Reklama

Reklama

Pedofil w przedszkolu? Dziurawy system nie ochroni dzieci

Człowiek, który wykorzystał seksualnie dziecko i przyznał się do tego przed sądem, wychodzi z czystą kartoteką. Może zatrudnić się jako woźny w szkole albo złota rączka w przedszkolu. I to wszystko zgodnie z polskim prawem. Jedyna prawna ścieżka, która umożliwiłaby wpisanie takiej osoby do rejestru sprawców, jest dziś niewykorzystywana przez błędy w ustawie. Jest nadzieja na zmiany, ale do tego potrzebny jest ruch prezydenta.

Wykorzystał seksualnie nastoletniego chłopca - stwierdzają sądy dwóch instancji, do winy przyznaje się też sam sprawca. Sędzia uznaje jednak sprawę za przedawnioną, tym samym ją umarza. Sprawca nie trafia więc do więzienia, jego kartoteka jest czysta, jakby nigdy nie doszło do przestępstwa. Tabula rasa. Z punktu widzenia prawa nic nie blokuje go przed tym, żeby zatrudnić się w miejscu, gdzie będzie miał kontakt z dziećmi.

To nie jest abstrakcyjny przykład, tylko historia, która wydarzyła się naprawdę. Ks. Arkadiusz H., który według prokuratury pomiędzy wrześniem 1998 a majem 2000 w Pleszewie dopuścił się co najmniej kilkunastu przestępstw o charakterze seksualnym na szkodę 15-latka - został skazany w sądzie pierwszej instancji na trzy lata więzienia (groziło mu maksymalnie 12) i 10 lat zakazu pracy z dziećmi. Od wyroku odwołał się i prokurator, i obrońca oskarżonego.

Reklama

W drugiej instancji sąd nie zanegował winy duchownego, ale uznał, że doszło do przedawnienia karalności czynu i umorzył postepowanie. - Dzisiaj czuję taki poziom zażenowania, żalu i wstydu, że najchętniej wyjechałbym za granicę - komentował w rozmowie z Interią zaraz po ogłoszeniu wyroku, który jest prawomocny, Bartłomiej Pankowiak, pokrzywdzony przez H. Stronom, które czekają teraz na pisemne uzasadnienie do wyroku, przysługuje prawo do złożenia kasacji do Sądu Najwyższego.

Sprawca z czystą kartoteką

- Przedawnienie sprawia, że po ustalonym przez ustawodawcę czasie sprawca, który popełnił czyn noszący znamiona przestępstwa, nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności. Ma de facto czystą kartotekę - wyjaśnia w rozmowie z Interią dr Maciej Bocheński, prawnik specjalizujący się w problematyce przestępczości seksualnej.

Ks. Arkadiusz H. miał skrzywdzić jeszcze sześciu chłopców, którzy zgłosili się do prokuratury. Ich spraw jednak w ogóle nie rozpatrywano w sądzie, bo przedawnienie stwierdzono już na etapie postępowania prokuratorskiego, a śledztwa umorzono.

H. jest duchownym katolickim. Podlega więc - przynajmniej teoretycznie, bo w przeszłości te mechanizmy dramatycznie zawodziły, choćby w przypadku samego H. i jego przełożonego bp. Edwarda Janiaka - kontroli ze strony przełożonych. Dziś na poziomach diecezji działają także kuratorzy, którzy mają za zadanie m.in. kontrolowanie, co się dzieje z księdzem oskarżonym czy skazanym za wykorzystywanie seksualne małoletniego i sprawdzanie, w jaki sposób funkcjonuje on w społeczeństwie.

Jeśli jednak taki kapłan utraci stan duchowny, czyli przestanie być księdzem, żadna instytucja nie będzie miała kontroli nad tym, co robi i gdzie pracuje.

Prawnicy mówią: Komisja ds. Pedofilii

Powstaje prawna luka, której konsekwencją może być tragedia kolejnych dzieci.

Co z tym zrobić? Dr Maciej Bocheński wskazuje na możliwości Komisji ds. Pedofilii, która sprawcę wykorzystania seksualnego, nawet po przedawnieniu, może wpisać do Rejestru sprawców przestępstw na tle seksualnym.

Na to samo rozwiązanie wskazuje radca prawny Katarzyna Katana z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Tymczasem sama Komisja wpisów nie stosuje. Jak tłumaczył w wywiadzie dla Interii Błażej Kmieciak, przewodniczący gremium, wszystko przez wadliwe przepisy, jakie znalazły się w ustawie powołującej Komisję.

- Było to niezwykle trudne, bo mówimy o szczególnym zadaniu Komisji, ale zdecydowaliśmy, że procedury nie rozpoczynamy. Inaczej narazilibyśmy poszkodowanych na konkretną szkodę. Poza tym pracowalibyśmy na przepisach, które są wadliwe - tłumaczył. Jak wskazywał, Komisja - żeby móc w pełni działać - musi najpierw doprowadzić do zmiany ustawy, którą ją powołuje.

Propozycję nowelizacji Komisja złożyła jeszcze w kwietniu u prezydenta Andrzeja Dudy. Jak dowiedziała się Interia w Kancelarii Prezydenta, prace nad projektem trwają. 

Jedną ze zmian, jakich domaga się Komisja - poza takimi, które umożliwiłyby jej skuteczne wpisywanie sprawców do rejestru - jest zniesienie przedawnienia przestępstw pedofilskich.

Tym samym przestępstwa takie dołączyłyby do krótkiej listy wyjątków czynów niepodlegających przedawnieniu, na jakiej obecnie są: zbrodnie wojenne i przeciwko pokojowi i ludzkości, a także umyślne przestępstwa "zabójstwa, ciężkiego uszkodzenia ciała, ciężkiego uszczerbku na zdrowiu lub pozbawienia wolności łączonego ze szczególnym udręczeniem, popełnionego przez funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych".

Ustalmy, co zawiodło

Dziś w przypadku wykorzystywania seksualnego małoletnich przedawnienie następuje po 15 latach, ale nie może nastąpić przed ukończeniem przez pokrzywdzonego 30. roku życia. - To rozwiązanie, które ma dać pokrzywdzonym czas na to, by już jako w pełni dorosłe osoby znaleźli w sobie gotowość na zgłoszenie krzywdy i podjęcie czynności w postępowaniu karnym - tłumaczy mec. Katarzyna Katana.

Z kolei dr Bocheński zwraca uwagę, że z perspektywy przepisów kodeksu postępowania karnego wystarczy wszczęcie postępowania przez organy ścigania, by odsunąć w czasie termin przedawnienia o 10 lat. 

- Wystarczy sam krok prokuratury, by zyskać czas. Sprawy takie, jak ta dotycząca Arkadiusza H., są frustrujące i zupełnie nie dziwię się oburzeniu, jakie im towarzyszy. Powinniśmy sobie w takich przypadkach zadawać pytanie, co i na jakim etapie zawiodło. Czy ktoś zignorował informację o wykorzystaniu? Czy śledztwo było nieefektywne? Albo dlaczego w ogóle doszło do przestępstwa? - wylicza.

Zaburzony sprawca potrafi skrzywdzić nawet po długiej odsiadce

Zdaniem dr. Bocheńskiego w naszym kraju zbyt mało uwagi poświęca się sprawcy. - To kuleje. Zaczynając od tego, że niedostatecznie często diagnozuje się klinicznie taką osobę pod kątem zaburzeń preferencji seksualnych. A jeśli sprawca ma zaburzenia pedofilne, a system tego nie wychwyci, nie zdiagnozuje i nie rozpocznie działań terapeutycznych, to nie ma znaczenia, ile taka osoba lat spędzi w więzieniu - czy osiem, czy 12, czy 20. Przypadek, niczym rzut monetą, będzie decydował o tym, czy po opuszczeniu zakładu karnego dopuści się kolejnego przestępstwa i skrzywdzi dziecko czy nie - mówi. W Polsce nie istnieje całościowy system, w ramach którego można by leczyć i kontrolować takiego sprawcę oraz zapobiegać recydywie.

- Ośrodek w Gostyninie, który w założeniu miał zajmować się leczeniem sprawców wykorzystywania seksualnego, jest niedofinansowany i przepełniony. W mojej ocenie swojej głównej roli nie spełnia - dodaje.

- Z jednej strony potrzebujemy diagnozy klinicznej sprawy. Z drugiej, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że taka diagnoza, gdy stwierdza zaburzenia pedofilne, staje się trochę jak kamień u nogi. Bo nie wiadomo, co z taka osoba zrobić. W Polsce szeroko pojęte zajęcie się sprawcami przestępstw o charakterze seksualnym jest na mizernym poziomie. Pewne próby podjęto w zakładzie karnym w Rzeszowie, ale systemowego rozwiązania dla wszystkich jednostek penitencjarnych nie wypracowano - mówi.

Katarzyna Katana, która pracuje na co dzień jako radca prawny w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, czyli miejscu zajmującym się ochroną dzieci i młodzieży przed krzywdzeniem, zwraca z kolei uwagę na prewencję.

- Apelujemy, żeby prawem stał się obowiązek określenia jasnej polityki ochrony dzieci przez wszelkie placówki, gdzie dziecko może przebywać bez rodziców i opiekunów prawnych - od szkół, przez kluby sportowe, domy kultury, wspólnoty działające przy kościołach, po harcerstwo i ośrodki kolonijne - wylicza. 

Samo więzienie nie rozwiązuje problemu

Co zakładałaby taki dokument? 

- Do najważniejszych założeń należy określenie jasnej ścieżki decyzyjnej. To znaczy wskazanie, kto w danej instytucji odpowiada za to, by kompleksowo zająć się zgłoszeniem dotyczącym wykorzystywania seksualnego. Do ujawnienia może dość wobec osoby, która nie ma narzędzi i kompetencji. Chodzi o to, żeby wówczas było wiadomo, komu przekazać sprawę. Polityka ochrony dzieci i młodzieży zapewniałaby też bezpieczne relacje pomiędzy dorosłym a dzieckiem w placówce, na przykład zakazywałaby prywatnej korespondencji z dzieckiem albo regulowała zasady robienia i udostępniania zdjęć podopiecznych. Kolejny ważny punkt zakładałby sprawdzenie kompetencji osób pracujących z małoletnimi - czy wiedzą, jak wyglądają objawy krzywdzenia, czy wiedzą jak odpowiednio reagować - wylicza Katarzyna Katana. 

Jak wskazuje, taka polityka powinna być odpowiednio egzekwowana i ewaluowana. I podkreśla: sama kara to za mało. - Nie możemy widzieć jedynej recepty w tym, że ktoś pójdzie do więzienia. Do zrobienia jest dużo więcej, a wiele dzieci można uchronić np. przed sprawcą sytuacyjnym, poprzez stosowanie tych prostych, ale bardzo znaczących mechanizmów - kwituje.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę współpracuje w tym zakresie z Komisją ds. Pedofilii. - Ta co prawda nie ma samodzielnej inicjatywy ustawodawczej, ale może zadziałać tak, jak w przypadku nowelizacji swojej własnej ustawy, gdy złożyła gotowy projekt w Kancelarii Prezydenta - mówi.

Reklama

Reklama

Reklama