Reklama

Reklama

Ks. Piotr Studnicki: Ludzie mają prawo wiedzieć

- To nie jest przywilej, to nie jest ewentualność. Ludzie mają prawo wiedzieć. Elementem wychodzenia z tego kryzysu [w Kościele] jest otwarte komunikowanie - mówi w rozmowie z Interią ks. dr Piotr Studnicki, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka. Duchowny zauważa także, że bardzo potrzeba dziś edukacji seksualnej. - Jeśli rodzice zignorują ten obowiązek, ich dziecko będzie bezbronne – podkreśla.

Reklama

Justyna Kaczmarczyk, Interia: Trzymam w rękach budzący uznanie powód do dumy polskiego Kościoła. Zgadnie ksiądz, co to?

Reklama

Ks. dr Piotr Studnicki, koordynator medialny Centrum Ochrony Dziecka, specjalista ds. komunikowania: - Pewnie procedury, które pochwalił ostatnio abp Scicluna.

Tak, to wytyczne, dotyczące postępowania w przypadkach oskarżeń duchownych o "czyny przeciwko szóstemu przykazaniu" z osobą niepełnoletnią. To tak świetne procedury, że w komunikacie KEP po ostatnim zjeździe episkopatu przyćmiły wszystkie inne kwestie związane z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich w Kościele.

- Łatwiej jest chwalić się tym, co dobre, o wiele trudniej zobaczyć i uznać swoje braki. Abp Charles Sciciluna rzeczywiście z uznaniem wypowiedział się o tym dokumencie. Wysłaliśmy mu wcześniej wersję włoskojęzyczną, arcybiskup się z nią zapoznał i ocenił, że to procedury dobrze przemyślane. W Centrum Ochrony Dziecka od dawna wiemy, że wytyczne są dobre i potrzebne, ale same w sobie nie rozwiązują problemu. Jesteśmy świadomi, że procedury są ważną i konieczną częścią odpowiedzi Kościoła na problem wykorzystywania seksualnego małoletnich, ale wciąż tylko częścią. Aby wcielać je w życie, potrzeba dobrej woli, głębokiej motywacji i jasnego przekonania, że to należy robić, a także świadomości, że problem istnieje i nie jest wydumany. Potrzeba aktywnego wyjścia naprzeciw poszkodowanym, a nie czekania, że sami się zgłoszą. Bo w nich może być dużo lęku i przekonania, że jak opowiedzą swoje historie, to dostaną po głowie.

Mam wrażenie, że abp Scicluna dał polskim biskupom pstryczka w nos, którego oni zdali się nie zauważyć. Maltański hierarcha powiedział, że procedury są dobre, ale najważniejsze, żeby teraz wprowadzić je w życie. Przecież ten dokument obowiązuje od 2014 roku. Było sporo czasu, żeby skutecznie je wdrażać.

- Z wprowadzaniem procedur w życie jest różnie. W Polsce jest czterdzieści kilka diecezji, które współpracują na poziomie episkopatu, ale to tak naprawdę kilkadziesiąt odrębnych organizmów. Można powiedzieć, że poszczególne diecezje są na różnym poziomie w reagowaniu na ten kryzys. Mają różny styl. Mamy też przykłady podręcznikowych reakcji na zgłoszenia dotyczące wykorzystywania seksualnego w Kościele, jak przypadek z Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, gdzie bp Józef Guzdek bardzo dobrze odpowiedział na problem - najpierw podjął konkretne działania, a następnie przeprowadził otwartą komunikację. Prowadząc na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie zajęcia z komunikacji kryzysowej, omawiam ze studentami ten przykład.

Uczy ksiądz poprawnej komunikacji kryzysowej na przykładzie reakcji Kościoła na przypadki wykorzystywania seksualnego?

- Najlepiej uczyć się na casusach. Wspomniana historia z Ordynariatu Wojskowego jest dobrym przykładem.

A takie, jak nie reagować, też znajdą się w Kościele?

- Niestety tak. Sławetna konferencja prasowa z marca tego roku, to w sumie kanon tego, jak nie komunikować kryzysu.

Rozmawiał ksiądz później z uczestnikami tej konferencji o jej przebiegu?

- Rozmawiałem z trzema z nich: abp. Wojciechem Polakiem, księdzem rzecznikiem Pawłem Rytel-Andrianikiem i o. Adamem Żakiem. Mówiliśmy właśnie o słabszych punktach.

Biskupi chcą się w ogóle uczyć w tym zakresie? Widzą, że coś jest nie tak?

- Szkolenie przeprowadzone przez abpa Sciclunę jest światłem w tym temacie. Spotkanie się udało i myślę, że biskupi dobrze je przyjęli. W pierwszej części abp Sciciluna nakreślił najważniejsze elementy odpowiedzi Kościoła na wykorzystywanie seksualne małoletnich, w drugiej była możliwość zadawania pytań przez biskupów oraz okazja do dłuższej rozmowy. A jeśli chodzi o komunikowanie, to u niektórych wciąż niestety pokutuje przekonanie, że jeśli będziemy mówić otwarcie o problemie wykorzystywania seksualnego dzieci przez ludzi Kościoła, to dolejemy oliwy do ognia i sprowadzimy działalność Kościoła tylko do tego problemu. Jak pokazuje doświadczenie, jest dokładnie odwrotnie. Właśnie wtedy, gdy milczymy lub ograniczamy się do lakonicznych i obronnych komunikatów, potwierdzamy najgorsze stereotypy. W podświadomości społeczeństwa problem ten urasta do niewyobrażalnych rozmiarów, a Kościół jest odbierany jako monstrum pełne pedofilów i instytucja chroniąca zboczeńców krzywdzących dzieci.

Co zatem należy robić?

- Uczyć się otwartej komunikacji i to w pierwszej kolejności wewnątrzkościelnej. Przełożeni kościelni powinni komunikować się w tym temacie z księżmi i wiernymi, aby odbudowywać wiarygodność i zaufanie wewnątrz wspólnoty.  Taka wewnętrzna komunikacja jest podstawą tej zewnętrznej, z całym społeczeństwem, która dokonuje się także za pośrednictwem mediów. Mamy już dziś naprawdę dobre przykłady takiego komunikowania. Myślę na przykład o liście biskupa Andrzeja Czai do swoich diecezjan lub publicznym nabożeństwie pokutnym w Łodzi, podczas którego abp Grzegorz Ryś powiedział o skali problemu w swojej diecezji. Przykładem takiej komunikacji jest też list Rady Stałej KEP do wiernych odczytywany w maju z kościelnych ambon. 

Mówi ksiądz o wyjściu do mediów, a są diecezje, które nie mają nawet rzeczników prasowych. Np. archidiecezja gdańska.

- Widać, jak wiele mamy do zrobienia i to nieraz na poziomie bardzo elementarnym. Ostatnio często wracam do zdania, które odkryłem w przemówieniu Jana Pawła II do biskupów amerykańskich z kwietnia 2002 roku. Papież powiedział, że w gronie kapłańskim i w życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdzą dzieci i że ludzie muszą o tym wiedzieć. Dla mnie, zajmującego się komunikacją, ogromnie ważny jest ten drugi element: ludzie mają prawo wiedzieć. To nie jest przywilej ani ewentualność, ale potrzeba i konieczność. Elementem wychodzenia z tego kryzysu jest otwarte komunikowanie.

Ile muszą wiedzieć? Czy wystarczy ogólnikowe zapewnienie, że Kościół nie ucieka od problemu i "trwa uczciwe rozpoznanie skali tych zagrożeń i niesiona jest pomoc dla ofiar", jak to mówił abp Leszek Sławoj Głódź podczas homilii w Boże Ciało?

- Problem komunikowania jest wielopoziomowy. Proszę wyobrazić sobie sytuację konkretnej parafii, gdzie pracuje ksiądz X. Ktoś zgłasza, że był molestowany przez tego kapłana, więc - zgodnie z procedurami - duchowny jest odsuwany od duszpasterstwa do czasu wyjaśnienia sprawy. W praktyce wygląda to tak, że dosłownie z dnia na dzień znika z parafii. Już na tym poziomie ludzie mają prawo wiedzieć, skąd ta zmiana. Konkretnie: "Pojawiły się zarzuty i wszczęto procedurę wyjaśniającą. W związku z tym, ksiądz X na ten czas został odsunięty od pracy w dotychczasowej parafii. Kiedy sprawa się wyjaśni, wspólnota zostanie poinformowana". Przyszłość może okazać się różna. Może się okazać, że oskarżenia są niesłuszne. Może się rozpocząć proces kościelny i państwowy. Jeśli jednak taką sprawę zostawi się bez słowa komentarza, zaczyna ona żyć swoim życiem. Rozbudza wyobraźnię, domysły i lęki. W konsekwencji pogłębia się nieufność między wiernymi świeckimi a duchowieństwem. Brakuje też podmiotowego traktowania wiernych, którzy przychodzą do kościoła.

Nie ma szacunku wobec wiernych.

- Brakuje poszanowania ich podstawowego prawa. Jeszcze mocniej to widać, gdy sprawa jest publiczna, piszą o niej media, a ze strony Kościoła nie ma komentarza ani słowa wyjaśnienia. Czegoś w rodzaju: "ponieważ pojawiły się zarzuty, muszą być wyjaśnione, sprawą zajmuje się prokuratura, a wobec księdza podjęto takie a takie kroki". Być może w związku ze śledztwem nic więcej nie można powiedzieć, ale jakaś minimalna informacja powinna paść z ambony. W grze jest zaufanie i wiarygodność Kościoła, które kryzys mocno nadwyręża. Bez otwartej komunikacji nie odbudujemy tych wartości.

Jak ksiądz widziałby przeprowadzenie postępowania dotyczącego zarzutów wobec duchownego, który już nie żyje? W myśl przytaczanych wcześniej "Wytycznych..." można wówczas przeprowadzić dochodzenie historyczne, kierując się dobrem Kościoła. Jak to rozumieć?

- Można powołać komisję złożoną z ekspertów, która wysłucha świadectw osób zgłaszających krzywdę, przesłucha ewentualnych świadków, dogłębnie zbada sprawę. W razie potrzeby do współpracy można zaprosić instytucje zewnętrzne, np. IPN.

I poinformować opinię publiczną o takim śledztwie?

- Oczywiście. Jeśli padają publiczne oskarżenia i chce się je wyjaśnić, to jawnymi powinny być informacje, że takie dochodzenie zostało wszczęte, kto zajmuje się sprawą, a na końcu powinien zostać opublikowany rezultat historycznego dochodzenia. Jeśli zabraknie przejrzystości, to nawoływanie do zaufania i poprzestawanie na lakonicznym "zajmujemy się sprawą" jest zaklinaniem rzeczywistości i tkwieniem w złudnym przekonaniu, że to zaufanie odbuduje się samo.

Takie mówienie "na odczep się".

- Nie dziwię się, że tak to jest odbierane.

Jak to jest, że kościelne przepisy prawa z 2016 roku nie były stosowane, bo dopiero dokument, który wszedł w życie 1 czerwca 2019 roku pokazuje procedury?

- Zaznaczę jeszcze, że prawo z 2019 roku wprowadzane jest "ad experimentum".

Tak, na trzy lata.

- To znaczy, że być może po tym czasie na podstawie doświadczenia i wniosków - co zadziałało, a co należy poprawić - prawo to zostanie zmienione. Niemniej bez wątpienia papieski list apostolski "Jesteście światłem świata", jest odpowiedzią na drugą przyczynę kryzysu. Wreszcie.

Czyli?

- Jan Paweł II zdiagnozował dwie główne przyczyny kryzysu związanego z nadużyciami seksualnymi w Kościele: po pierwsze, same przestępstwa seksualne dokonywane przez duchownych na szkodę małoletnich, a po drugie, niewłaściwa odpowiedź przełożonych bądź brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Do tej pory całe prawodawstwo szło w kierunku zajęcia się samym problemem wykorzystywania seksualnego, czyli pierwszą przyczyną. Tak zgłaszamy, takie nakładamy kary, w takich sytuacjach wydalamy ze stanu duchownego. Kościół uczył się zastosowania tego prawa. Dopiero motu proprio papieża Franciszka z 2019 roku wprowadza konkretną procedurę w przypadku błędów lub zaniedbań w odpowiedzi biskupów i wyższych przełożonych zakonnych na problem. Dokument jasno precyzuje, co i jak należy robić, ile jest na to czasu, kto ma się tym zająć, itd. To pierwsza tak konkretna odpowiedź na tę drugą przyczynę kryzysu. Rodzi nadzieję na działanie.

Naprawdę nie można było w żaden sposób zastosować przepisów z 2016 roku? Przy odrobinie chęci i dobrej woli? Przecież tym dokumentem papież mówił: nie powinieneś być biskupem, jeśli nie zająłeś się sumiennie każdą sprawą dotyczącą nadużyć wobec nieletnich i bezbronnych dorosłych.

- Dokument z 2016 dotykał tego problemu, ale był mało operacyjny. Był krokiem w dobrym kierunku, ale nie do końca przemyślanym pod względem proceduralnym. Po głośnych sprawach z Chile czy USA papież sam odkrył, że był okłamywany przez hierarchów. Mógł wówczas uznać, że należy wskazać konkretną ścieżkę działania.

Papież odkrył to głównie dzięki dziennikarzom. W przypadku Polski jest bariera językowa - nie wiem, czy Ojciec Święty posługuje się językiem polskim na tyle biegle, by sprawdzać, co publikują media nad Wisłą.

- O tym, co się dzieje w Polsce, jest informowany przez nuncjusza.

W Chile też miał nuncjusza.

- W każdym razie obowiązek informowania papieża o tym, co się dzieje w danym kraju spoczywa na nuncjuszu. Ma on też do odegrania ważną rolę we prowadzaniu w życie nowego motu proprio. Zgodnie z przepisami, jeśli pojawią się zgłoszenia dotyczące metropolitów, to ma je kierować do najstarszego nominacją biskupa sufragana. Ten jednak może się zrzec tego obowiązku, np. ze względu na różnego rodzaju powiązania z oskarżonym. Wtedy sprawą musi się zająć nuncjusz apostolski.

Posypią się zgłoszenia dotyczące przełożonych kościelnych?

- Słychać deklaracje, że takie zgłoszenia już wpłynęły, bądź wpłyną w najbliższym czasie. Jeśli okażą się wiarygodne, postępowania będą musiały być rozpoczęte. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że będzie inaczej.

A może się okaże, że potrzeba kolejnego dokumentu papieża?

- Samo mnożenie dokumentów nie rozwiąże problemu. Być może po okresie próbnym potrzebne będą zmiany. Tymczasem patrzę z nadzieją na ustanowione ostatnio procedury.

Jak może czuć się ofiara, która została skrzywdzona przez księdza, gdy słyszy, z jaką gorliwością polscy hierarchowie zwracają uwagę na profanację i świętokradztwa, a o jej krzywdzie mówią ciszej albo milczą?

- Nie muszę się tego domyślać, bo mam kontakt z pokrzywdzonymi. Słyszę ich rozgoryczenie i gniew spowodowane opieszałością lub bagatelizowaniem w podejściu do tego bolesnego tematu w Kościele. Bez wątpienia każdy grzech wymaga pokuty, szczerego żalu i nawrócenia. Ale też dla każdego duchownego i wiernego w Kościele musi być jasne, że wykorzystanie seksualne małoletniego jest profanacją samego Jezusa, który powiedział "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".

Jak świecki katolik może sobie radzić z kryzysem w Kościele?

- Po pierwsze, nie może być obojętny na zło, także we wspólnocie Kościoła i jeśli je widzi, powinien na nie reagować zgodnie z sumieniem i obowiązującym prawem. Małżonkowie i rodzice mogą zrobić bardzo wiele poprzez budowania takiej relacji jedności i wzajemnego szacunku, która będzie naturalnie promieniować na dzieci. Pamiętajmy, że dysfunkcyjna rodzina jest czynnikiem ryzyka. Jeśli czegoś dziecku w rodzinie brakuje, to staje się ono bardziej narażone na wykorzystywanie seksualne. Pedofilowi łatwiej będzie "złowić" dziecko, które ma deficyt poczucia bezpieczeństwa, bliskości i zrozumienia. Potrzeba zbudowania takiej relacji w rodzinie, że jeśli coś niepokojącego będzie się działo, to dziecko przyjdzie z tym do rodziców czy opiekunów. Kolejnym zadaniem jest zgodne z podzielanymi wartościami wychowanie seksualnie swoich dzieci. Jeśli rodzice zignorują ten obowiązek, to ich dziecko będzie bezbronne w tym temacie.

Czyli edukacja seksualna jest potrzebna.

- Bardzo potrzebna. I nikt nie zastąpi w tym zadaniu rodziny. Szkoła powinna wspomóc, ale pierwszą rozmowę z dzieckiem o seksualności powinien przeprowadzić rodzic. Wprowadzając tak delikatny i ważny temat w grupie dzieci, które mogą być na różnym etapie rozwoju, ryzykujemy, że do jednych odpowiedzi na te pytania przyjdą za późno, do innych za wcześnie.

Spodziewa się ksiądz w najbliższym czasie jakiejś rewolucji w kwestii wykorzystywania seksualnego w Polsce?

- Nie potrzeba nam rewolucji, ale wytrwałej i uczciwej pracy. Rewolucje są narażone na połowiczne rozwiązania i szybkie poszukiwanie kozła ofiarnego. W konsekwencji przynoszą więcej szkód niż pożytku i wcale nie rozwiązują problemu. W kwestii ochrony dzieci i młodzieży w Kościele i społeczeństwie bez wątpienia potrzeba pracy zespołowej i długodystansowej. Potrzeba zmian na wielu różnych płaszczyznach, co pokazał jasno film braci Sekielskich. Na szczęście jest wiele osób gotowych pracować na rzecz ochrony dzieci i młodzieży. Powołanie abp. Wojciecha Polaka na delegata KEP tę gotowość jeszcze poszerzyła.

Nastąpi fala ujawnień?

- Już mamy więcej zgłoszeń. Za jakiś czas trzeba będzie zaktualizować kwerendę, którą przedstawiliśmy w marcu i ująć w niej bardzo ważny rok, w którym pojawiło się dużo doniesień medialnych i premierę miał film "Tylko nie mów nikomu".

Film Sekielskich to nie atak na Kościół, a wyświadczona przysługa?

- Ostatnio organizowałem wśród studentów debatę oksfordzką na temat: czy dokument "Tylko nie mów nikomu" przysłuży się Kościołowi, czy też mu zaszkodzi? Zdecydowanie zwyciężyła pierwsza teza. Zgadzam się z tą diagnozą. Wśród moich studentów widzę dużo zdrowego rozsądku i jednoznaczności w tym temacie. To daje nadzieję.

Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk.

***

Zobacz też:

O. Adam Żak: Dzielą nas lata świetlne

Ks. Kobyliński: Największy wstrząs chyba przed nami

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama