Reklama

Wojtyła wiedział, ale co z tym zrobił. Tomasz Krzyżak o wynikach dziennikarskiego śledztwa

Z dziennikarskiego śledztwa Tomasza Krzyżaka i Piotra Litki wyłania się przerażający obraz ks. Eugeniusza Surgenta, kapłana, który miał na sumieniu dziesiątki wykorzystanych seksualnie dzieci. Krzywdziciel już nie żyje, ale odnajdują się jego kolejne ofiary. Gdy ks. Surgent pracował na terenie archidiecezji krakowskiej, na jej czele stał kard. Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Wiedział o wstrząsającym procederze. Jak zareagował? Rozmawiam o tym ze współautorem reportaży Tomaszem Krzyżakiem.

Reportaże Tomasza Krzyżaka i Piotra Litki "Wiedział Wojtyła, wiedziała SB. Ksiądz-pedofil latami krzywdził chłopców" oraz "Wojtyła do księdza-pedofila: Każde przestępstwo winno być ukarane" ukazały się na łamach "Rzeczpospolitej".

Opisany w pierwszym z nich ks. Eugeniusz Surgent pracował na terenie archidiecezji krakowskiej, gdy metropolitą krakowskim był Karol Wojtyła, a na terenach diecezji kołobrzesko-koszalińskiej i pelplińskiej, gdy Wojtyła był już papieżem. 

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Mówisz wprost o ks. Eugeniuszu Surgencie: seksualny drapieżca. Dlaczego?

Reklama

Tomasz Krzyżak, dziennikarz: - Wykorzystał seksualnie dziesiątki dzieci. Śledztwo w jego sprawie wykazało, że skrzywdził on 12 chłopców. W 1973 roku został skazany za czyny wobec sześciu, bo tylu nie miało ukończonych 15 lat. Dostał trzy lata więzienia, odsiedział półtora roku. Ta sprawa dotyczyła jednej parafii - placówki w Kiczorze koło Żywca. Wiemy natomiast, że ci chłopcy to niejedyne ofiary ks. Eugeniusza. Mamy informacje o pokrzywdzonych na terenie przynajmniej trzech diecezji.

Skąd te informacje?

- Między innymi z materiałów zachowanych w Instytucie Pamięci Narodowej. Ks. Surgent był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Z notatek SB wynika, że skrzywdził jeszcze przynajmniej siedem osób. Ówczesna władza jednak nie podjęła żadnych działań i sprawca nie został ukarany. 

Władza świecka czy kościelna?

- Świecka. Władze kościelne twierdzą, że nic na ten temat nie wiedziały. Po opuszczeniu Krakowa ks. Surgent pracował na terenie diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej i diecezji pelplińskiej. Pytaliśmy w tamtejszych kuriach, czy były jakiekolwiek sygnały z parafii mogące świadczyć o tym, że również tam dopuszczał się wykorzystywania seksualnego małoletnich. Odpowiedziano nam, że takich sygnałów nie było. 

- Natomiast już po ukazaniu się naszego reportażu i po tym, jak w parafiach, w których ten duchowny pracował, opublikowane zostały komunikaty, że Kościół szuka jego ofiar, do nas, dziennikarzy, zgłosiła się jedna osoba z Człuchowa (woj. pomorskie) - miejscowości, w której ks. Surgent pracował. Mężczyzna złożył bardzo wiarygodną relację o krzywdzie, jakiej doświadczył ze strony ks. Surgenta. Ze słów tego świadka wynika, że ksiądz mocno interesował się ministrantami.

Co im robił?

- To był odrażający schemat działania, bo ks. Surgent wabił do siebie chłopców "na Jana Pawła II". Mówił, że Karol Wojtyła w latach 50-tych był jego wychowawcą w seminarium. Czy tak było, nie wiemy. Wiemy, że Wojtyła w latach 50. wykładał w krakowskim seminarium, więc mógł się z Surgentem stykać. W 1978 r. Wojtyła został wybrany na papieża, a ks. Surgent w nowej diecezji pracował od 1979 roku i chwalił się znajomością z Janem Pawłem II. Wspomniany mężczyzna, który się do nas zgłosił, opowiadał o tym tak: dla nas, 11-12-letnich chłopców, ktoś, kto zna Jana Pawła II, był tak samo ważny jak sam papież. Ksiądz Surgent wabił nas do swojego mieszkania obietnicą, że da nam obrazek z podpisem papieża. I myśmy szli.

Co się działo w domu ks. Surgenta?

- Niestety to samo, co działo się w jego domu, gdy pracował na terenie archidiecezji krakowskiej, w parafii w Kiczorze. Wykorzystywał seksualnie dzieci. Ks. Surgent przyciągał do siebie chłopców, całował ich, swoją rękę wkładał do ich majtek, ich ręce do swoich... Z dokumentów z późniejszych lat wiemy, że ks. Eugeniusz dopuszczał się krzywdzenia dzieci w obecności innych. Na przykład przy całej klasie "poprawiał" im ubrania tak, że wyciągał na wierzch ich genitalia.

Odnosząc się do krakowskiego czasu ks. Surgenta, piszecie z Piotrem Litką: "Wojtyła wiedział". Jak zareagował?

- Mogę stwierdzić, że kard. Karol Wojtyła postąpił zgodnie ze swoimi kompetencjami. 

Co to znaczy?

- Przede wszystkim trzeba podkreślić, że ks. Surgent - choć pracował na terenie archidiecezji krakowskiej - był księdzem diecezji lubaczowskiej (dawnej archidiecezji lwowskiej) i podlegał pod tamtejszego biskupa, ks. Jana Nowickiego. To on - jako ordynariusz - miał nad nim pełnię władzy. 

Ale ks. Surgent krzywdził dzieci archidiecezji krakowskiej.

- Tak. Ale Kraków nie za bardzo mógł go ukarać. Mógł co najwyżej zakazać mu pracy na swoim terenie, ale biskupem właściwym do nałożenia kary był biskup lubaczowski. Cofnijmy się nieco. Pierwsza informacja, że ks. Surgent dopuszcza się niestosownych zachowań wobec chłopców, pojawia się w 1969 r. SB przechwyciła wówczas list od biskupa lubaczowskiego do ks. Surgenta. W liście tym hierarcha udziela księdzu nagany za jego niestosowne zachowanie w stosunku do chłopców. Z dokumentów dowiadujemy się też, że o sprawie wiedziała wówczas krakowska kuria. Prawdopodobnie - właśnie z uwagi na brak kompetencji do karania - ograniczono się wtedy do rozmowy z księdzem.

Kto mógł rozmawiać? Sam kardynał Wojtyła?

- Wydaje mi się, że był to raczej któryś z biskupów pomocniczych, ale mógł też kard. Wojtyła. Tutaj pewności nie mamy. W dokumentach bezpieki, w donosie jednego z tajnych współpracowników, jest mowa o tym, że o sprawie wiedzą biskupi Groblicki i Pietraszko oraz wicekanclerz kurii. Wydaje się, że w związku z tym, że sprawa była szerzej nieznana, nie mówili o niej księża ani wierni, została ona przekazana do rozstrzygnięcia przełożonemu ks. Surgenta, czyli wspomnianemu biskupowi diecezji lubaczowskiej. Ten napisał list z reprymendą i na tym sprawę zakończono. Takie rozwiązanie przewidywał i przewiduje w dalszym ciągu kodeks prawa kanonicznego - księdzu udziela się upomnienia, licząc, że się poprawi. 

Aż trudno się tego słucha...

- To był 1969 r., kiedy wiedza o konsekwencjach wykorzystywania seksualnego była generalnie niewielka. Na dobrą sprawę samo zjawisko było niezbadane, przecież pierwsze opracowania o wykorzystywaniu seksualnym małoletnich pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie lat 70. XX wieku. Wtedy działano po omacku. 

- Kard. Wojtyła z pewnością postępował zgodnie z wówczas obowiązującym prawem. Ale wydaje mi się, że zabrakło pewnego wyczucia, gdy w 1971 r. księdza Surgenta kierowano do parafii Milówka, z oddelegowaniem do kaplicy filialnej w Kiczorze na tzw. samodzielną placówkę duszpasterską. Z dokumentów z późniejszych lat wiemy, że ks. Surgent dopuszczał się wykorzystywania seksualnego szczególnie tam, gdzie pracował sam, nie miał kolegi za ścianą, żadnej kontroli w pobliżu.

Skierowanie do Kiczory było decyzją biskupa lubaczowskiego czy krakowskiego?

- Krakowskiego. Choć ks. Surgent był w jurysdykcji innego biskupa, to w Krakowie decydowano o tym, w którym miejscu na terenie diecezji będzie pracował. 

Jak wykorzystywanie seksualne wyszło na jaw?

- W 1973 r. sprawa trafia do dyrektora ówczesnej szkoły w Kiczorze. Ten rozpytał uczniów, rozmawiał z rodzicami. W tym czasie ktoś napisał donos do SB, milicja wszczęła śledztwo. Równocześnie do krakowskiej kurii trafiły informacje o zachowaniu księdza Eugeniusza. Wówczas kuria wezwała go na rozmowę. 

- Z zeznań księdza złożonych przed prokuratorem wiemy, że rozmawiał on wówczas z bp. Janem Pietraszką, który był wtedy odpowiedzialny za sprawy personalne księży. Wiemy też, że biskup nie uwierzył w zapewnienia kapłana, że wszystko to, co się o nim mówi, jest nieprawdą. Zgodził się jednak na udzielenie mu urlopu. Ksiądz w zeznaniach składanych w śledztwie stwierdził, że zamierzał poszukać sobie pracy w diecezji lubaczowskiej, ale akurat jej biskup zmarł. 

- Wspominał też, że rozmawiał z kard. Wojtyłą, którego miał prosić o to, by nie zwalniał go z pracy w diecezji. Kardynał miał mu oznajmić, że decyzję otrzyma wkrótce. Kilka dni później dostał list zwalniający go z diecezji. Poszedł z tym listem do bp. Pietraszki, ale ten uznał za sprawę definitywnie zamkniętą. Niedługo po tym ks. Surgent został aresztowany.

Teraz działano bez przełożonego z diecezji lubaczowskiej?

- Do zwolnienia z pracy w diecezji nie był on potrzebny. Ale najpewniej o sprawie powiadomiono - jak poprzednio - diecezję lubaczowską, ale tam trafiła ona w decyzyjną próżnię. Akurat w tym czasie umarł biskup Jan Nowicki. I wydaje mi się, że tą sprawą się tam nie zajęto. 

- Ks. Surgent wyszedł z więzienia w 1974 roku. Wówczas na kilka lat ślad się po nim urywa - nie wiemy, co się z nim działo. Mamy przypuszczenia, że mieszkał w Krakowie u wuja, w lokalu, w którym go aresztowano. Ale to przypuszczenie. Wiadomo za to, że w styczniu 1979 r. jego nazwisko pojawiło się w "Koszalińsko-kołobrzeskich wiadomościach diecezjalnych", urzędowym organie tamtejszej kurii. Jest tam informacja, że 11 listopada 1978 r. otrzymał  pozwolenie na pracę na terenie diecezji. 

- Po czterech latach w 1982 roku został oficjalnie inkardynowany, czyli przyłączony do diecezji. W Kościele taka decyzja odbywa się w porozumieniu biskupów - biskupa diecezji, do której dany ksiądz jest przyjmowany i biskupa diecezji, którą opuszcza. 

Zatem czy biskup koszalińsko-kołobrzeski wiedział, kogo do siebie przyjmuje?

- Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Wiemy natomiast, że formalnie, jeśli miałby się dowiedzieć, to nie od biskupa krakowskiego, czyli nie od kard. Karola Wojtyły, a od biskupa lubaczowskiego. Ks. Surgent w tamtym czasie był zwolniony z posługi w diecezji krakowskiej. 

Po opisaniu przez was historii ks. Surgenta w parafiach diecezji bielsko-żywieckiej (kiedyś należały do archidiecezji krakowskiej), koszalińsko-kołobrzeskiej i pelplińskiej zostały odczytane komunikaty z prośbą o zgłaszanie się osób, które zostały skrzywdzone przez tego duchownego lub mają wiedzę na temat wyrządzonych przez niego krzywd. Na terenie archidiecezji krakowskiej takiego komunikatu nie odczytano. Znasz powód?

- Nie wiem i trudno mi to zrozumieć. Ks. Surgent pracował przecież na terenie dzisiejszej archidiecezji krakowskiej - w Krakowie na  Salwatorze, czy w Wieliczce. Tam tych informacji nie podano. A dodam tylko, że na terenie diecezji bielsko-żywieckiej po odczytaniu komunikatu dwie osoby zgłosiły się do lokalnego delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży.

Opisaliście historię jeszcze jednego księdza, który wykorzystywał seksualnie dzieci, ks. Józefa Loranca. Jak w jego sprawie reagował Karol Wojtyła?

- To doskonale udokumentowany przypadek. Pracowaliśmy nad sprawami, które zostały osądzone przez władzę świecką, więc mieliśmy dostęp do dokumentów ze śledztw prowadzonych przeciwko tym księżom. W przypadku ks. Loranca reakcja krakowskiej kurii była natychmiastowa i w pewnym sensie zaskakująca.

Co masz na myśli?

- Była ponadstandardowa. Sprawa rozgrywała się w 1971 roku. Zaczęło się od interwencji matek uczennic, które przyszły do księdza proboszcza, mówiąc, że wikariusz niestosownie zachowuje się wobec dziewczynek. Proboszcz się przejął, rozmawiał zarówno z matkami jak i pokrzywdzonymi dziewczynkami. Nie wiedział dokładnie, co z tym robić, więc pojechał z prośbą o radę do księdza dziekana. Dziekan powiedział: Jedź do kardynała. I tak o sprawie dowiedział się kard. Karol Wojtyła. Sam sprawca przyznał się, że krzywdził dzieci. Do siedziby kurii pojechali razem - proboszcz i ks. Loranc. 

Co zrobił kardynał Wojtyła?

- Zareagował szybko. Ks. Lorancowi powiedział, że nie może wrócić do parafii, ma udać się do swojego rodzinnego domu i tam czekać na decyzje. Po kilku dniach dostał informacje, że jest suspendowany i ma przenieść się do klasztoru cystersów w Mogile. Tam został aresztowany. Proces był szybki, ksiądz trafił do więzienia.

Kto sprawę zgłosił organom świeckim?

- Oficjalnie rodzice skrzywdzonych dziewczynek. Te sprawy rozgrywały się równolegle. 

Piszecie też o liście, wysłanym przez kard. Wojtyłę do sprawcy.

- Tak, list został wysłany, gdy ks. Loranc wyszedł z więzienia. "Zaniechanie wymiaru kary przez trybunał kościelny ani nie przekreśla przestępstwa, ani nie zmazuje winy" - pisze w nim kard. Wojtyła. O co chodzi? W tamtym czasie decyzje w takich sprawach nie były podejmowane przez Kongregację Nauki Wiary jak jest dziś rozstrzygano je w diecezjach. Ale decyzji o wydaleniu danego księdza ze stanu duchownego nie podejmował jednoosobowo biskup lecz sąd - minimum trzyosobowy trybunał kościelny właściwy danej diecezji.

- Według kodeks prawa kanonicznego w niektórych sytuacjach, tam gdzie sprawca został dostatecznie ukarany przez władzę świecką bądź istnieje duże prawdopodobieństwo, że to się wkrótce stanie, można odstąpić od ukarania na gruncie prawa kościelnego. I tak się właśnie stało w Krakowie - trybunał odstąpił od wymierzenia kary. Ale kard. Wojtyła nie przywraca ks. Loranca do pracy w diecezji, a podkreśla, że ani przestępstwo nie jest przekreślone, ani wina zmazana. 

Z waszych publikacji wyłania się obraz Karola Wojtyły, który reagował odpowiednio. Tymczasem środowiska związane z mediami o. Tadeusza Rydzyka zarzucają wam atak na świętość Jana Pawła II. Dlaczego?

- W wywiadzie dla "Gościa Niedzielnego", odpowiadając na pytanie dziennikarza o to, czy kardynał Wojtyła spotykał się z ofiarami, odpowiedziałem, że nie wiem, ale znając ówczesne działanie Kościoła, podejrzewam, że nie. Podkreśliłem również, że w oparciu o materiały ze śledztw opisaliśmy dwie sprawy osądzone przez władze świeckie, a nie wiemy, ile było przypadków, które nie ujrzały światła dziennego - tzn. takich, którymi zajmował się tylko Kościół. Tyle. Powtórzę - nie dowiemy się o innych sprawach, póki nie zapadnie decyzja o dokładnym zbadaniu akt, które przecież są w kuriach biskupich.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama