Reklama

Reklama

Henryk Sławik - bohater zapomniany

Zginął rozstrzelany przez Niemców, ze słowami "Jeszcze Polska..." na ustach. Wcześniej uratował życie pięciu tysiącom Żydów. To lista znacznie dłuższa niż ta Oskara Schindlera. Henryk Sławik - zapomniany bohater II wojny światowej.

Podczas ostatniego spotkania z ukrywającym się Sławikiem jego 14-letnia córka Krysia zapytała: - Tatusiu, dlaczego nie wyjechaliśmy, choć nam obiecywałeś?

To prawda, obiecał. Jak tylko wkroczą Niemcy i zrobi się niebezpiecznie, mieli opuścić Węgry. W szufladzie czekały trzy paszporty ze szwajcarskimi wizami.

Sławik odpowiedział jednak córce: - Nie mogłem zostawić tych wszystkich ludzi, Polaków i Żydów. Powierzono ich mojej opiece.

Wielkość do końca

- To musiała być dla niego niebywale trudna decyzja - mówi Grzegorz Łubczyk, były ambasador Polski na Węgrzech, dziennikarz i autor wielu publikacji na temat Henryka Sławika, m.in. książki "Polski Wallenberg: rzecz o Henryku Sławiku".

Reklama

- Bez względu na to, co się stanie, postanowił zostać z polskimi uchodźcami i z polskimi Żydami. Za nich wszystkich czuł się jednakowo odpowiedzialny, odpowiedzialny do końca. Ta decyzja dowodzi wielkości tego człowieka, jego klasy, rozumienia przezeń swoich obowiązków, jako głównego opiekuna rodaków w ekstremalnych, wojennych warunkach - dodaje.

Dlatego właśnie nie wyjechali. Choć śmiertelne niebezpieczeństwo groziło im już od pierwszego dnia niemieckiej okupacji. Henryk był bowiem bardzo wysoko na gestapowskiej liście osób do aresztowania.

Znalazł się tam jeszcze przed wybuchem II wojny światowej - za antyhitlerowską działalność i za to, co zrobił dla urwanego od Niemiec Śląska. Potem - już po ucieczce na Węgry - ratował życie uchodźców z okupowanej Polski, m.in. Żydów. W oczach hitlerowskiego Berlina zdecydowanie zasłużył na śmierć.

Zdradził go Polak

Po wkroczeniu na Węgry (19 marca 1944 roku) Niemcy natychmiast rozpoczęli polowanie na Sławika. Najpierw aresztowali jego żonę - Jadwigę. Później Jozsefa Antalla, który pomagał mu organizować pomoc dla Polaków. Jego córce Krysi udało się ukryć. Sam Henryk zszedł do podziemia.

Niemiecki pościg zwodził z powodzeniem aż do 16 lipca. Człowiek, który pomógł dziesiątkom tysięcy uchodźców z Polski i uratował życie pięciu tysiącom Żydów, trafił do gestapowskiego więzienia w Budapeszcie, bo wydał go Polak, niemiecki konfident.

Po pierwsze - Śląsk

Henryk Sławik urodził się w 1894 roku we wsi Szeroka (obecnie dzielnica Jastrzębia Zdroju). Podstawowe wykształcenie zdobył w szkole ludowej. Potem uczył się sam, ponieważ rodziców nie było stać na opłacenie jego dalszej nauki.

Podczas w pierwszej wojny światowej bił się za cesarstwo niemieckie. Trafił na front wschodni, a tam do niewoli. Po podpisaniu traktatu brzeskiego wrócił w rodzinne strony. Nie dane mu było jednak odpocząć - według wielu źródeł, brał aktywny udział we wszystkich powstaniach śląskich oraz w akcji plebiscytowej.

Osiągnięcia Sławika w okresie międzywojennym są imponujące. Po przyłączeniu części Górnego Śląska do Polski został w Katowicach dziennikarzem, a z czasem redaktorem naczelnym "Gazety Robotniczej" i prezesem Syndykatu Dziennikarzy Polskich Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego.

Przez caly ten okres pozostawał aktywny politycznie - był radnym Katowic i jednym z liderów antykomunistycznego skrzydła Polskiej Partii Socjalistycznej. Zakładał stowarzyszenia i kluby sportowe, organizował uniwersytety robotnicze.

Węgierski azyl

Po wybuchu II wojny światowej nie miał wielkiego wyboru. Wiedział, że za konsekwentne stanie po polskiej stronie i antyhitlerowskie publikacje niemiecka zemsta szybko go dosięgnie. Dlatego schronił się na Węgrzech, choć planował dołączyć do tworzonej na Zachodzie polskiej armii.

Zobacz, jak Polacy uciekali na Węgry:

W czasie kampanii wrześniowej kraj ten - mimo politycznej i gospodarczej współpracy z III Rzeszą - zachował neutralność. Węgrzy nie tylko nie zezwolili na przemarsz żołnierzom Wehrmachtu, by od południa mogli uderzyć na Polskę, ale także zaoferowali pomoc polskim uchodźcom.

Szacuje się, że w pierwszym miesiącu wojny na terytorium Węgier przybyło 75 tysięcy Polaków, w tym około 60 tysięcy żołnierzy. Opiekę nad nimi sprawowało węgierskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Po ucieczce z Polski Sławik trafił do obozu dla uchodźców. Tam poznał Józsefa Antalla, kierownika IX Wydziału Socjalnego w węgierskim MSW, późniejszego szefa Biura ds. Uchodźców Wojennych. To właśnie z nim, już jako przewodniczący Komitetu Obywatelskiego do Spraw Uchodźców Polskich na Węgrzech (na początku 1940 roku Sławik objął to stanowisko decyzją rządu emigracyjnego), organizował pomoc dla uciekinierów z okupowanej RP.

Ludzie napływali ze wszystkich stron - grupami i w rozproszeniu, cywile i żołnierze, dzieci i dorośli. W latach 1939-1940 na Węgry przybyło prawie 140 tysięcy Polaków i Żydów. O ile jednak dla pierwszych Węgry były miejscem w miarę bezpiecznym, o tyle drugim wciąż groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Rząd w Budapeszcie zgodził się bowiem na przyjęcie uciekających Polaków, co do Żydów jednak obowiązywały w tym kraju ustawy antyżydowskie.

*Wszystkie zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z książki Grzegorza Łubczyka "Henryk Sławik. Wielki zapomniany Bohater Trzech Narodów" (Oficyna Wydawnicza RYTM, 2008)

Żydzi, czyli "Polacy wyznania katolickiego"

Sławik masowo wyrabiał Żydom fałszywe papiery, czym ratował im życie. Węgierskiemu Centralnemu Urzędowi Kontroli Cudzoziemców (KEOKH) należało przedstawić dokumenty, na podstawie których legalizowano pobyt uciekinierów. Do KEOKH trafiały więc dokumenty czyniące z Żydów obywateli polskich wyznania katolickiego.

Sławik autoryzował je własnym podpisem. Na ich podstawie Antall - wtedy już nie tylko współpracownik Henryka, ale także jego przyjaciel - wystawiał stosowne dokumenty węgierskie. W ten sposób legalizowano pobyt uchodźców.

Jednak aryjskie papiery nie zawsze załatwiały sprawę. Dlatego Żydów, którzy chcieli walczyć, Sławik i współpracujący z nim Węgrzy przerzucali przez Bałkany do armii polskiej na Zachodzie. Innych, by nie rzucali się w oczy, wysyłali na prowincję.

Większość uchodźców stanowili żołnierze, których Komitet Obywatelski przerzucał do polskich armii formowanych we Francji, a później na Bliskim Wschodzie. W ten sposób do czerwca 1940 roku opuściło Węgry około 80 tysięcy osób, w tym 40 tysięcy żołnierzy i oficerów.

Nieustannie napływali jednak kolejni - ci, którzy nie zostali przerzuceni, trafiali do specjalnie tworzonych obozów dla uchodźców, resztę przygarniali do swoich domów Węgrzy.

Majstersztyk kamuflażu

Dramatyczny los spotykał zwłaszcza osierocone dzieci żydowskie, wyrzucane przez rodziców z transportów jadących do obozów zagłady. Właśnie dla nich Sławik i Antall stworzyli w 1943 roku specjalny sierociniec w miejscowości Vac.

By nie wzbudzać podejrzeń, placówkę nazwano Domem Sierot Polskich Oficerów. Wszystkim wychowankom i opiekunom (około setce) Sławik załatwił mocne aryjskie papiery. Gdy wokół sierocińca narosły podejrzenia, Henryk załatwił, by placówkę odwiedził Angello Rotty, nuncjusz apostolski.

Wychowankowie Domu przebywali w nim do maja 1944 roku. Niemiecka okupacja trwała już wtedy od dwóch miesięcy, dlatego zdecydowano o ich ewakuacji do Budapesztu. Tam trafiły do domów dziecka i domów prywatnych. Niektóre wysłano na wieś.

- Sierociniec był majstersztykiem kamuflażu i można by mu poświęcić odrębną opowieść. Dość powiedzieć, że mimo wkroczenia wojsk niemieckich na Węgry ani jedna z sierot nie wpadła w ręce hitlerowców, ani węgierskich faszystów - podkreśla Grzegorz Łubczyk.

"Dał nam drugie życie"

Po latach, realizując z Markiem Maldisem film dokumentalny "Henryk Sławik. Polski Wallenberg", Łubczyk dotarł do kilku wychowanków Domu Sierot Polskich Oficerów.

"Myślę sobie, że Bóg postanowił ocalić przynajmniej po jednym dziecku z każdej rodziny. Dlatego powstał sierociniec w Vacu, a nami zaopiekował się Jego Posłaniec. Był nim Sławik. I Antall również. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego dla nich tak ważne było to, co dla nas zrobili" - mówiła Cipora Lewawi, jedyna ocalała z całej swojej rodziny.

Tova Feldman z domu Gizia Steiner wyznała z kolei: "Pan Sławik dał nam jakby drugie życie. Jak nie pamiętać takiego człowieka?!".

Ze wzruszeniem wspominał przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego także Jakob Gurnfein, który jako Antoni Sobolewski studiował podczas wojny na Politechnice Budapeszteńskiej: "Tylko raz rozmawiałem ze Sławikiem, ale nigdy nie zapomnę tego spotkania. Wszystkim Żydom, którzy się do niego zgłosili, załatwił prawo pobytu na Węgrzech. Sławik traktował nas jak przyjaciel".

Honor nie pozwolił uciec

Ratując żydowskich uchodźców z Polski, Sławik musiał radzić sobie nie tylko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, które groziłoby mu, gdyby konspiracja wyszła na jaw. Także w KO nie brakowało osób, które obawiały się, że dekonspiracja legalizacji Żydów może zagrozić nie tylko działalności samego Komitetu, ale przede wszystkim przerzutom do polskich sił zbrojnych. Polacy stanęli wówczas przed bardzo trudnym wyborem: czy dobro mniejszości może narażać interes większości?

Sławik nie cofnął jednak swojej decyzji, a jego nowy współpracownik - Henryk Zimmermann - nadal stemplował dokumenty polskich uchodźców. - Zimmermann był Żydem, prawnikiem po Uniwersytecie Jagiellońskim - opowiada Łubczyk. - W czasie wojny najpierw trafił do krakowskiego getta, a potem do obozu pracy w Bieżanowie. Udało mu się uciec, a polscy kurierzy przeprowadzili go do Budapesztu. Tam w ostatniej i najbardziej intensywnej fazie ratowania polskich Żydów, od jesieni 1943 do marca 1944 roku, był prawą ręką Sławika.

Z początkiem 1944 roku ryzyko rosło już z dnia na dzień. Wiadomo było, że hitlerowcy wkroczą na Węgry. Niewiadomą pozostawało jedynie, kiedy... Zimmermann postanowił uciekać. Sławik wystawił mu list polecający dla szefa analogicznej do KO organizacji w Bukareszcie. Żyd starał się namówić do tego samego swojego wybawiciela. Ten jednak odmówił - powiedział to samo, co później usłyszała też Krysia: "Nie mogę. Honor mi nie pozwala. Jestem za nich odpowiedzialny".

Niedługo potem Sławika aresztowano.

16 lipca 1944 roku

Polak, który go wydał, Stanisław Henrykowski (lub według innych źródeł Hendrychowski), był maturzystą w słynnej polskiej szkole w Balatonboglar, którą współtworzył Sławik. Podjęcie nauki było tylko pretekstem, pozwalającym mu zbliżyć się do Henryka. Po aresztowaniu Sławika konfidenta wytropił najprawdopodobniej polski kontrwywiad i skazał na jedyną możliwą karę - śmierć. Wyrok wykonano.

Grzegorz Łubczyk przypomina, że istnieje jeszcze druga wersja wydarzeń. - Niemcy mieli go ponoć zapewnić, że jeśli dobrowolnie zgłosi się do gestapo, uwolnią Jadwigę - opowiada autor "Polskiego Wallenberga". - W taki rozwój wypadków nie wierzy jednak córka Sławika, Krystyna. Znając charakter ojca i jego wiedzę o metodach nazistów, przekonuje ona, że nie mógł on popełnić takiego błędu. Ja też nie wierzę, by był aż tak naiwny - dodaje.

Dla aresztowanego Sławika nie było nadziei. Gestapo, które przez pięć lat wojny udoskonalało metody łamania więźniów, wiedziało, jak radzić sobie z opornymi. Ze Sławika chciano wydusić zeznania obciążające Antalla. Mimo tortur i nieludzkiego traktowania, główny oskarżony jednak milczał.

Czerwone pismo

W końcu gestapo zdecydowało się na konfrontację więźniów. "(...) stał storturowany i spoliczkowany, ale śmiały i odważny, z pełną nieugiętością duszy, Henryk Sławik" - pisał w swoich wspomnieniach Antall. I dalej: "Postawili nas wprost przed sobą i przeczytali oskarżenie przeciwko mnie. Potem zadawali pytania, na które odpowiadałem. Henryk Sławik według stawianych mu punktów obalał te zarzuty, świadcząc tym samym, że nie miałem o tym pojęcia (...) Przerwali rozprawę. Odprowadzili mnie do sąsiedniego pokoju. Po jakimś czasie przesłuchanie zaczęło się znowu. Obraz był ten sam, tylko Sławik się zmienił. Jego twarz i głowa były pokrwawione od bicia. Ale z oczu biło zdecydowanie".

Wtedy gestapowcy ponownie przerwali przesłuchanie. W aktach Sławika zanotowali coś czerwonym ołówkiem. "Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że czerwone pismo oznacza krew i śmierć" - napisał po latach Antall. "Zabrano nas z powrotem do więzienia... siedzieliśmy obok siebie w ciemnym samochodzie. Poszukałem jego ręki, by podziękować mu za uratowanie mego życia. Z uściskiem dłoni tak mi szepnął: - Tak płaci Polska!".

Henrykowi Sławikowi przyszło zapłacić najwyższą cenę. Został zesłany do obozu w Mauthausen, gdzie 25 lub 26 sierpnia wykonano na nim wyrok śmierci. Zginął ze słowami "Jeszcze Polska..." na ustach.

Jadwiga cudem przeżyła Ravensbruck. Odnalazła się też Krysia - przygarnęli ją Antallowie. Po wojnie obie wróciły na Śląsk.

Zapomniany w PRL

Patrząc na życiorys Henryka Sławika, można by pomyśleć, że takiego człowieka-bohatera, się nie zapomina. A jednak.

W powojennej Polsce nie było dla władz komunistycznych rzeczy niemożliwych . Kiedy w 1946 roku jedną z ulic Katowic nazwano imieniem Sławika, dekret w tej sprawie obowiązywał zaledwie przez trzy dni. Tyle zajęło władzom partyjnym zorientowanie się, że przewodniczący KO był wprawdzie socjalistą, ale nie tym właściwym, a na Węgrzech kierował agendą polskiego rządu na wychodźstwie.

Przez prawie 45 następnych lat na podobną "wpadkę" już sobie nie pozwolono.

"Sprawiedliwy"

Godne upamiętnienie spotkało Sławika dopiero w 1990 roku, kiedy w jego imieniu córka Krystyna odebrała medal "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata". Upomnieli się o niego polscy Żydzi, których uratował.

Szczególnie aktywnie o jego odznaczenie zabiegał Henryk Zimmermann, który po wojnie został w Izraelu wpływowym politykiem.

- Wniosek w tej sprawie już w 1977 roku złożył adwokat Izaak Brettler, jeden z wychowawców sierocińca w Vacu. Zgłoszenie to czekało jednak na zaangażowanie się w jego realizację Zimmermanna - opowiada Grzegorz Łubczyk.

Zobacz listę Polaków odznaczonych medalem "Sprawiedliwy Wśród Narodow Świata" na stronie Yad Vashem

Były współpracownik Sławika poświęcił swojemu przełożonemu także jeden z rozdziałów książki "Przeżyłem, pamiętam, świadczę". - Wspomnienia ukazały się w Polsce, w 1997 roku, jednak bohaterstwo przewodniczącego nie przebiło się do szerszej opinii publicznej. Podana przez Zimmermanna liczba osób, które zawdzięczają Sławikowi i Antallowi życie, była tak duża, że niektórzy uznali, że starszy pan z Hajfy coś zmyślił... - przypomina Łubczyk.

A liczby te faktycznie są ogromne. Instytut Yad Vashem, nadając Sławikowi tytuł i przyznając medal przyjął, że Polak, który pomógł dziesiątkom tysięcy polskich uchodźców, uratował życie około pięciu tysiącom Żydów.

Zimmermann (zmarł w 2006 roku) twierdził, że było ich o wiele więcej. Prawdy jednak nigdy nie poznamy, ponieważ ze względów konspiracyjnych nie wszystko dokumentowano. - Tak czy tak, "lista Sławika" jest trzy razy dłuższa niż słynna dzięki filmowi Stevena Spielberga "lista Schindlera" - podkreśla Łubczyk.

"Polski Wallenberg"...

Jednak ani medal ani książka Zimmermanna nie przebiły się do powszechnej świadomości. Świat nadal pamiętał więc o Oskarze Schindlerze, Raulu Wallenbergu czy Irenie Sendlerowej, a nie o Sławiku.

Przebudzenie przyszło dopiero w 2001 roku, kiedy w Polsce głośna stała się sprawa pogromu Żydów w Jedwabnem i roli Polaków w tych wydarzeniach. Właśnie wtedy do Warszawy przyjechał Zimmermann. Podczas jednego ze spotkań poznał Grzegorza Łubczyka.

- To właśnie Zimmermann odkrył przede mną nieznany publicznie fakt uratowania przez Sławika i jego współpracowników kilku tysięcy polskich Żydów - przyznaje były ambasador Polski na Węgrzech.

...czy "szwedzki Sławik"?

Tak zaczęły się żmudne poszukiwania i spotkania ze świadkami historii, które w 2003 roku doprowadziły do powstania książki "Polski Wallenberg: rzecz o Henryku Sławiku".

- Tego określenia, "polski Wallenberg", użył podczas naszej pierwszej rozmowy Zimmermann. Szwedzki dyplomata, jak wiadomo, stał się symbolem tych, którzy nie bacząc na konsekwencje, ratowali skazanych przez Hitlera na zagładę - przypomina Łubczyk.

Porównania z Raulem Wallenbergiem pojawiają się w opracowaniach dotyczących Sławika dość często. Jak przekonuje jednak Łubczyk, powinny one działać w odwrotną stronę - to szwedzkiego dyplomatę można porównywać do Polaka.

- Sławik, który, pamiętajmy, nie był chroniony paszportem dyplomatycznym, zaczął ratować Polaków żydowskiego pochodzenia już na początku 1940 roku, czyli na kilka lat przed przybyciem Wallenberga do Budapesztu. Gdy ów Szwed, wspaniały zresztą człowiek, przystąpił do realizacji swojej misji, prezes KO był już po brutalnych przesłuchaniach gestapowców i z wyrokiem śmierci oczekiwał na transport do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Czy więc to nie Wallenberga powinniśmy nazwać szwedzkim Sławikiem? - pyta Łubczyk.

Stowarzyszenie pamięta

Po publikacji "Polskiego Wallenberga" zrobiło się wokół Sławika głośniej. Niedługo potem ukazała się kolejna publikacja na jego temat - "Czerwony ołówek. O Polaku, który ocalił tysiące Żydów" Elżbiety Isakowicz. Od 2008 roku działa też w Katowicach Stowarzyszenie Henryk Sławik - Pamięć i Dzieło.

- Dzięki naszym zabiegom w lutym tego roku śp. prezydent Lech Kaczyński uhonorował prezesa KO Orderem Orła Białego, a jego głównego węgierskiego partnera urzędowego i przyjaciela, Antalla, Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, najwyższym odznaczeniem, jakie może otrzymać cudzoziemiec - mówi Łubczyk, który jest wiceprezesem Stowarzyszenia.

Informacja o uroczystości nadania odznaczeń na stronie Prezydent.pl

W realizacji są już kolejne projekty, m.in. budowa pomnika poświęconego dokonaniom Sławika i Antalla. Niedawno udało się odsłonić tablicę pamiątkową w miejscu, gdzie przed wojną mieszkała rodzina Sławika. Tego samego dnia szlakiem Sławika z Katowic przez Węgry do Mauthausen wyruszył rajd motorowy.

W październiku natomiast Poczta Polska ma wprowadzić do obiegu Kartę Pocztową z dwujęzycznym napisem (po polsku i węgiersku): "Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata: Henryk Sławik i József Antall". Opowiadając o pracy Stowarzyszenia Łubczyk zastrzega jednak, że to niejedyne, a na pewno nieostatnie inicjatywy organizacji.

Sprawiedliwość dla "Sprawiedliwego"

Po wojnie Wallenberga aresztowało NKWD. Z zarzutem szpiegostwa na rzecz USA trafił do więzienia na Łubiance. Tam słuch o nim zaginął. Ponoć został wywieziony na Syberię. Jeszcze w latach 60. powracający stamtąd więźniowie twierdzili, że widzieli go żywego, ZSRR przekonywał jednak, że szwedzki dyplomata zmarł w 1947 roku na atak serca. Przez cały ten czas o Wallenberga upominał się cały świat.

O Sławika nie pytał nikt. Władze komunistyczne miały więc wolną rękę w usuwaniu z powszechnej świadomości jego bohaterstwa. Obecne działania Stowarzyszenia oraz publikacje książkowe i prasowe zdają się przekonywać, że powoli zaczynamy naprawiać ten wielki błąd.

*Wszystkie zdjęcia wykorzystane w artykule pochodzą z książki Grzegorza Łubczyka "Henryk Sławik. Wielki zapomniany Bohater Trzech Narodów" (Oficyna Wydawnicza RYTM, 2008)

Agnieszka Waś-Turecka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje