Reklama

Reklama

"Lidia Staroń nie dorasta Marianowi Banasiowi do pięt"

Jak ustaliła Interia, Jarosław Gowin odrzucił kandydaturę Lidii Staroń na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich m.in. ze względu na sprawę Zenona Procyka. To były prezes olsztyńskiej spółdzielni mieszkaniowej "Pojezierze", który po kilkunastu latach niesłusznych oskarżeń wywalczył prawie 2 mln zł zadośćuczynienia i odszkodowania. Staroń była bezpośrednio zaangażowana w sprawę i do tej pory twierdzi, że orzeczenie sądu to porażka wymiaru sprawiedliwości. O roli Donalda Tuska, sądowej tułaczce i kandydatce PiS na RPO, Interia rozmawiała bezpośrednio z Zenonem Procykiem i jego żoną.

Jakub Szczepański, Interia: To m.in. z pańskiego powodu Jarosław Gowin miał skreślić Lidię Staroń. Porozumienie już nie chce, żeby została Rzecznikiem Praw Obywatelskich. To dziwne? 

Zenon Procyk, były prezes olsztyńskiej spółdzielni “Pojezierze": - Rozumiem postępowanie wicepremiera. Lidii Staroń nie podoba się, że otrzymałem nieco ponad 1,7 mln zł odszkodowania, więc interweniowała w tej sprawie u Zbigniewa Ziobro.  

Krystyna Procyk: - Stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich nie może piastować ktoś, kto ma tak poważne sprawy na sumieniu. 

Reklama

Jarosław Gowin się wycofał, ale Jarosław Kaczyński uważa, że to świetna kandydatka. 

Krystyna Procyk: - Kaczyński jest zbyt wyrafinowanym politykiem, żeby dać się nabrać. Nie wierzę, żeby prezes PiS promował "dumę Tuska". Rozmawiałam z działaczami z Olsztyna i nie mają najlepszego zdania o pani senator. Wiedzą, że ona kłamie w żywe oczy. Tak jak w sprawie męża.    

Po 17 latach batalii w sądzie, miesiącach w areszcie, wywalczył pan blisko 2 mln zł zadośćuczynienia. Usłyszał pan już przeprosiny od Donalda Tuska? 

Zenon Procyk: - Liczyłem na to. Rozmawiałem o tym nawet z posłem Januszem Cichoniem, bo znamy się od czasów, kiedy ja byłem radnym, a on był prezydentem Olsztyna. Zastanawiałem się czy Tusk będzie miał tyle odwagi.   

Krystyna Procyk: - Doskonale pamiętam tamtą sytuację. Byłam wtedy na spotkaniu w Olsztynie, to było w czasach, gdy Lidia Staroń walczyła o miejsce w Sejmie. Złapałam Tuska za rękę i mówiłam mu, że źle inwestują w ludzi. Zapewniłam go: "będziecie się w przyszłości za nią wstydzić". Wtedy obiecał, że jeśli tak będzie, usłyszę przeprosiny.  

Lidia Staroń dostała się do Sejmu "na plecach" Zenona Procyka? Nietrudno usłyszeć taką opinię w Olsztynie. 

Zenon Procyk: - To prawda. W mojej sprawie wprowadziła w błąd media, dziennikarzom opowiadała niestworzone rzeczy. Została zasłużoną za "zdemaskowanie mnie". 

Wróćmy do początku: korupcja, niegospodarność, sprzedaż mieszkań po zaniżonych cenach. Takie zarzuty panu stawiano.  

Krystyna Procyk: - Zarzutów było dwadzieścia, ale nie ma mowy o żadnej korupcji. To Lidia Staroń cały czas o tym mówiła. I wy to później powtarzacie. Z przyzwyczajenia chyba. Warto powiedzieć, o co w ogóle poszło. Zaangażowanie Staroń w walkę z moim mężem to żaden przypadek. 

Zenon Procyk: - Spółdzielnia "Pojezierze" to centrum Olsztyna. Opłaty za budynki usługowe są najwyższe w mieście. Lidia Staroń wybudowała tam pawilon. Kiedy zostałem prezesem, przeprowadziliśmy inwentaryzację gruntów i budynków. Wtedy wyszło na jaw, że działka pani senator powinna być pusta. W rzeczywistości budynek stał. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało się wybudować coś na spółdzielczym gruncie i nie zapłacić za to nawet złotówki do spółdzielni. Sprawa trafiła do sądu. 

Lidia Staroń domagała się praw własności do budynku? 

Krystyna Procyk: - Załatwiła nawet ustawę. Została przegłosowana, doszło do uwłaszczenia, a grunt użytkowany wieczyście przez spółdzielnie trafił w jej ręce. Skończyło się na tym, że za zaległości Lidii Staroń musieli zwracać wszyscy spółdzielcy. 

Zenon Procyk: - To ciekawa sprawa, bo mnie pani senator zarzucała gigantyczną pensję. W tamtym okresie, jako prezes, sporo zarabiałem, bo 12 tys. zł brutto. Raz na pół roku dostawałem premię, o której wysokości decydowała rada nadzorcza. Mój następca, który dobrze żyje z Lidią Staroń, zarabia 50 tys. zł. I problemu nie ma. 

Zatem pani senator była stroną w sprawie? 

Zenon Procyk: - Od samego początku. Powołała nawet Stowarzyszenie Obrony Spółdzielców, jeździła do prokuratury z doniesieniami. Wykorzystywała też posłów Platformy Obywatelskiej. 

W sądzie wygrał pan dopiero po dekadzie. Chyba nie może być pan taki święty? 

Zenon Procyk: - Sprawą zajmowała się wszystkie prokuratury w Olsztynie i prokuratura w Łomży. Nie było podstawy do przedstawienia zarzutów. To Lidia Staroń i jej otoczenie wybrało się do Kazimierza Olejnika (w latach 2003-2006 zastępca Prokuratora Generalnego - red.), a sprawę przeniesiono do Elbląga. Wszczęto śledztwo na podstawie tych samych dokumentów, które wcześniej nie interesowały prokuratorów z trzech różnych jednostek! Tak postawiono mi zarzuty i trafiłem do aresztu na ponad osiem miesięcy. 

Krystyna Procyk: - Lidia Staroń nie byłaby tak mocna, gdyby nie sprawa sprzedaży MPEC, której sprzeciwiał się mąż. 

Mąż sprzeciwiał się sprzedaży. Tylko jaki związek z tą sprawą miałaby mieć Lidia Staroń? 

Krystyna Procyk: - Ci ludzie mieli układy i pieniądze, naciskali na męża, żeby jako radny zmienił zdanie. Bo brakowało im jednego głosu. To oni pomogli Staroń w kampanii wyborczej. Wtedy zaczęła robić własną politykę.   

Wiceprezes SM "Pojezierze" Andrzej Ł., który był oskarżany tak samo jak Zenon Procyk, nie doczekał prawomocnego wyroku sądu, bo wyskoczył z 10. piętra. 

Zenon Procyk: - To był bardzo porządny człowiek. Lidia Staroń mówiła o nim, że bierze 10 proc. łapówki, a potem dzielimy się po pół. Chodziła wtedy po klatkach, roznosiła ulotki, żeby nas odwołać. On mieszkał na parterze, w jednym z bloków należących do spółdzielni. Przed śmiercią powiedział mi, że funkcjonariusz CBŚ namawiał go, żeby mnie obciążyć.  

Odmówił. 

Zenon Procyk: - Tak. Jednak ten sam funkcjonariusz CBŚ zmuszał go, żeby wyremontował lokal usługowy dla jego żony. Słowem: spółdzielnia miała na swój koszt wyremontować kwiaciarnię żony funkcjonariusza. Ł. dał wykonawcy swoje prywatne pieniądze, żeby to zrobić, bo bał się tego człowieka. Wiem, że ów funkcjonariusz CBŚ przyszedł do niego dzień przed śmiercią.  

Krystyna Procyk: - Andrzej wyskoczył z najwyższego wieżowca, naprzeciwko lokalu należącego do Lidii Staroń. Odbieram to jako ostatni sygnał, który wysłał.  

Lidia Staroń powiedziała w Polsat News, że wyrok korzystny dla państwa to porażka wymiaru sprawiedliwości. Jak mówiła, nikt nie dostał takiego odszkodowania jak Zenon Procyk. 

Zenon Procyk: - Kłamała, sprawdziłem to. Biznesmen z Gdańska, który siedział osiem miesięcy, dostał 7 mln zł odszkodowania. Ja dostałem 1,7 mln zł. Ale nie pracowałem osiem lat, bo nikt nie chciał mnie zatrudnić. Ludzie wytykali mnie palcami. 

Krystyna Procyk: - Mąż był doktorem na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim, przewodniczącym Rady Miasta, prezesem spółdzielni. W Olsztynie ludzie się z nim liczyli, miał szacunek i uznanie. Sąd wziął to pod uwagę, mówił o tym w uzasadnieniu. Zresztą, wszystkie potrzebne dane podał wcześniej Urząd Skarbowy. 

Senator mówiła też o sprawie pani Barbary, którą z dziećmi wyrzucono na bruk. Wyrzucać miał Zenon Procyk. To nieprawda? 

Zenon Procyk: - Sprawa sięga 1996 r., ja zostałem prezesem rok później. Ta kobieta nie mieszkała w tym mieszkaniu nawet chwilę, miała dom pod Olsztynem. Lokal wynajmowała studentom, jednak była zadłużona. Kiedy zacząłem pracę w "Pojezierzu", wyrok eksmisyjny był już w mocy. Komornik wykonał prawomocny wyrok sądu. Pani Basia i jej mąż przyznali na rozprawie, że nie brałem udziału w tej sprawie. Powiedzieli też o interwencji Lidii Staroń, która poprosiła o ich zaangażowanie. 

Krystyna Procyk: - Lidia Staroń twierdzi, że mieszkanie zostało spłacone przez dłużniczkę. Jednak w sądzie okazało się, że pani Barbara zapłaciła te pieniądze już po eksmisji, więc było za późno, żeby cokolwiek zrobić. Dlatego doniesienia pani senator są nieprawdziwe.  

Zdaje się, że pan zagiął parol na Lidię Staroń. Odwiedził ją pan nawet w trakcie kampanii wyborczej do Senatu. To nie jest przesada? 

Zenon Procyk: - Raz poszedłem na jej konferencję prasową, bo chciałem posłuchać, co powie. Dotychczas, odkąd do Olsztyna przyjechał Donald Tusk, najmocniejszym punktem wyborczym jej programu był Procyk. Ciągle opowiadała, jakim to nie jestem przestępcą czy złodziejem.  

Na tamtej konferencji też tak powiedziała? 

Zenon Procyk: - Stanąłem na miejscu i zacząłem jej słuchać. Wszystko trwało bardzo krótko, a ona się zmieszała. Przyszedł wtedy jej mąż, który próbował mnie wyprosić. W tym czasie skończyła konferencję, grzecznie się pożegnała i zniknęła.  

Państwo macie wiele do zarzucenia Lidii Staroń, ale przecież nie można powiedzieć, że nie pomaga ludziom. Jest obecna w mediach, współpracuje z prasą. Są również ludzie, którym pomogła. 

Zenon Procyk: - Znam przynajmniej jednego człowieka z Nidzicy, który stracił na jej pomocy. Jeżeli dziennikarze tego sobie życzą, przekaże do niego namiary. Wiem też, co dzieje się w jej biurze poselskim. Interesanci często skarżą się, że odmawia pomocy. 

Krystyna Procyk: - Sprawy medialne albo takie, na których może zyskać, zawsze wychodzą Lidii Staroń. Na pewno daleko jej do tego, co opowiada o sobie. 

Po tej rozmowie wnioskuję, że chcieliby się państwo z nią spotkać w sądzie. 

Zenon Procyk: - Dobrze, że pan o tym wspomina. Jeżeli jest tak sprawiedliwa i uczciwa, dlaczego chowa się za plecami kolegów z parlamentu? I w Sejmie, i w Senacie nie chciała się zrzec immunitetu. 

Liczą państwo, że Jarosław Kaczyński zmieni zdanie o Lidii Staroń? 

Zenon Procyk: - Szanuję pana premiera, to mądry człowiek. Myślę, że kiedy usłyszy o tym, co dzieje się wokół Staroń, wycofa swoje poparcie. Na pewno nie chce otaczać się ludźmi niekompetentnymi. 

Krystyna Procyk: - Gdyby ją wzięli, mieliby kolejnego Mariana Banasia. Tyle że Lidia Staroń nie dorasta mu do pięt.    

Jakub Szczepański  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje