Reklama

Reklama

​Świat po pandemii. Powrót do normalności czy nowa normalność?

Pandemia kiedyś się skończy. Jedni mówią, że lada moment, inni, jak epidemiolog Didier Pittet, że dopiero latem 2022 roku. I co wtedy? Zapomnimy o wszystkim, wrócimy do rzeczywistości znanej z 2019 roku i zabalujemy, jakby 2020 rok nigdy się nie wydarzył? A może obudzimy się w zupełnie nowej rzeczywistości, w której wchodząc do sklepu, zakłada się maseczkę, a na powitanie wyciąga "żółwika"?

Sugestia, że mimo końca pandemii mielibyśmy żyć inaczej niż dotychczas, może irytować. Ale jest kilka powodów, dla których ten scenariusz nie jest wykluczony.

Pandemie mogą się nasilać

Przede wszystkim wirusy pochodzenia zwierzęcego stają się coraz większym problemem ludzkości. Pandemia koronawirusa wcale nie musi być wydarzeniem z kategorii "jedno na pokolenie". Od lat 80. obserwujemy stały wzrost liczby i zasięgu epidemii. Przypomnijmy choćby epidemię SARS z 2003 roku, H1N1 w 2009 r., eboli w 2014 r. (z kolejnymi nawrotami, również teraz), MERS w 2015 r. czy wirusa zika w tym samym roku. SARS-CoV-2 to kontynuacja trendu, choć na niespotykaną w ostatnich latach skalę.

Reklama

- Koronawirus to w żadnej mierze nie jest najgorsze, co matka natura ma do zaoferowania - ostrzega zarazem Dennis Carroll z Global Virome Project.

W tym zjawisku nie ma żadnego przypadku. Człowiek konsekwentnie likwiduje bufor między cywilizacją a dziką przyrodą m.in. poprzez wycinanie lasów, urbanizację czy przemysł wydobywczy. Straciliśmy już 90 proc. terenów podmokłych. Likwidacja owego buforu ułatwia przenoszenie się patogenów ze zwierząt na ludzi. Obecnie 75 proc. nowych chorób zakaźnych ma pochodzenie zwierzęce.

Jak szacuje IPBES, jednostka ONZ, wśród ssaków i ptaków jest obecnie 600-800 tys. wirusów mających zdolność do przenoszenia się na człowieka.

Przemysłowa produkcja mięsa, targi z dziką zwierzyną, wyganianie drapieżników z kolejnych terenów przez człowieka (drapieżniki często zabijają np. myszy przenoszące choroby) - to wszystko nie pomaga.

Może więc się okazać, że wkraczamy w epokę pandemiczną, a stosowanie obostrzeń stanie się kwestią przetrwania.

Nie wiemy, jak groźny pozostanie sam covid

Powrót do normalności może utrudnić sam koronawirus i wywoływana przez niego choroba COVID-19. Choć szczepionki dają nadzieję, to pamiętajmy, że nauka wokół SARS-CoV-2 wciąż się tworzy i wciąż dokonuje nowych odkryć. Koronawirus jeszcze nieraz może nas zaskoczyć.

- Mam nadzieję, że ta pandemia rzeczywiście się skończy, kiedy "wirus będzie w odwrocie", że użyję tego popularnego stwierdzenia. Natomiast bardzo wielu naukowców, wirusologów, epidemiologów podejrzewa, że ten koronawirus z nami pozostanie - komentuje w rozmowie z Interią prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

- Po pierwsze, zbyt dobrze się zaadaptował do człowieka, po drugie, nie da się wyszczepić 100 proc. populacji, a po trzecie wirus na tyle mutuje, że szczepionki nie są w pełni efektywne przeciw nowym wariantom. Pewnie więc obudzimy się w takiej rzeczywistości, że zostanie ogłoszony koniec pandemii, ale wirus z nami pozostanie. W jaki sposób będzie aktywny - czy będą to łagodne, całoroczne zachorowania, czy będą to infekcje sezonowe jak w przypadku grypy, czy może będą pojawiać się ogniska epidemiczne - trudno w tej chwili kreślić scenariusze - wyjaśnia ekspertka.

To jak groźny pozostanie koronawirus, w jaki sposób będzie mutował i w jakim stopniu pohamują go szczepionki, determinuje, czy np. obostrzenia nie będą powracać regionalnie. Taki scenariusz dla USA przewiduje choćby magazyn "Time".

Wariantów szkicuje się zresztą znacznie więcej. Na przykład Ralph Baric z Uniwersytetu Karoliny Północnej przewiduje, że covid może stać się łagodną chorobą dziecięcą, na którą z wiekiem będziemy nabywać odporności.

Zmienimy się my sami?

W tym pandemicznym równaniu jest jeszcze jedna zmienna: my sami i nasze działania. Może się okazać, że pandemia tak głęboko przeorała świadomość społeczną, że powrotu do normalności nie będzie z powodu trwałej zmiany naszych zachowań.

Nie jest zresztą żadnym odkryciem, że pandemia już teraz na zawsze zmieniła otaczającą nas rzeczywistość - choćby w kwestii pracy zdalnej, teleporad czy zakupów w internecie. Pytanie, czy zmiany będą również dotyczyć zachowań społecznych, które dziś objęte są obostrzeniami.

"Dzisiejsi młodzi ludzie mogą już myśleć o zdrowiu inaczej niż poprzednie pokolenia - bardziej jako o wspólnym dobrze niż o czymś ze swej istoty osobistym. Jeśli noszenie maseczek pozostanie, to czasy, kiedy nienoszenie ich było akceptowalne, mogą zostać zapomniane. Dystansowanie społeczne może z kolei spotęgować obecny trend, by częściej komunikować się poprzez media społecznościowe niż osobiście" - czytamy w "The Harvard Gazette".

Prof. Szuster-Ciesielska przewiduje, że maseczki mogą być noszone już niezależnie od narzuconych restrykcji.

- Ten mechanizm ochronny pojawił się w krajach wcześniej dotkniętych pandemią SARS-CoV-1 - w Chinach, Korei Południowej czy Japonii. Do dziś pozostał tam zwyczaj noszenia maseczek, kiedy ktoś się źle czuje, kicha... mieszkańcy czują się w obowiązku założyć maseczkę po wyjściu z domu. Do tej pory na ulicach miast południowo-wschodniej Azji, w Japonii, bardzo często spotyka się osoby, które w przestrzeni publicznej poruszają się w maseczkach, a nawet w bawełnianych rękawiczkach - zwraca uwagę nasza rozmówczyni.

Sama również zamierza nosić maseczki już w postpandemicznej rzeczywistości.

- Większość z nas, w sezonach grypowych, dostrzegając, jakie korzyści przyniosły maseczki, będzie je stosowała. Widzę po sobie - chorowałam praktycznie co sezon na grypę, a w tym roku nic się nie wydarzyło. W przyszłości prawdopodobnie będę dalej nosiła maseczki w przestrzeni publicznej, żeby się zabezpieczyć przed grypą, bo to po prostu działa - przekonuje Agnieszka Szuster-Ciesielska.

Party like it's 2019

Mimo tych wszystkich przesłanek powrót do normalności, tak jak rozumiemy ją dzisiaj, nie jest wykluczony.

Co więcej, historia dowodzi, że po okresach pandemii czy wojen ludzie wracali do swoich zwyczajów i odreagowywali w ten sposób traumę.

Nie tak dawne sceny z Krupówek z jednej strony były odczytywane jako dowód nieodpowiedzialności, a z drugiej - jako tęsknoty właśnie za normalnością. I jest to jak najbardziej realny scenariusz w niedalekiej przyszłości.

- Mam nadzieję, że obostrzenia nie zostaną na zawsze. Dzięki powszechnym szczepieniom można zapobiec najcięższym zachorowaniom. Wtedy covid sprowadzi się do takiej grypy. Nie dajmy się zwariować - mówi Interii Ernest Kuchar, dr hab. nauk medycznych, specjalista chorób zakaźnych.

- Natomiast taka pandemia jest pretekstem dla władz do wprowadzania różnych rzeczy. Władze kochają ograniczenia, kontrole i każdy pretekst jest dobry. Jak będzie - nie wiem, ale mam nadzieję, że wrócimy do tego, co było - liczy dr Kuchar.

Kiedy to nastąpi? Na to pytanie nikt nie odpowie. Za dużo niewiadomych. Wypowiadający się dla francuskich mediów epidemiolog prof. Didier Pittet spekuluje, że bardziej lato 2022 niż lato 2021.

- Pandemia zawsze się kiedyś kończy. Nie było takiej, która by się nie skończyła - uspokaja nas prof. Józef Knap.

Perspektywa całkowitego powrotu do normalności pozostaje scenariuszem nie mniej prawdopodobnym niż wymienione wcześniej. Może więc znów napijemy się niehigienicznie z jednej butelki na festiwalu muzycznym pełnym dziesiątków tysięcy osób, w najmniejszym stopniu niezainteresowanych zachowaniem dystansu społecznego.

Michał Michalak

***
Darmowy program - rozlicz PIT 2020


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy