Reklama

Reklama

Broniarz dla Interii: Zwierzę zagonione do kąta może tylko gryźć

- Jeżeli rząd ma wyobraźnię i spróbuje z niej skorzystać, to musi wiedzieć, że partner zagoniony do kąta jest jak zwierzę. Nie ma gdzie się cofnąć i może tylko gryźć - ostrzega w rozmowie z Interią Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Łukasz Szpyrka, Interia: Rząd przedstawił dane, według których liczba szkół, które uczestniczą w strajku, wynosi 48,5 proc. Kalkulacje ZNP są podobne?

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego: - Ten procent na pewno jest wyższy, ale w dalszym ciągu zbieramy dane. Właśnie dostałem informację z woj. lubuskiego. Na terenie tego okręgu udział w strajku zadeklarowało 89 proc. szkół, w których strajkuje 100 proc. nauczycieli. Bardzo dobre komunikaty napływają np. z woj. kujawsko-pomorskiego. Rzecz jednak nie w statystyce, a w niebywałym poparciu społecznym, czego nigdy nie było. Z jednej strony równoważy to ogromny hejt pod moim adresem, a z drugiej opinia publiczna zrozumiała, że bez poprawy materialnej nauczycieli, nie zmienimy systemu edukacji. Pani premier mówi o pakcie, który zakłada wzrost wynagrodzeń do 2023 roku. Tyle że my dzisiaj mamy pożar i nie możemy teraz rozmawiać o koncepcji organizacyjnej straży pożarnej, bo za oknem się pali.

Reklama

Po co były niedzielne rozmowy?

- Żeby sprzedać opinii publicznej przekaz, że rząd chce, a ci źli nauczyciele nie. Rząd chce dać 8 tys. zł, a nauczyciele tego nie chcą. Pani premier przywołała w raporcie kilka danych raportu OECD, ale były one dobrane selektywnie. Nie wspomniała, że są kraje, które wydają na edukację dużo więcej od nas. Roczne przeciętne wydatki na jednego ucznia lokują Polskę na samym końcu, nawet za Estonią, Portugalią i zdecydowanie poniżej średniej OECD. Jeżeli mówimy o zarobkach, to nie posiłkujmy się wybranymi danymi. Strona rządowa zbyt bardzo skupia się na socjotechnice, a nie na konflikcie. Zmierzam do tego, że niedzielne spotkanie było potrzebne do tego, żeby podpisać porozumienie z Solidarnością na warunkach, które zostały ustalone przez stronę rządową. Ważne natomiast, że konflikt jest i narasta.

"Narasta" jest dobrym słowem, bo w pewnym momencie wydawało się, że porozumienie jest blisko. Dziś wydaje się oddalać. Czy po tygodniu negocjacji widzi pan możliwość kompromisu?

- Jestem zwolennikiem negocjacji, a nie krakowskiego targu. Pierwotnie mieliśmy pomysł 1000 zł dla każdego etatu, teraz mówimy już nie 1000 zł a o 30 proc. rozłożonych na dwie raty. Pani premier mówi jednak, że to jest to samo. Przeszliśmy na poziom 7,9 mld zł z pierwotnych wyliczeń ministra Macieja Kopcia w wysokości 17 mld zł. Jeżeli dla pani premier 10 mld zł to nieistotna kwota, to pozazdrościć. Wychodzę z założenia, że nie ma co mężnie i bohatersko umierać, lepiej mniej spektakularnie, ale jednak wygrać. Jeśli jesteśmy w stanie domówić się z rządem, w wersjach zbliżonych do postulatów obydwu stron, to tego jesteśmy zwolennikami.

Portal Onet podał, że możliwe jest nowe rozwiązanie i kolejne rozmowy już jutro.

- Nic o tym nie wiem. Nie jesteśmy zaproszeni. Pani premier mówiła rano, że rząd podpisał porozumienie z Solidarnością, a teraz zaprasza do podpisania tego porozumienia także nas i FZZ. To chwyt medialny. Mówimy wyraźnie, że nie zgodzimy się na porozumienie, które daje nam wzrost wynagrodzeń od 198 do 271 zł netto.

Czekacie na zaproszenie do dalszych rozmów?

- Zaraz po tym wywiadzie mogę tam jechać. Pytanie, czy pani premier wciąż będzie mnie dyskredytować. Jeśli to ja jestem przeszkodą dla osiągnięcia porozumienia, to jestem gotów odsunąć się na bok i nie będę nikomu przeszkadzał. Pani premier wymieniła dziś moje nazwisko kilkanaście razy, traktując mnie jako wszelakie zło i przyczynę nieszczęść. Prawda jest natomiast taka, że to protest nauczycieli. To nie jest protest mój, czy nawet związku. Dziś 400 tys. strajkujących nauczycieli nie należy do żadnej organizacji. W tym proteście biorą udział też ci, którzy mają legitymację Solidarności. Nie oceniam postawy kierownictwa tej organizacji, ale ważne, że jej szeregowi członkowie uznali, że nauczycielska bieda nie ma barw związkowych. Zresztą FZZ też ma odmienne poglądy na różne sprawy, ale dziś mówimy jednym głosem.

W listopadzie zbliżają się wybory nowych władz ZNP. Może rozgłos jest panu potrzebny?

- Cieszę się, że zeszliśmy do tego poziomu, bo pierwotnie mówiło się, że będę kandydował do Parlamentu Europejskiego. Żebym został prezesem związku, muszą zostać przeprowadzone trzy etapy - w gminie, województwie i kraju. Na każdym z nich mogę zostać skreślony. Jeżeli ludzie ocenią mnie negatywnie, mają do tego prawo. Terminu strajku nie uzależniałem od wyborów. Nigdy nie brałem tego pod uwagę. Bo niby dlaczego? Byłem też prezesem w poprzednich kadencjach. A strajk to nie jest decyzja jednoosobowa, ale 70 członków, którzy muszą się w tej sprawie wypowiedzieć. To próba dorobienia mi gęby. Cieszę się, że już nie mówi się o Sejmie czy PE, bo nie mam większych ambicji. Chcę po prostu działać w Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Jak wyglądają negocjacje z rządem za zamkniętymi drzwiami? M.in. o tym na następnej stronie.

Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Jaka podczas negocjacji jest rola minister Anny Zalewskiej?

- Minister Zalewska siedzi z boku i prawie w ogóle się nie odzywa, a w jej imieniu mówi wiceminister Kopeć. To zabieg socjotechniczny, bo proszę pamiętać, że trzy postulaty, które się pojawiają, to próba naprawy tego, co minister Zalewska zepsuła. Negocjacje prowadzi premier Szydło, ale dziwnym zrządzeniem losu 12 godzin przed naszymi spotkaniami na ekranie pojawia się premier Jarosław Gowin, który mówi, że "nie oddamy ani guzika". Oczywiście dorabiana jest też gęba, że jest to protest polityczny, że idziemy na pasku Grzegorza Schetyny. Taki koloryt często towarzyszy negocjacjom. Tyle że z tych negocjacji nic nie wynika. Po co więc był ten cyrk?

Uważa pan ten tydzień za zmarnowany?

- Tak, był zmarnowany. Nauczył nas wiele, ale z punktu widzenia uczniów i nauczycieli, był zmarnowany. Dzisiaj znaleźliśmy się w sytuacji dramatycznej dla obydwu stron. Dostałem sms, że "po przegranej z trzodą chlewną i rogacizną wkurzyliśmy się jeszcze bardziej". Są placówki, które do protestu przystąpiły ad hoc. Mamy placówki, które są puste, mimo że nie przeprowadzono tam procedury sporu zbiorowego, ale nauczyciele poszli na L4. Irytacja narasta. Tylko po co? Można było zrobić to spokojnie. Tym bardziej, że nasz protest nie pojawił się wczoraj, ale ogłosiliśmy go 10 stycznia. Rząd to zbagatelizował. Pomyślał, że różnymi zabiegami przerzuci odpowiedzialność na Broniarza. Dziś nagle pani premier mówi, że skala jest większa niż się spodziewali i sytuacja jest trudna. Dla nas to jednak o tyle trudniejsza sytuacja, że jesteśmy naciskani, że powinniśmy wrócić do pierwszego postulatu z 1000 zł. To krępuje nam ruchy.

Dochodziły do mnie sygnały, że jesteście oddolnie krytykowani za elastyczność w negocjacjach. Nauczycielom nie spodobało się, że zmienialiście postulaty?

- Niestety tak. Boleśnie to odczuwam. Jak już powiedziałem, wychodzę jednak z założenia, że lepiej skromniej zwyciężyć, niż bohatersko umrzeć.

Do jakiego poziomu możecie jeszcze zejść w negocjacjach?

- Nie mamy zbyt wielu możliwości, bo wtedy będziemy niewiarygodni wobec siebie. Tu leży cały problem.

Mówił pan, że emocje narastają. Gdzieś jednak musi być granica i ludzie w końcu będą zmęczeni. Po kilku dniach rodzice zechcą posłać dzieci do szkoły.

- Napięcie wciąż rośnie, ale z głosów, które do nas dochodzą, jest też satysfakcja, że strajk doszedł do skutku. Tylko że dla mnie statystyka nie jest tak ważna, a liczą się efekty tych negocjacji. Bardziej zastanawia mnie ich finał, niż to, ile osób faktycznie wzięło udział w strajku.

Jakiego finału się pan spodziewa?

- Jeżeli rząd ma wyobraźnię i spróbuje z niej skorzystać, to musi wiedzieć, że partner zagoniony do kąta jest jak zwierzę. Nie ma gdzie się cofnąć i będzie musiał tylko gryźć. Jeżeli rząd będzie nas próbował postawić w narożniku i tylko okładać, to będzie tak, jak sugerują nauczyciele z czterech okręgów, trzeba będzie wrócić do postulatu 1000 zł. Krótko mówiąc - siadajmy do rozmów i je kończmy.


Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy