Reklama

Reklama

Pomarańczowa rzeka i niebieskie drzewa w Jaworznie. Zagrożenie dla Bałtyku

W Jaworznie pod ziemią zakopano blisko 200 tys. ton odpadów toksycznych pochodzących z państwowych zakładów. To tykająca bomba ekologiczna, która zagraża Morzu Bałtyckiemu. Politycy od lat bagatelizują sprawę. Ministerstwo klimatu zapowiadało specustawę, ale prace się przedłużają. Rządowy projekt budzi kontrowersje, bo za usunięcie niebezpiecznych odpadów zapłacić musiałoby miasto. Tymczasem przez Jaworzno od lat płynie pomarańczowa rzeka, a w jej sąsiedztwie znajdują się niebieskie drzewa.

Na końcu ul. Roździeńskiego w Jaworznie (woj. śląskie) znajduje się wejście do lasu. Między drzewami ciągnie się niewielka ścieżka. Po kilku minutach marszu w powietrzu można wyczuć intensywny nieprzyjemny zapach. Miejscowi porównują go do "zgniłych jajek". Wraz z zapachem w ustach pojawia się metaliczny posmak, a w gardle występuje uczucie drapania.

Przeczytaj także: Nie tylko Odra. Pożary, zakopane odpady, zatrute rzeki. Katastrofy ekologiczne w Polsce

Reklama

Po kilkunastu minutach marszu przez las można dotrzeć do potoku Wąwolnica. Woda w nim płynąca ma kolor pomarańczowy, a w niektórych miejscach zielony. Na dnie widać pomarańczową maź. Drzewa znajdujące się przy niewielkich pomarańczowych jeziorkach mają niebieską korę.

Jaworzno: 200 tys. ton odpadów

Odpady są efektem funkcjonowania nieistniejących już Państwowych Zakładów Chemicznych "Organika-Azot". Ten w latach 90. ubiegłego wieku przeszedł kilka przekształceń własnościowych. Ostatecznie od 2003 r. pełen pakiet akcji został wykupiony przez pracowników.

Jednak zanim państwowy zakład przestał istnieć, to przez wiele lat jego przedstawiciele zakopywali na sąsiadującym z zakładem terenie tony odpadów chemicznych. W rozmowie z Interią potwierdziło to kilku byłych pracowników.

Sprawa wyszła na jaw w 2003 r. podczas prac przy budowie północnej obwodnicy Jaworzna. To wtedy jeden z robotników odkrył znaczne ilości odpadów, które powstały podczas produkcji pestycydów. Władze Jaworzna postanowiły iść tropem odkrycia i sprawdzić, jak wiele niebezpiecznych substancji może znajdować się w ziemi.

Zobacz: Śnięte ryby w Odrze. "Wędkarze mają rany na rękach od ich wyciągania"

W ten sposób udało się udokumentować blisko 200 tys. ton odpadów. Przebadano jednak tylko pół kilometra kwadratowego terenu, a obiektem badań były jedynie odpady wytworzone po 1967 r. Skala zakopanych substancji może być jednak znacznie większa. Dotąd nie wiadomo gdzie i ile odpadów zgromadzono z działalności zakładów z lat 1928-1966.

Zagrożenie dla Bałtyku

Skala zanieczyszczenia jest ogromna. Obszar, na którym zostały zakopane odpady, znalazł się na liście szczególnie groźnych dla Bałtyku źródeł zanieczyszczeń przemysłowych programu działań na rzecz ochrony środowiska Morza Bałtyckiego w ramach Komisji Helsińskiej.

Przedstawiciele WWF Polska, którzy od lat zajmują się m.in. ochroną przyrody, w rozmowie z Interią podkreślają, że już w styczniu 1990 r. funkcjonująca jeszcze państwowa firma została wpisana na listę zakładów najbardziej niebezpiecznych dla środowiska.

Co to może oznaczać w praktyce? W przypadku gwałtownego uwolnienia się toksyn może dojść do skażenia zbiornika wody pitnej dla części aglomeracji śląskiej, przedostanie się chemikaliów poprzez Przemszę do Wisły, a w konsekwencji nawet zatrucie Bałtyku.

- Problem oddziaływania na środowisko składowisk odpadów niebezpiecznych Zakładów Chemicznych "Organika Azot" S.A. jest jednym z największych problemów środowiskowych w Polsce oraz Europie. Przez dziesięciolecia (od 1921 r.) na terenie Jaworzna produkowano środki ochrony roślin, w tym DDT i lindan, a odpady lokowano bez żadnych zabezpieczeń w wyrobiskach po eksploatacji piasku w dolinie potoku Wąwolnica - mówi w rozmowie z Interią Filip Szatanik, rzecznik prasowy urzędu miasta Jaworzno.

I wylicza, jakie działania podjęły władze miasta od 2003 r. (od 2002 r. prezydentem jest Paweł Silbert, ze stowarzyszenia Jaworzno Moje Miasto - przyp. red.): przebadano teren i udokumentowano blisko 200 tys. ton odpadów, poinformowano o wszystkim państwowe służby, zabezpieczono odpady, zgłoszono szkody środowiskowe, wykonano badania pozwalające określić, w jaki sposób usunąć odpady z ziemi, wysłano dziesiątki pism z prośbą o pomoc w rozwiązaniu problemu.

- Wszyscy maja świadomość problemu, jednak bez zmian w prawie żadna z instytucji niewiele może zrobić. Po wielu latach prób zainteresowania organów państwa tym niezwykle trudnym i drogim do rozwiązania problemem wreszcie pojawiło się światełko w tunelu - mówi Interii Szatanik.

Ministerstwo nie komentuje 

Światełkiem, o którym mówi Szatanik, jest projekt specustawy o wielkoobszarowych terenach zdegradowanych. Dokument ma uregulować wszystkie aspekty prawne pozwalające na rozwiązanie problemu bomb ekologicznych w Polsce. Prócz Jaworzna dotyczy on także Tarnowskich Gór, Bydgoszczy i Zgierza.

- Jednakże projekt ten w obecnej formie jest równocześnie bardzo niebezpieczny dla obciążonych tym problemem miast. Zrzuca na nie pełną odpowiedzialność za finansowanie kosztów rozwiązania tych problemów. Przy szacowanych kwotach sięgających kilkuset milionów złotych tak postawione warunki są po prostu dla nas nie do udźwignięcia - wyjaśnia rzecznik Szatanik.  

- Niestety, ale bez zapewnienia źródeł finansowania przez państwo tematu nie da się rozwiązać. Trzeba pamiętać, że szkody środowiskowe powstały za poprzedniego ustroju i zostały spowodowane przez zakłady państwowe. Wydaje się zatem naturalne, że rozwiązanie problemu powinno zostać sfinansowane przez Skarb Państwa, a nie przez mieszkańców Jaworzna - konkluduje.

O projekt ustawy zapytaliśmy przedstawicieli ministerstwa klimatu. Chcieliśmy się dowiedzieć m.in.: kiedy dokument będzie gotowy i czy państwo planuje przeznaczyć pieniądze na usuwanie bomb ekologicznych. Od blisko dwóch tygodni nasze pytania pozostają bez odpowiedzi.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy