Reklama

Reklama

​Zgwałcił, chociaż powinien siedzieć w więzieniu. Ofiara chce pozwać Ministerstwo Sprawiedliwości

- Gdyby nie wypuścili go na wolność, nie byłabym dzisiaj kaleką, nie budziłabym się z krzykiem każdej nocy - Daria nie umie ukryć emocji, kiedy wraca myślami do tamtego dnia. Jedna decyzja systemu spowodowała, że jej życie zawaliło się i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

17 stycznia 2016 roku Daria jedzie pociągiem ze Strzelec Opolskich do domu. Jest pewna, że przesiądzie się w Katowicach, ale w okienku na dworcu słyszy, że ten pociąg akurat tam nie dojeżdża. Wysiada więc w Zabrzu. Szuka autobusu, którym dotrze do domu.

Tym samym pociągiem ze Strzelec jedzie też 34-letni Robert K. Proponuje zagubionej 23-trzylatce pomoc.  

- Tłumaczył mi, którędy mam pójść. W pewnym momencie powiedział, że podprowadzi mnie na właściwy przystanek - wspomina Daria.

Ale zamiast na przystanek Robert K. prowadzi dziewczynę przed mieszkanie swego brata, a potem krępuje jej ręce i wciąga do środka.  

Reklama

- Zamknął drzwi na klucz, szarpnął mnie i powiedział, że idziemy na układ. Albo sama się rozbieram, albo on mnie pobije i rozbierze - opowiada Daria.

Dziewczyna prosi, by ją wypuścił, chce wrócić do domu. W odpowiedzi Robert K. uderza ją w twarz. Daria nie ma żadnych szans.

- Położył się na mnie i mnie zgwałcił. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Po wszystkim zgodził się, żebym zapaliła papierosa. A ja otworzyłam okno i wyskoczyłam. Z pierwszego piętra - opowiada kobieta. - Ratowałam się, jak mogłam.

Nagą i posiniaczoną Darię znajdują na chodniku przechodnie.

- Pamiętam, że najpierw podeszła do mnie jakaś pani, potem zatrzymał się mężczyzna z dwójką dzieci. Maluchy płakały, a on okrył mnie własną kurtką - wspomina.

To ten świadek zezna później, że kobieta wyglądała jak "żywe zombie". Za chwilę na miejscu jest już policja i pogotowie. Daria trafia do szpitala.

"W pełni sprawna nie będę już nigdy"

Lista obrażeń 23-latki jest długa. Złamanie miednicy, kości łonowej, krzyżowej, pogruchotany kręgosłup.

- To, że nie siedzę po tym wszystkim na wózku, to cud. Ale w pełni sprawna nie będę już nigdy. Nadal mam problemy z chodzeniem, po trzech latach zdiagnozowano u mnie padaczkę na tle nerwowym. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem wrakiem człowieka - dodaje Daria.

Policja szybko zatrzymuje Roberta K. w jednym z centrów handlowych. Od razu słyszy dwa zarzuty: zarzut zgwałcenia Darii przy użyciu przemocy i zarzut posiadania narkotyków. Potem dochodzi jeszcze trzeci - naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Robert K. atakuje funkcjonariusza, który doprowadza go do sali przesłuchań.

Nie powinien być na wolności

Szybko okazuje się, że Roberta K. tego dnia w ogóle nie powinno być na wolności. Od sześciu lat odsiaduje bowiem wyrok, między innymi za przestępstwo zgwałcenia. Tego dnia kiedy niszczy życie Darii nie ma go jednak w Zakładzie Karnym w Kluczborku, tylko podróżuje pociągiem ze Strzelec.

Już kilka dni po gwałcie rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu tłumaczy mediom, że Robert K. mimo wyroku sprzed sześciu lat przebywał na wolności, bo miał... trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Z wnioskiem o jej udzielenie wystąpił naczelnik Zakładu Karnego w Kluczborku. Powód? Sytuacja zdrowotna osadzonego. Robert K. cierpi na jaskrę. Według opinii lekarskiej przebywanie osadzonego w więzieniu mogło zagrażać jego zdrowiu, a nawet życiu. Dlatego mimo negatywnej opinii psychologów 14 grudnia 2015 roku opuścił więzienne mury. Na operację jaskry nigdy jednak nie dotarł. Miesiąc po wyjściu zgwałcił za to Darię.  

Linia obrony

Po zatrzymaniu przez policję Robert K. znów trafia na ławę oskarżonych. 20 lutego 2017 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu za zgwałcenie Darii skazuje go na łączną karę osiemnastu lat pozbawienia wolności. Sędzia orzeka wobec skazanego także środek zabezpieczający polegający na poddaniu mężczyzny terapii farmakologicznej służącej obniżeniu jego popędu seksualnego.

Robert K. od wyroku się odwołuje. Domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że do niczego poszkodowanej nie zmuszał.

- Nie rozumiem, dlaczego ta pani nago wyskoczyła z okna, chyba jej coś odbiło - tłumaczy w apelacji.

Sąd drugiej instancji określa jednak linię obrony przyjętą przez Roberta K. jako nieudolną. Jego samego opisuje w wyroku jako "sprawcę niepoprawnego, wymagającego długoterminowego oddziaływania wychowawczo-resocjalizacyjnego w warunkach izolacji penitencjarnej".

Sędzia zmniejsza jednak wymiar kary i tym razem wyrok brzmi: trzynaście lat więzienia. Uchylony zostaje też punkt o "kastracji farmakologicznej" mężczyzny.

- To, czego dopuścił się oskarżony, nie było przestępstwem popełnionym w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych. Skłonność do agresywnych zachowań seksualnych oskarżonego uwarunkowana jest osobowością dyssocjalną i uzależnieniem od środków psychotropowych - tłumaczy sędzia.

Dla Darii wyrok skazujący jej oprawcę to jednak żadne zwycięstwo. Od początku nie mieści jej się w głowie, co Robert K. robił w pociągu ze Strzelec Opolskich, skoro powinien wtedy siedzieć w więzieniu?

Ziobro powołuje specjalny zespół

Bulwersująca historia wypuszczonego gwałciciela recydywisty od razu trafia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ziobro powołuje specjalny zespół do zbadania tej sprawy.

11 lutego 2016 roku zwołuje konferencję, na której przedstawia ustalenia zespołu.

- Doszło do poważnych zaniedbań w działaniu zarówno dyrekcji Zakładu Karnego w Kluczborku, jak i sądu penitencjarnego - obwieszcza minister Ziobro. - W związku z tym postanowiłem zwrócić się do władz nadzorujących dyrektora Zakładu Karnego w Kluczborku o wyciągnięcie konsekwencji personalnych.

Lecą głowy. Stanowiska tracą dyrektor zakładu karnego i jego zastępca.

Zbigniew Ziobro podkreśla, że jest to bardzo jednoznaczny sygnał, że aktualne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie będzie tolerowało sytuacji, w której "bezrefleksyjne, rutynowe i beztroskie działania wobec groźnych kryminalistów ze strony dyrekcji zakładów karnych mogą powodować zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych ludzi".

Ziobro deklaruje też zaostrzenie kar dla gwałcicieli i poprawę systemu monitoringu więźniów korzystających z przepustki lub przerwy w odbywaniu kary.

Tymczasem życie Darii już nigdy nie wraca do normy.

- Czas nie leczy ran. To cały czas jest ze mną. Boje się sama wyjść z domu. Kiedy widzę na ulicy człowieka podobnego do Roberta, zaczynam cała się trząść, nie umiem się uspokoić. Tego nie da są zapomnieć - szlocha.

Co dało jej odwołanie dyrektora Zakładu Karnego i zdyscyplinowanie sądu penitencjarnego, który wypuścił w grudniu 2015 roku na wolność Roberta K.?

- Nic. Nigdy nie poczuję ulgi, bo człowiek, który zniszczył mi życie, nigdy nie poczuje tego co ja przeżyłam. On ma ciepło, wszystko opłacone i głodny nie chodzi. A ja? Ja się o wszystko muszę martwić, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć za co żyć.

Pięć lat po dramacie kobieta żyje na granicy wegetacji. 

- Nie mogę znaleźć pracy. Z zawodu jestem handlowcem, ale nie zatrudnią mnie w żadnym sklepie, bo po złamaniach nie wystoję długo, a o dźwiganiu czegokolwiek mogę zapomnieć. Nawet prawa jazdy nie mogę zrobić, bo padaczka mnie wykluczyła. Czuję się przez to wszystko zdyskwalifikowana z normalnego życia.

List do ministerstwa

Wiosną tego roku kobieta trafia do kancelarii katowickiego prawnika Leszka Krupanka. Ten tydzień później pisze do Ministerstwa Sprawiedliwości list. Pyta wprost: "Czy istnieje możliwość zawarcia ugody ze Skarbem Państwa?"

- System zawinił, to niech system odpowie, także i finansowo. Ale nawet gdyby nie było tu winy systemu, to od czego jest Fundusz Sprawiedliwości, który ma wspomagać ofiary przestępstw? No komu jak nie pani Darii te pieniądze z funduszu się należą? - apeluje Leszek Krupanek.

W imieniu klientki prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o 300 000 zł zadośćuczynienia i 1000 zł miesięcznej renty.

Ministerstwo Sprawiedliwości na pismo jednak nie odpowiada. W czerwcu Leszek Krupanek ponawia prośbę o zadośćuczynienie jego klientce. Jakiś czas później dzwoni telefon.

- Radca prawny z ministerstwa. Tłumaczy uprzejmie, że nasze pisma poszły gdzieś wyżej do zaopiniowania i od razu uprzedza mnie, że ministerstwo nie ma pieniędzy na tego typu pomoc. Miałem poczucie, że przekaz brzmi: po co chce pan wkładać kij w mrowisko? - opowiada Leszek Krupanek.

Poza telefonem oficjalnej odpowiedzi nadal brak. W sierpniu tego roku Daria idzie więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia z zawezwaniem do próby ugodowej.

W ubiegły piątek do Darii przychodzi pismo z sądu.

- Poinformowali nas, że odpis naszego zawezwania trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale jednocześnie z uwagi na epidemię COVID-19 sąd nie wyznacza terminu posiedzenia pojednawczego w sprawie - Leszek Krupanek rozkłada ręce.

W piśmie czytamy: "termin posiedzenia pojednawczego zostanie wyznaczony tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wyrazi pisemną wolą zawarcia ugody w sprawie. W przeciwnym razie sprawa zostanie zakreślona w repetytorium jako zakończona bez zawarcia ugody".

- Ja już nie wiem, czy śmiać się, czy płakać - wzdycha Daria.

- Nie poddamy się. Jeśli ministerstwo nie będzie chciało zawrzeć ugody, złożymy pozew. Poleciały głowy, ale rekompensaty dla pani Darii ciągle brak - mówi Leszek Krupanek.

W poniedziałek poprosiliśmy o komentarz Ministerstwo Sprawiedliwości. Do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasze pytania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL