Po co Wam Sanders i Zandberg, kiedy macie Trumpa?
Przez wiele dekad największym krytykiem globalizacji była lewica. Ta najbardziej nieufna wobec Ameryki, liberalnego Zachodu, polskiej transformacji ustrojowej, która także Polskę uczyniła częścią zachodniej globalizacji. "Dzień wyzwolenia" Trumpa pokazał, że o wiele skuteczniej uderza w zachodnią globalizację populistyczna prawica. Po "dniu wyzwolenia" można złośliwie zapytać: po co Wam Sanders i Zandberg, kiedy macie Trumpa? On niszczy liberalny Zachód dużo bardziej skutecznie.

Jak policzyli ekonomiści, po "dniu wyzwolenia" amerykańskie cła wzrosły do poziomu, jaki ostatni raz miały ponad sto lat temu. Różnica jest taka, że dziś większość produktów, większość rynków jest globalna i wymaga globalnej współpracy. Skokowe podniesienie ceł oznacza ryzyko zerwania globalnego łańcucha kooperacji i dostaw.
Dlatego trudno się dziwić, że wśród największych przegranych "dnia wyzwolenia" znalazły się Apple, Amazon, amerykańskie firmy samochodowe… czyli podmioty gospodarcze, które Trump za pomocą "dnia wyzwolenia" chciał bronić.
Nie mówiąc już o amerykańskich konsumentach, dla których koszty odzyskiwania przez Trumpa amerykańskiej suwerenności będą o wiele bardziej odczuwalne niż dla Elona Muska bawiącego się swoimi miliardami jak Charlie Chaplin kulą ziemską w filmie "Dyktator".
To wydarzenie, od którego drżą państwa i toną światowe giełdy, polska polityka przywitała na dwa sposoby: jeden całkiem ją kompromitujący, drugi w ten czy inny sposób ciekawy.
Gigantomachia Kaczyńskiego z Giertychem
W kategorii groteski mieści się sejmowe spięcie Jarosława Kaczyńskiego z Romanem Giertychem. Rozbudowane na sali plenarnej przez grupę posłów PiS, którzy zgodnie z tradycją sięgającą już katastrofy smoleńskiej skandowali pod adresem Giertycha dobitne słowo "morderca!".
Nazajutrz pojedynek Kaczyńskiego z Giertychem przybrał wymiary epickie. Prezes PiS zażądał kary więzienia dla prokurator Ewy Wrzosek (najwidoczniej za to, że ośmiela się w ogóle prowadzić sprawę "dwóch wież", która za czasów jego władzy była dla prokuratorów "niedotykalna"), a w stosunku do samego Giertycha zażądał już "najwyższego", wręcz "norymberskiego" wymiaru kary. Z kolei posłowie KO złożyli do prokuratury wniosek przeciwko Kaczyńskiemu i grupie posłów PiS (co zaowocuje długą i malowniczą procedurą odbierania immunitetów), a władze Sejmu rozpoczęły procedurę mającą doprowadzić do ich dyscyplinarnego ukarania.
Wbrew temu co jak zwykle napisali przy tej okazji najbardziej żarliwi spośród sympatyzujących z koalicją publicystów, Jarosław Kaczyński "nie uległ emocjom". Prezes PiS zawsze potrafił kontrolować swoje emocje w zależności od politycznych potrzeb. To się nie zmieniło do dziś.
W sondażach Mentzen nadal zbliża się do Nawrockiego, a Konfederacja do PiS. Niemcy i martyrologia to narzędzia, które elektorat prawicowy w Polsce zawsze mobilizują. Niemcami Kaczyński zajął się za pomocą wycieczek na granicę polsko-niemiecką. Narzędziem martyrologii ma być czołowe zderzenie PiS z Romanem Giertychem jako "mordercą Barbary Skrzypek".
Na razie na młodszych prawicowych wyborców masowo odchodzących od PiS do Konfederacji żadna z tych metod nie działa. Rozliczeniowa martyrologia Prawa i Sprawiedliwości pozostawia ich obojętnymi, a antyniemieckość mają własną, o wiele zabawniejszą, alt-rightową, internetową i zaskakującą. Wykuwaną w europarlamentarnym sojuszu z AfD.
"PiS-olew" przegrywa z Tuskiem, Bosakiem, Wiplerem
Do kategorii zdarzeń o wiele ciekawszych należy piątkowe głosowanie w Sejmie dotyczące składki zdrowotnej dla przedsiębiorców (nie tylko "oligarchów", ale także drobnych, średnich, samozatrudnionych).
Obniżenie składki zdrowotnej uchwalono dzięki wstrzymaniu się od głosu posłów Konfederacji. Nie był to przypadek, ale owoc żmudnych negocjacji. W zamian za poparcie przez KO i Trzecią Drogę części Konfederackich poprawek posłowie Konfederacji wstrzymali się od głosu. Przeciw obniżce była koalicja PiS z Lewicą, która głosowanie przegrała.
Co prawda antyliberalna lewicowa młodzież w liberalnych mediach warszawskich jest "PiS-olewem" zachwycona, na razie jednak na tym kończy się echo tego politycznego gestu. Z jednej strony Tusk nie może za często pokazywać się z Bosakiem czy Wiplerem (to problem wzajemny). Z drugiej strony PiS-owi trudno być wiarygodnym krytykiem kapitalizmu, skoro ma w swych szeregach i na swoim zapleczu żwawych przedsiębiorców z okolic Funduszu Sprawiedliwości, RARS czy NCBR.
Oba te potencjalne obozy są w dodatku rozszarpane przez wojnę kulturową, przez historyczne nostalgie i uprzedzenia, a przede wszystkim przez osobiste ambicje.
Gra z Konfederacją może się jednak się powtórzyć, jeśli Tusk zdoła przygotować ambitniejszą agendę deregulacyjną. Wówczas znów będzie mu zależało na pokazaniu się jako "wolnościowiec", choćby w "złym towarzystwie". A Lewica, szczególnie koalicyjna, znów będzie się musiała zdecydować, czy iść drogą Czarzastego, czy drogą Zandberga.
Cezary Michalski
----
Bądź na bieżąco i zostań jednym z 200 tys. obserwujących nasz fanpage - polub Interia Wydarzenia na Facebooku i komentuj tam nasze artykuły!













