samookaleczać, teraz coraz głośniejsi stają się ci, którzy gwoździ nie odróżniają od własnych placów. Na sprawę przytomnie zwrócił niedawno uwagę publicysta Piotr Gursztyn. Możecie się zresztą w ciągu sekundy przekonać sami. Wystarczy sięgnąć do Google Trends - narzędzia internetowego pokazującego popularność danych fraz w sieci.

Reklama

Gdy ograniczymy wyszukiwanie do języka polskiego i wpiszemy frazę "Wołyń" albo, jeszcze lepiej, nazwisko przywódcy ukraińskich nacjonalistów - "Bandera", okaże się, że nagle nastąpiła erupcja zainteresowania tematem. Zarówno słowa Wołyń jak i Bandera stały się wyjątkowo popularne w drugiej połowie lutego bieżącego roku. Dokładnie wtedy, gdy Rosja rozpoczęła agresję na Ukrainę, połączoną z wymierzoną także w polskiego odbiorcę masową akcją dezinformacyjną, która zresztą doprowadziła do zablokowania rosyjskich kanałów informacyjnych przez naszych operatorów.

Tematem nagle zainteresowali się obsesyjnie niektórzy komentatorzy i politycy, stając się rosyjskimi pudłami rezonansowymi. Mam choć nadzieję, że większość była tego w miarę niepomna, choć nie jest to dobry prognostyk dla naszej debaty publicznej na przyszłość.   

Nie handlujmy ofiarami

Dla jasności - Wołyń jest ważny. Powinniśmy o nim pamiętać. W normalnych czasach powinniśmy od Ukraińców domagać się należytego upamiętnienia ofiar. I szacunku dla naszych obrońców Lwowa. Ale grzanie tematu dziś, uzależnianie jakiś koncesji w zamian za jakieś ruchy po stronie ukraińskiej w tej sprawie, nakręcanie sytuacji w kraju przez nieustanne powracanie do tematu zbrodni sprzed lat nie ma sensu z perspektywy jakiegokolwiek polskiego interesu. To po prostu nie moment na to.

Po pierwsze dlatego, że nic nie uzyskamy. Władze ukraińskie wykonują bardzo wiele gestów propolskich, ale niektórych - także tych w sprawie tej najtrudniejszej historii - unikają. Wątpliwe, by Wołodymyr Zełenski, polityk o żydowskim pochodzeniu, szczególnym respektem darzył krwawych wychowanków Stefana Bandery. Warto jednak zwrócić uwagę, że podczas wyborów nie przechwalał się i swoimi żydowskimi korzeniami. Mogły odebrać jakąś tam część głosów niezbędną do zwycięstwa. Podobnie, gdy nastąpiła inwazja rosyjska, ukraiński prezydent nagle sobie o swoim pochodzeniu błyskawicznie przypomniał - była to obrona przed rosyjską propagandą mówiącą o "operacji atynazistowskiej" i potencjalnym zmobilizowaniu silnej w Izraelu agentury rosyjskiej.

Bucza nam nie grozi

Mówiąc krótko - Zełeński to bardzo sprytny i pragmatyczny polityk. A do tego niewątpliwy patriota. Dlatego będzie starał się budować jak najlepsze relacje z Polską. Dlatego też jednak nie chce się narażać ukraińskim nacjonalistom, którzy są dziś często na froncie, a banderowcy to dla nich bohaterowie walki z komunizmem.   

Dlatego też i on ma świadomość jeszcze jednej rzeczy, o której i my powinniśmy pamiętać. Żaden duży kraj w Europie albo inaczej mówiąc - żaden poza krajami bałtyckimi, nie ma aż takiego interesu w powstrzymywaniu Rosji. Polska to uświęcony wróg rosyjskiej propagandy, obiekt sadystycznych projekcji nuklearnych i mityczne zagrożenie, które uosabia świętowanie Dnia Jedności Narodowej w rocznicę wygnania "polskich interwentów" z Kremla. Gdyby Kijów padł w tydzień i zamontowano by tam Janukowycza, to dziś być może w przerażeniu obserwowalibyśmy, jak Rosjanie rozgrzani sukcesem rozpoczynają kolejną koncentrację. Tym razem właśnie na Wołyniu. A komisarz Jourová i prezydent Macron właśnie głośno zastanawialiby się, czy warto się narażać dla tak trudnego partnera.

Płacimy za tę wojnę. Dyskomfortem, inflacją, masą uchodźców, niedoborami. Być może będzie jeszcze drożej. Ale nie grozi nam bezpośrednio, już jutro, ani nawet za lat kilka Bucza. A to jest - abstrahując od kwestii ludzkich i humanitarnych - cena pomagania Ukrainie wszelkim kosztem. W ten sposób oddalamy prawdopodobieństwo tego, że Rosjanie zaczną gwałcić polskie kobiety i dzieci, a w tym radzą sobie naprawdę dobrze.

Z młotkiem na palce

Myślę, że należy to wszystko brać pod uwagę, szczególnie słysząc argumenty rozmaitych pragmatyków, że teraz możemy "coś uzyskać", "coś wymusić". Na wojnie są Ukraińcy, ale interes w powstrzymaniu Rosji jest wspólny i to oni dziś robią więcej, więcej poświęcają, by to zrobić. Warto przy tym nie wychodzić na małego cwaniaka, który przy okazji pomocy w takiej sytuacji próbuje załatwić swoje interesy. Także ze względu na szacunek dla ofiar mordów sprzed 80 lat. Ale też dlatego, by próbując wbić gwoździe, nie zmasakrować sobie własnych placów. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy